Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
W końcu 4712425 doprowadziła ich do drzwi. Niemym gestem poleciła im przystanąć i poprawić intkamy i maski, aby upewnić się, że nie widać ani kawałka ciała.
Drzwi otworzyły się, ukazując jedynie ciemność.
A potem wykonali końcowy manewr w celu zmylenia szpiegów: 4712425 dotknęła ich lekko i poprowadziła dalej wzdłuż ulicy. Bobby obejrzał się i zobaczył, że drzwi zamykają się cicho.
Sto metrów dalej podeszli do drugich drzwi. Otworzyły się i wpuściły ich w ciemność.
Ostrożnie. Stopień, stopień, stopień, jeszcze dwa…
W absolutnej ciemności 4712425 sprowadziła Bobby’ego i Kate po niskich schodach.
Bobby po echach i zapachu wyczuł przed sobą pokój. Był duży, z twardymi ścianami — tynk, może pomalowany — i tłumiącym dźwięk dywanem na podłodze. Pachniało jedzeniem i gorącymi napojami. Byli tu też ludzie — czuł ich mieszane zapachy, słyszał cichy szelest poruszających się ciał.
Jestem w tym coraz lepszy, pomyślał. Jeszcze parę lat i w ogóle nie będę musiał używać oczu.
Stanęli u stóp schodów.
Jeden pokój, kwadrat jakieś piętnaście metrów, wypisała 4712425. Para drzwi na tyłach. Toalety. Są ludzie, jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście, wszyscy dorośli. Okna zaciemniane.
Było to typowe maskowanie: pokoje, które zawsze były ciemne stawały się znane jako kryjówki Uchodźców.
Chyba OK, wypisała Kate. Jest jedzenie i łóżka. Wchodzimy. Zdjęła intkam, a potem dres, który miała pod spodem.
Bobby westchnął i postąpił podobnie. Oddał odzież do rąk 4712425, a ona powiesiła rzeczy na wieszaku, którego nie widział. Potem nadzy, jedynie w cieplnych maskach, trzymając się za ręce, weszli między anonimowych w swej nagości ludzi. Bobby spodziewał się, że przed końcem spotkania zmieni nawet maskę, żeby jeszcze bardziej zmylić kogoś, kto mógłby ich obserwować.
Powitano ich. Ręce — męskie i kobiece, z wyraźnie odmienną teksturą — falowały przed twarzą Bobby’ego. Wreszcie ktoś go dotknął; miał holistyczne wrażenie kobiety koło pięćdziesiątki, niższej od niego. Jej drobne dłonie niezręcznie gładziły jego twarz, ramiona i nadgarstki.
W ten sposób, dotykając się w ciemności, Uchodźcy badali siebie nawzajem. Poznanie, zyskiwane z trudnością, potwierdzane ostrożnie, a nawet niechętnie, opierało się nie na imionach, twarzach, wizualnych czy dźwiękowych etykietach, ale na oznakach subtelnych, niematerialnych: kształcie osoby w ciemności, zapachu — nieusuwalnym i charakterystycznym nawet pod warstwą brudu albo po energicznym myciu, stanowczości lub delikatności dotyku, sposobie komunikacji, cieple czy chłodzie, po stylu.
Przy pierwszym takim spotkaniu Bobby kulił się i cofał w ciemności przed każdym dotykiem. Lecz nie był to niemiły sposób witania się z ludźmi. Jak twierdziła Kate, taka milcząca komunikacja, dotykanie i głaskanie, odwoływała się do jakiegoś głębokiego zwierzęcego poziomu ludzkiej osobowości.
Zaczął się rozluźniać. Był bezpieczny.
Oczywiście anonimowość społeczności Uchodźców przyciągała niezrównoważonych i przestępców, tym bardziej, że grupy były łatwo infiltrowane przez ludzi, którzy w dobrych czy złych celach szukali innych uciekinierów. Ale doświadczenie mówiło Bobby’emu, że Uchodźcy zadziwiająco skutecznie dbali o porządek w swoim gronie. Wprawdzie nie istniał żaden centralny ośrodek koordynujący, jednak w interesie każdego z nich leżało zachowanie integralności lokalnej grupy i ruchu jako całości. Dlatego ci źli byli szybko identyfikowani i usuwani, podobnie jak agenci federalni i inni obcy.
