Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
– Masz na pożegnanie, jutro zmieniam miasto…
– Pójdę za tobą… – deklaracja zawisła w próżni, bo Tim już się oddalił. Zuzanna obejrzała banknot. Nominał był dość wysoki. W trzy kwadranse potem, w hotelu o pretensjonalnej nazwie „Minerwa” wynajęła pokój obok pokoju Tima. Odczekała do północy, a potem otworzyła okno.
Na okolicznych gmachach błyskały neony i zewsząd dolatywała muzyka – seksowny puls rozrywkowej dzielnicy. Na horyzoncie jak radioaktywny plaster miodu świecił się Mega Building. Tylko dach tonął w ciemności. Podobno jakiś czubek urządził tam sobie wiszące ogrody… Oba pokoje hotelowe położone były na szóstym piętrze, ale dla Zuzanny nie odgrywało to żadnej roli – wyszła na parapet. Świat zachybotał się, utrzymała jednak równowagę. Zupełnie nie odczuwała strachu. Jak po równoważni (jeszcze trzy lata temu, w szkole, uprawiała gimnastykę akrobatyczną) przeszła pod sąsiednie okno. Było uchylone. Apokaliptyk drzemał. Zuzia wślizgnęła się do wnętrza. W smudze księżycowego światła szybko ściągnęła skąpy przyodziewek.
– To wprawdzie nie Walter, ale… Nowocześni prorocy też lubią takie rzeczy.
Noc była ciepła, Tim spał jedynie pod prześcieradłem, i gdy wsunęła się pod nie, poczuła, że również był nagi…
– Kto… co? – rozległo się senne mamrotanie. – Mała, nie powinnaś tego robić!
– Ale pan powinien – odpowiedział jej szept.
Świt gmera niemrawo po zakamarkach hotelowego pokoju. Słoneczny promień natrafia następnie na kupkę zrolowanej bielizny w środku pomieszczenia, mija krzesło, na którym złożony w kostkę odpoczywa niechlujny strój proroka, i dociera do tapczanu, wyłuskując z pościeli gołe ramię dziewczyny i owłosiony tors młodego mężczyzny. Scena jak z filmu dla młodzieży, w którym wszystkie jednoznaczności działy się przed lub zdarzą po.
Tim nie śpi. Wpatruje się w sufit i co pewien czas spogląda na główkę drzemiącej obok Zuzanny.
– Kompletne dziecko, w co ja się wplątałem? – myśli, cokolwiek spanikowany. Parę godzin wcześniej, kiedy dziewczyna dokonywała gwałtu na jego zasadach, Tim odczuwał znacznie mniej skrupułów, zresztą nie miał na to czasu. Poza tym był półprzytomny – jak każdy, kto przez cały wieczór kułby mozolnie wersety z Apokalipsy. – Cholera nadała tę narkomankę! Jeśli nie uda jej się spławić, będę miał prawdziwą kulę u nogi.
A Zuzia zaróżowiona świtem, mimo podkrążonych oczu wyglądała tak niewinnie, tak autentycznie – po raz pierwszy zgodnie z szesnastoletnią metryką.
– Obejmij mnie, Timmy! – szepcze przez sen. – Mocno!
Obejmuje. Potem zamawia śniadanie do pokoju. Jedzą z apetytem, a Zuzia co chwila taksuje go wzrokiem, jakby widziała Tima po raz pierwszy w życiu. W eleganckiej jedwabnej pidżamie, z gładko wygoloną twarzą i schludnymi paznokciami, prorok wygląda bardziej na komiwojażera czy sprzedawcę rajstop…
– Co się stało z twoimi włosami? – pyta dziewczyna w przerwie między rogalikiem a łykiem aromatycznego kakao, a w myślach zastanawia się: „Czy ja przypadkiem nie pomyliłam pokoi?”
Tim otwiera swoją walizkę. Pokazuje perukę z wygolonym krzyżem, naklejaną bródkę à la Ho Szi Min, puder udający brud, nakładane paznokcie z centymetrową „żałobą” oraz parę flakoników z potem w aerozolu…
– Więc ty… więc ty nie jesteś prawdziwym natchnionym apokaliptykiem? A ja myślałam, że będziesz moim guru…
Tim bezradnie rozkłada ręce.
– Dlaczego więc grasz taką rolę? – pyta dalej dziewczyna, przechodząc do białego serka i smarując go grubą warstwą powideł.
