Odnajdziesz się sam
- Автор: Савченко Владимир Иванович
- Год: 1975
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Переводчик: Grzegorz Abgarowicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Odnajdziesz się sam». Краткое содержание книги:
Całość znakomicie napisana, sylwetki bohaterów wyraziste, nauka bez zarzutu. Czyta się wręcz jednym tchem i z przyjemnością.
— Ale można przecież założyć maszynie jakąś tam dolną granicę selekcji informacji… Jakiś filtr odrzucający pospolitość i głupotę.
Albo wprowadzić sztywny program…
— …który jednocześnie z wzorcami narzuciłby masowemu odbiorcy bogatą treść wewnętrzną? A jeśli on nie zechce? Ma przecież prawo za swoje pieniądze! „A cóż to ja nienormalna jestem — wrzaśnie to paniusia — że chcecie mnie poprawiać?! Sami jesteście felerni!” Rozumiesz, tępa nieustępliwość postawy życiowej prostaka i filistra polega właśnie na tym, że dla niego normą jest jego własne zachowanie.
— Ale można tak zrobić, że nie będzie ono normą dla maszyny.
— Hm… Proponuję, żebyśmy wykonali proste doświadczenie.
Bądź tak uprzejmy, włóż palec do zbiornika.
— Który?
— Wszystko jedno. Którego ci nie szkoda.
Zanurzyłem serdeczny palec. Dubel nałożył „czapkę” i zbliżył się do szafki chirurgicznej.
— Uwaga!
— Co ty robisz?! — wyszarpnąłem palec, widniało na nim skaleczenie, z którego sączyła się krew.
Wiktor Krawiec possał swój palec i wytarł krew ze skalpela.
— Teraz zrozumiałeś? Dla maszyny nie ma i nie może być normy zachowania. Jej jest zupełnie wszystko jedno — co rozkażę, to i wykona.
Skaleczenia zagoiliśmy.
Krawiec sprowadził mnie na ziemię. Otrzeźwiałem. My, wynalazcy, jesteśmy marzycielami. Edison też zapewne myślał, że przez telefon ludzie będą przekazywać sobie wyłącznie dobre i potrzebne wieści, a na pewno nie spodziewał się, że będą plotkować, robić anonimowe donosy albo dla kawału wzywać pogotowie do zupełnie zdrowych znajomych… Wszyscy jesteśmy tacy sami — marzy nam się dobro, a gdy życie wywraca na opak ideę wynalazku, załamujemy ręce: „Ludzie, co wy robicie?!”
Przekleństwo nauki polega na tym, że stwarza ona sposoby i nic więcej. Na przykład my: mamy tylko sposób przekształcania informacji w układzie biologicznym. Z jego pomocą można małpę przekształcić w człowieka. Ale można też i odwrotnie.
Ale nie można, nie wolno myśleć, że i po naszym odkryciu wszystko będzie tak jak dawniej! Nie ze względu na naukę, ale na życie. Nasze odkrycie przeznaczone jest właśnie dla niego. Nie niszczy, nie zabija, ale tworzy. Może szukamy nie tam, gdzie trzeba.
Może chodzi nie o właściwości maszyny, lecz człowieka?” Doktorant kończył czytanie dziennika przy akompaniamencie niepokojących myśli. A może nadaremnie wytężali siły, może odkrycie przyszło przedwcześnie i teraz rykoszetem trafi w człowieka? W Moskwie myślał o tym niewiele — odkrycie dotyczyło tylko i wyłącznie jego. Wystarczy tylko wiedzieć, badać dalej i siedzieć cicho… Co prawda, po kąpieli w basenie reaktora miał wielką ochotę powiedzieć o wszystkim profesorowi i kolegom. Wyjawić, że istnieje możliwość opanowania choroby popromiennej! Ale to mogło być przydatne tylko w czasie wojny…
„Wszystko przez te szumowiny! — Kriwoszeina ogarnęła wściekłość. — Przez wyrzutków, których, być może, jest jeden na tysiąc i dla których usłużna prostytutka Nauka przygotowuje sposoby burzenia miast i niszczenia narodów! Tylko sposoby. Do diabła, zacząć ich likwidować czy jak? Nikt mnie nie złapie, niczego nie udowodni… I sam mam pójść drogą wyrzutków? Nie. To także „nie to”.” Doktorant zamknął zeszyt i podniósł oczy. Lampa na stole paliła się, niczego nie oświetlając. Było już jasno. Za oknem, wśród zieleni, żółte, jednakowe gęby bloków osiedla patrzyły w niewidoczne słońce. Wydawało się, że stado budynków ruszy za chwilę w kierunku słońca. Zegarek wskazywał pół do ósmej.
Kriwoszein zapalił i wyszedł na balkon. W dole na przystanku trolejbusowym gromadzili się ludzie. Barczysty mężczyzna w granatowym płaszczu wciąż spacerował pod drzewami. „No, no — zdziwił się jego wytrwałości Kriwoszein. — Dobrze. Trzeba ratować to, co się jeszcze da.”
Wrócił do pokoju, rozebrał się, wziął zimny prysznic. Powróciła rześkość. Potem otworzył szafę, krytycznie przejrzał skromny zasób ubrania. Wybrał ukraińską koszulę z haftowanym kołnierzem i włożył ją na siebie. Z wahaniem obejrzał także znoszoną granatową marynarkę i z westchnieniem narzucił ją na ramiona. Następnie przez piętnaście minut potrenował przed lustrem i wyszedł.
Rozdział trzeci
— Stój! Nie bądź osłem!
— Łatwo ci mówić… — mruknął osioł rzucił się do ucieczki.