Bobby myślał czasem, że Uchodźcy to model organizacji społeczeństw w podglądanej, wormcamowej przyszłości: luźne, rządzące się samodzielnie sieci, chaotyczne, być może nawet nieefektywne, lecz trwałe i elastyczne. Jego zdaniem Uchodźcy byli zaledwie kontynuacją takich grup jak sieci WGD, Straż Bombowa czy zespoły prawdy, a nawet wcześniejsze ugrupowania, takie jak obserwujący niebo amatorzy, którzy odkryli Wormwood.
Kiedy WormCam zlikwidował wszelkie tabu i prywatność, ludzie powracali do wcześniejszych norm zachowania. Uchodźcy rozmawiali, głaskając się i drapiąc jak szympansy. Przesycone ciepłem, zapachem, dotykiem i smakiem innych ludzi takie spotkania były niezwykle zmysłowe, a czasami wręcz erotyczne. Bobby nieraz widział, jak przeradzają się w pełną orgię. W takich wypadkach on i Kate zwykle przepraszali milcząco i wycofywali się, zanim zaangażowali się zbyt mocno.
Bycie Uchodźcą nie było takie złe. A z pewnością lepsze niż alternatywa, jaką miała przed sobą Kate.
Ale był to tylko cień życia.
Nie można było zostać zbyt długo w jednym miejscu, nie można było posiadać majątku ani nawet zbliżyć się do kogoś w obawie przed zdradą. Bobby znał imiona tylko garstki Uchodźców, których poznał w ciągu tych trzech lat w podziemiu. Wielu stało się jego towarzyszami, oferując — zwłaszcza na początku — nieocenioną pomoc i radę parze bezradnych neofitów, których ocaliła Mary. Towarzyszami tak, ale bez minimalnego ludzkiego kontaktu chyba nigdy nie mogli zostać przyjaciółmi.
WormCam wprawdzie nie pozbawił go wolności i prywatności, lecz odgrodził od reszty ludzi.
Nagle Kate pociągnęła go za rękę i wbiła palce w dłoń.
Znalazłam ją. Mary. Mary tu jest. Tam. Chodź, chodź, chodź.
Zaskoczony Bobby ruszył za nią.
Siedziała sama w rogu pokoju.
Bobby delikatnie zbadał palcami sytuację. Mary była ubrana w dres. Przy niej leżał stygnący, nietknięty talerz jedzenia. Nie nosiła maski.
Oczy miała zamknięte. Nie reagowała na dotyk, lecz wyczuł, że nie śpi.
Kate nerwowo stuknęła w dłoń Bobby’ego.
Równie dobrze może nosie neon: tu jestem weźcie mnie.
Co z nią?
Nie wiem. Skąd mam wiedzieć.
Bobby ujął bezwładną dłoń siostry, roztarł ją i zaczął wypisywać jej imię.
Mary, Mary, Mary, Mary Mays, tu Bobby, Bobby Patterson, Mary, Mary…
Nagle jakby się przebudziła.
— Bobby?
Wyczuł głęboko zaszokowaną ciszę w całym pokoju. To było pierwsze słowo, które ktoś wymówił głośno, odkąd tu przyszli. Kate wyciągnęła rękę i zasłoniła Mary usta.
Bobby znalazł dłoń siostry, żeby mogła coś do niego napisać.
Przepraszam, przepraszam. Zamyślona.
Uniosła jego dłoń do ust i poczuł, jak rozciąga wargi w uśmiechu. Czyli zamyślona i szczęśliwa. Ale to niekoniecznie dobry znak. Szczęśliwa znaczy nieuważna.
Co się z tobą działo?
Uśmiechnęła się szerzej.
Nie powinnam być szczęśliwa, duży bracie?
Wiesz o co mi chodzi.
Wszczep, odparła krótko.
Wszczep, jaki wszczep?
Korowy.
O rany, pomyślał przerażony. Szybko przekazał informację Kate.
Paskudnie, bardzo paskudnie, odparła. Nielegalne.
Wiem.
…Jamajka, poinformowała go Mary.
Co?
Kumpel z komórki na Jamajce. Widzę przez jego oczy, słyszę przez jego uszy. Lepiej niż w Londynie.