– Czasami lepiej nie zadawać pytań, malutka.
– Dobrze, że chociaż jesteś prawdziwym mężczyzną…
Młodzieniec uśmiecha się, co Zuzanna bierze za kokieterię, bo i skąd mogłaby przypuszczać, że ekscesy minionej nocy były absolutnym debiutem pseudoproroka. Kto wie, czy w innych, mniej sprzyjających warunkach, da radę je powtórzyć. Dochodzą do deseru.
– Pozwolisz mi iść za tobą? – pada zasadnicze pytanie.
– A chcesz?
Zuzanna kiwa głową. Nie potrafi być sama, a skoro nie ma Waltera, to ten guru nie guru też będzie dobry…
– Pozwolę, ale pod paru warunkami – mówi Tim. – Jeśli chcesz być ze mną, zapamiętaj: koniec z narkotykami, alkohol w normie, dobre odżywianie, no i będziesz się musiała uczyć, a co się tyczy współżycia, przedyskutujemy jeszcze sprawę – ale sądzę, że trzeba będzie poczekać z tym do twojej pełnoletności. Więc nie wiem, czy to ci będzie odpowiadało?
– A więc on jest aż tak perwersyjny? – myśli Zuzia i potakująco pochyla głowę. Potem przeciąga się.
Tim skromnie odwraca się i rozpoczyna przepoczwarzanie w malowniczego hippisa. Zuzanna obserwuje go bez większego zdziwienia i nie reaguje, nawet, gdy zza fałdów szaty wypada na podłogę masywny smith amp;wesson.
14. Walter
Cały mój system buntował się coraz bardziej przeciwko nienormalnej sytuacji, a wysiłki Jeremy’ego zmierzające do uczynienia ze mnie członka pustelni, przypominały próbę hodowli pstrąga w kałuży lub Eskimosa w lodówce. Byłem jednak na tyle ostrożny, aby niczego nie dać po sobie poznać – Jeremiasz miał nade mną przewagę fizyczną, był panem sytuacji: on dostarczał pożywienia, organizował czas i doglądał mnie na każdym kroku. I nudził, nudził, nudził! Uwielbiał gawędy o świecie jego młodości, o kniejach, w których nie brakowało ptactwa, o rześkich strumieniach pełnych ryb.
– Dziś nasze lasy są głuche, wody przypominają roztwory chemiczne, a ludzie…
Miał, oczywiście, sporo racji, ale to jeszcze nie był powód, żebym musiał rezygnować ze swego trybu życia, z komfortu, nieustannego sprawdzania się w działaniu. Z kobiet. Z rozrywek… Nigdy dotąd nie uświadamiałem sobie, że brak gazety czy telewizji może być torturą, której nie osłabia stałe podnoszenie wydajności uprawy patatów.
– Chodźmy spać, Walterku, kto śpi, nie grzeszy – mawiał co wieczór mój pustelnik, a ja niezmiennie odpowiadałem:
– Wolałbym grzeszyć.
– Apage!
Sypiałem dobrze, aż za dobrze. Tak, że w końcu wydało mi się to podejrzane. Sądząc po karbach żłobionych na drzewie, upływał ósmy dzień pobytu na dachu, a moje obawy, że nie wszystko jest tak, jak twierdził pustelnik, zwiększyły się jeszcze bardziej. W zasadzie Jeremy nie pozwalał mi oddalać się od szałasu; pod różnymi pozorami udało mi się jednak zwiedzić cały dach. Długość Enklawy nie przekraczała kilkuset metrów, szerokość ograniczała się do kilkudziesięciu.
Tego dnia w pogoni za zabłąkaną kozą znalazłem się na nieznanej mi dotąd północno-wschodniej części dachu. Wśród piaszczystych wzgórków porośniętych rzadszą roślinnością znajdował się mały stawek, szczerze, mówiąc większa kałuża. Wystarczająca jednak, by móc się wykąpać. Zrzuciłem samodziałowy przyodziewek i już zamierzałem się opłukać, gdy nagle… We wczesnym dzieciństwie bona czytywała mi „Robinsona Crusoe”. Ta scena jako żywo była wyjęta z tamtej opowieści. Na piasku widać było wyraźnie odciśnięty ślad ludzkiej stopy. Jeden! Przy kolacji wspomniałem o tym Jeremiaszowi.
– Ślad stopy? To normalne, często się tam kąpię…