W Żywe Oczy
- Автор: Сигел Джеймс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «W Żywe Oczy». Краткое содержание книги:
Littleton Flats leżało poniżej poziomu morza bezpośrednio na drodze płynącej wody. Przestało istnieć. Liczbę ofiar ustalono na osiemset dziewięćdziesiąt dwie, poprawiając ją z ośmiuset dziewięćdziesięciu trzech po tym, jak w dole rzeki znaleziono żywą trzyletnią dziewczynkę.
Dowiedziałem się o tym, przeglądając mikrofilmy w „Littleton Journal” wkrótce po tym, jak Hinch mnie zatrudnił, ale zanim jeszcze dostałem coś konkretnego do roboty. To, że stare numery były wciąż na mikrofilmach, a nie na dyskach komputerowych, boleśnie mi uświadomiło, że nie gram już w pierwszej lidze.
Wiele osób w miasteczku znało kogoś, kto znał kogoś, kto zginął w Tamtej Katastrofie. Nic dziwnego, że był to dla nich bolesny temat, o czym przekonałem się później, próbując zainteresować Hincha artykułem retrospektywnym z okazji pięćdziesiątej rocznicy wydarzenia.
– Już tego próbowaliśmy – powiedział. – W każdym razie twój poprzednik próbował.
Mój poprzednik nazywał się John Wren. Wiedziałem o tym, ponieważ odziedziczyłem nie tylko jego biurko; wynajmował również przede mną ten sam dom. Najwyraźniej był kimś w rodzaju chomika: znalazłem w domu stare rachunki za telefon i kablówkę, zaadresowane do Johna Wrena koperty po przesyłkach z Amazon.com, poupychane w różnych miejscach kartki zabazgrane częściowo tylko czytelnymi notatkami diabli wiedzą na jaki temat. Natknąłem się też na coś, nad czym pracował: historię pechowego, zdezorientowanego weterana wojny wietnamskiej, który pewnego dnia zabłąkał się do Littleton i zasnął w miejskiej altanie. Tytuł brzmiał: Kim jest Eddie Bronson?
Wyglądało na to, że Wren pisał go z myślą o jakiejś lokalnej nagrodzie dziennikarskiej. Nie zdobył jej. Pierwszego dnia w pracy przywitała mnie lista zatytułowana Zasady Wrena przyklejona taśmą klejącą wewnątrz biurka. „Zasada numer jeden: dla pewności kopiuj notatki. Zasada numer dwa: na wszelki wypadek przepisuj nagrania z taśm!”
Norma uważała, że Wren, przeszczepiony do Littleton z Minnesoty, zapadł na ciężki przypadek pustynnej demencji – syndrom Santa Ana – albo atak małomiasteczkowych lęków, dziwne zaburzenie osobowości czasem dopadające ludzi, którzy utknęli na kalifornijskiej pustyni w samym środku nigdzie. Wyjechał potem, łowić pstrągi gdzieś w pobliżu granicy z Oregonem. Albo w przerębli na jeziorze Michigan. Albo szukać złota w Jukonie. Szczegóły były owiane tajemnicą…”
Bohater „W żywe oczy” Tom Valle był wschodzącą gwiazdą amerykańskich mediów. Jego kariera została zniszczona przez skandal, który wybuchł po ujawnieniu, że w swoich artykułach notorycznie rozmijał się z prawdą, fabrykował fakty. Wiele jego „demaskatorskich” tekstów okazało się plagiatami.
Swoje winy wobec dziennikarstwa Tom odkupuje w niewielkiej redakcji na kalifornijskiej pustyni. Tutaj natrafia na ślad prawdziwej afery. 50 lat wcześniej w katastrofie tamy zginęły 893 osoby. Lecz czy ta historia wydarzyła się naprawdę? Czy może rozgrywa się jedynie w głowie głównego bohatera?
Przez tę przewrotną intrygę niezwykle konsekwentnie przeprowadzi nas James Siegel, autor bestsellerowych „Wykolejonego” i „W matni”, na co dzień dyrektor kreatywny nowojorskiego oddziału agencji reklamowej BBDO.
Czy ta historia wydarzyła się naprawdę? Kto stoi za aferą? Dziennikarz? Czy może amerykański rząd? Te pytania towarzyszą nam od samego początku lektury nowej powieści Jamesa Siegla „W żywe oczy”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwartego.
Siegel opowiada historię dziennikarza na tropie skrywanej przez amerykański rząd afery atomowej. Gdyby nie fakt, że pierwowzorem bohatera stał się Jayson Blair – reporter, który zachwiał wiarygodnością New York Timesa była by to zapewne tylko kolejna dziennikarska powieść sensacyjna… Tymczasem lektura „W żywe oczy” sprawia, że uważneiej słuchamy tego, co mówią nam politycy i dziennikarze.
– Dzięki – powiedziałem, gdy odsunęła się zaledwie tyle, żeby mnie przepuścić. – Nie zabawię długo.
Sam był bardziej gościnny od swojej żony, chociaż zanim zaciągnął żaluzje, wyjrzał ukradkiem przez obydwa okna gabinetu, jakby chciał się przekonać, czy zanosi się na nalot uzbrojonych policjantów.
– Jezu – powiedział w końcu. – Nie masz pojęcia, co o tobie mówią.
– Owszem, mam.
– Czy cokolwiek z tego jest prawdą?
– Niewiele.
– W porządku, to mi wystarczy. Dla kumpla z drużyny wszystko. Potrzebujesz pomocy?
– Niewielkiej.
– Wal – powiedział, po czym, zauważywszy wystający z moich spodni pistolet, zaczerwienił się i dodał: – Nie najlepszy dobór słów.
– Od jak dawna próbujesz mi sprzedać polisę ubezpieczeniową, Sam?
– Co? Nie chcesz chyba powiedzieć, że przyjechałeś tutaj tylko po to, żeby wykupić sobie ubezpieczenie?
– Właśnie po to.
ROZDZIAŁ 55
I oto jestem.
W pokoju numer cztery tego zawszonego motelu.
Skompromitowani dziennikarze przyjeżdżają tutaj, ale stąd nie wyjeżdżają.
Prawie skończyłem. Poniekąd. Niemal.
Czy teraz już wszystko jest jasne?
Czy przedstawiłem to dość wyczerpująco? Przejrzyście? Klarownie?
Czy mam zacząć od początku?
Co w tej historii jest niezrozumiałe: o co im chodziło, co to za konstrukcja, co za film wysmażony scena po scenie przez kucharek sześć?
Wren sam określił to w taki sposób, gdy rozmawialiśmy przez telefon. A właściwie nie Wren, tylko jeden z pierwszoplanowych aktorów. Gdyby ktoś mnie spytał o zdanie, powiedziałbym, że kolejny znaleziony za pośrednictwem tej samej strony internetowej co fałszywy Ed Crannell. Następny, któremu przydzielili rolę – choć w tym przypadku chodziło tylko o wypowiedzenie kilku kwestii.
Powiedział: „To przypomina kiepski film”.
Przecież to oczywiste.
O to im właśnie chodziło.
Do tego zmierzali.
Był tylko jeden powód, dla którego to przedsięwzięcie miało rację bytu.
Jeszcze w Nowym Jorku zacząłem się uciekać do konwencji taniego thrillera.
Anagramy.
Potajemne spotkania w ruinach opuszczonych miast.
Aktorzy oszuści.
Autoberek.
Ten sam mechanizm.
„Czytałem go. Twój kanon kłamstwa”, powiedział.
Czytałem go.
Nie tylko go czytali. Posunęli się o wiele dalej. Przestudiowali go. Wypożyczyli te same pomysły, te same wyświechtane motywy i spletli je w istne arcydzieło najlepszych przebojów Toma Valle'a.
Dlatego tak mnie prowokował przez telefon – nie było pięciu minut, podczas których nie przypomniałby mi o tym, jak zhańbiłem swój zawód. Jak to przeze mnie dziennikarstwo cofnęło się o pięćdziesiąt lat.
Dokładnie pięćdziesiąt.
Do 1954 roku.
Po co?
Czemu służyły te prowokacje, szpile i kuksańce?
W jakim celu podzielił się ze mną tyloma pożytecznymi informacjami?
To było częścią scenariusza.
To oni powiedzieli mi o Lloydzie Steinerze.
Oni wysłali Annę Graham na przyjęcie urodzinowe Belindy, a potem na parking pod Niech Mnie Kule Biją, gdzie na-bazgrała ten anagram pod maską mojego samochodu.
Kara Bolka, moja muza, syrena.
I hydraulik, kiedy ocknąłem się przypięty pasami.
Taki był pomocny. Co za gaduła. Co za papla.
Dlaczego?
Nadal tego nie widać?
Próbowali przecież coś ukryć, prawda?
Owszem.
I tak, i nie.
Nie możesz zebrać wody z powrotem do butelki. Jest rozlana, powiedziałem hydraulikowi.
Nie zaprzeczył.
Nie mógł.
Hydraulicy naprawiają przecieki, jasne.
Ale czasami robią coś dokładnie odwrotnego. Przepłukują stare cieknące rury, wylewają pod ciśnieniem zabarwioną rdzą wodę. Oczyszczają instalację.
„Można coś utrzymać w tajemnicy tylko do pewnego czasu – powiedział Wren Annie. – Potem przychodzi taki moment, że już dłużej się nie da”.
I coś w tym jest.
Ktoś kiedyś powiedział, że dwie osoby są w stanie dochować tajemnicy tylko wtedy, gdy jedna z nich nie żyje.
Jedna osoba nie żyła. Wren. Eddie Bronson prawdopodobnie też. Nie wspominając o nieszczęsnym sprzedawcy na stacji benzynowej, którego jedyną winą było to, że znalazł się na linii ognia.
I Benjy Washington.
Który zwiał i pojechał do Littleton.
Musieli być w prawdziwej rozterce.
Dotarł do domu opieki. Spotkał się z mamą. Zadzwonił do szeryfa. Z kim jeszcze rozmawiał? Komu jeszcze zdążył opowiedzieć swoją historię?
Najpierw prysnął Bronson, potem on.
Jak to się skończy?
Wren dawno już nie żył, a wciąż śmiertelnie ich przerażał. Bali się nieboszczyka.
Dlaczego?
Ponieważ powiedział Annie jasno i wyraźnie:
„Artykuł jest bezpieczny”.
Artykuł. Tajemnica.
Były bezpieczne.
„Ukrył tekst w jakimś miejscu, w którym go nie znajdą”.
Ale w którym znajdzie go ktoś inny. A wtedy historia ujrzy światło dzienne.
Co Wren miał na myśli?
Przewrócili do góry nogami jego dom i chatę nad jeziorem, żeby znaleźć artykuł.
Trzy razy wysłali hydraulika do mojego domu po tym, jak Benjy przyjechał do Littleton.
Cóż za ironia.
Gdyby naprawdę przewrócili dom do góry nogami, zdarli tynki i zburzyli ściany, znaleźliby to, czego szukali.
Pod gipsową okładziną. Artykuł, który Wren skrupulatnie skończył. W środku nocy złożył kolejne wydanie gazety, paranoicznie bojąc się podzielić swoją wiedzą choćby z Hinchem. Nie wiedział już, komu może zaufać. Został miejscowym świrem i jak widać nie bez przyczyny.
Ale nie przewrócili jego domu do góry nogami.
Miecz Damoklesa nadal wisiał nad ich głowami.
Zawiesił go Wren.
Więc co zrobił hydraulik?
To proste.
Wystarczy założyć stronę internetową dla aktorów, którzy może nie byliby zdolni zabić za rolę, ale nie będzie im przeszkadzało, jeśli zrobi to ktoś inny.
Wysłać największego kłamcę we wszechświecie na drogę numer czterdzieści pięć, żeby zrelacjonował wypadek.
Pobawić się z nim w autoberka na pustej szosie.
Wysłać lekarza na wizytę domową do opuszczonego miasta.
Przypilnować, żeby dziewczyna marzeń o imieniu anagram zatrzepotała rzęsami na parkingu przed Niech Mnie Kule Biją.
Skierować go na Piątą Ulicę w bok od promenady.
Sprowokować.
Dokuczyć.
Zdopingować.
Ukraść jego broń i kogoś z niej zastrzelić.
Zamknąć go na oddziale psychiatrycznym i zabrać klucz.
Tylko na chwilę, ale wystarczająco długą, żeby do reszty pozbawić go wiarygodności.
A potem włożyć ten klucz do ręki Dennisa i go wypuścić.
Czy teraz już wszystko jasne?
Czy widać to czarno na białym?
Czasem nie ma znaczenia, czy tajemnica wyjdzie na jaw.
Nie.
Dopóki można kontrolować, w jaki sposób to się stanie.
ROZDZIAŁ 56
Dwa tygodnie temu ponownie włączyłem komórkę.
Wysłałem sygnał wirującym w kosmosie niestrudzonym satelitom, żeby mogły odbić go w kierunku ziemi, gdzie jakiś zmęczony operator z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, FBI albo po prostu z Departamentu Energetyki odbierze go, zrobi wykres i dokona niezbędnych obliczeń, a potem przekaże wyniki zainteresowanym.
Dwa tygodnie temu, kiedy zameldowałem się w pokoju numer cztery.
Jak żyli ludzie przed wynalezieniem Microsoft Worda?
Przed wynalezieniem laptopów, pecetów, kursorów, klawisza „delete”, plików zapasowych, kopiowania i wklejania?