Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Dom dzienny, dom nocny». Краткое содержание книги:

»Dom dzienny, dom nocny« jest najambitniejszym projektem prozatorskim Olgi Tokarczuk. Ta pe?na melancholijnego smutku (a miejscami i okrucie?stwa) ksi??ka oferuje nam w finale wspania?y, optymistyczny koncept. Otwiera nas na poznawanie ?ycia, do?wiadczanie naszego istnienia w jego wielowymiarowej postaci. Nie udzielaj?c nam porad ani nie serwuj?c nam odpowiedzi na tzw. najistotniejsze pytania, zach?ca do otwarcia si? na t? nie?atw? pr?b?, jak? jest nasza w?asna, niepowtarzalna egzystencja.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 127
Перейти на страницу:

Pieniądze, które zarabiał jasnowidzeniem (niewielkie), zamieniał na dolary. Chciał pojechać do Indii, co mu się zresztą nigdy nie udało, Indie bowiem, jak wszystko, przestały istnieć.

Ale najpierw wiele razy oglądał cudzą przyszłość i zlewała mu się ona w przyszłość wspólną totalną. Wiedział, że ma nastąpić koniec świata, niedługo, to była tylko kwestia obliczeń.

Widział więc dolinę, nad którą wisiało niskie, pomarańczowe niebo. Wszystkie linie tego świata były niewyraźne, cienie nieostre i prześwietlone jakimś obcym światłem. Nie było w dolinie żadnych domów, żadnych ludzkich śladów, nie rosła żadna kępa pokrzyw, żaden krzak zdziczałej porzeczki. Nie było też strumienia, a miejsce po nim zarosło gęstą i twardą rudą trawą. Miejsce po strumieniu wyglądało jak blizna. Nie było w tym miejscu dnia ani nie przychodziła żadna noc. Pomarańczowe niebo świeciło cały czas tak samo – ani ciepłe, ani zimne, zupełnie nieruchome, obojętne. Wzgórze wciąż porastał las, lecz gdy mu się przyglądał, widział, że był martwy, skamieniał w jednej chwili i zastygł. Na świerkach wisiały szyszki, a gałązki wciąż były pokryte posiwiałymi igłami, bo nie było wiatru, który mógłby je osypać. Miał straszne przeczucie, że gdyby w tym pejzażu pojawił się jakikolwiek ruch, las rozpadłby się z trzaskiem i zamienił w pył.

Tak musiał wyglądać tylko koniec. Nie potop, nie deszcze ognia, nie Oświęcim, nie kometa. Tak będzie wyglądał świat, gdy odejdzie z niego Bóg, kimkolwiek on jest. Opuszczony dom, kosmiczny kurz na wszystkim, zaduch i cisza. Wszystko, co żywe, zastyga i pleśnieje od światła, które nie zna pulsowania, a więc jest martwe. Pod tym upiornym światłem wszystko rozsypuje się w kurz.

Człowiek, który codziennie widzi koniec świata, żyje spokojnie. Od czasu do czasu jedzie do Krakowa po książki, patrzy przez okna pociągu na mijane krajobrazy, głównie Górny Śląsk z jego świątyniami przemysłu, potem pola na Opolszczyźnie ciągnące się po horyzonty, równo zasiane rzepakiem, który co roku zakwita dziesiątego maja. W brezentowym plecaku wiezie wszelkie apokalipsy przepisywane setki razy na maszynie (ostatnie kopie są prawie nieczytelne, ale wciąż tkwi w nich podniosły nastrój), wypowiedzi duchów na temat upadku cywilizacji, objawienia Matki Boskiej, zawiłe poezje Nostradamusa.

Nagle kończą się równiny i zaczynają góry. Pociąg wjeżdża w świerkowe lasy, pcha się kamiennymi wąwozami, kluczy w dolinach, aż nagle znajduje się w samym środku Wałbrzycha. Ludzie wysiadają na Dworcu Mieście, lecz Lew jedzie dalej, na Główny, bo tam ma przesiadkę do Kłodzka. Wałbrzych Główny to wyludniony ciemny dworzec z jednym kioskiem, gdzie górnicy z nocnej zmiany kupują papierosy i prezerwatywy. W barze sprzedają pierogi polanę słoniną i cienką herbatę, z trudem zaparzoną w podstygniętej wodzie. Pociąg do Kłodzka przez Nową Rudę najczęściej bywa pusty. Lew zajmuje miejsce na piętrze, żeby lepiej widzieć. Jest to bowiem najpiękniejsza trasa, jaką kiedykolwiek przemierzał pociąg. Prowadzi wysokimi wiaduktami przez rozległe doliny, po zboczach gór, nad wsiami i strumieniami. Z każdym zakrętem otwierają się nowe widoki, które zapierają dech. Lekkie linie gór, jedwabne niebo, smugi zieleni. Dołem, drogą idą ludzie, poganiają krowy, biegną psy, jakiś chłop wybucha nagle śmiechem, dzwonią dzwonki na szyjach owiec, swędzi skóra, wyżej idzie człowiek z plecakiem, macha ręką dym z kominów sunie w niebo, ptaki lecą obojętnie na zachód. W takim pociągu nie da się czytać. Trzeba patrzeć. Lew zaczął pisać książkę. Dał jej tytuł, zaczął od tytułu: Koniec musi nadejść. Była o końcu świata. Robił w niej głęboką analizę nieba. Świat zacznie się kończyć 2 kwietnia 1995 roku, kiedy Uran wejdzie w Wodnika, a skończy się raz na zawsze w sierpniu 1999 roku, gdy Słońce, Mars, Saturn i Uran utworzą na niebie wielki krzyż. A pisał tę książkę w 1980 roku, zimą kiedy nic jeszcze na pewno nie było wiadomo, ale kiedy zaczęły się strajki, a we Wrocławiu strajkujące tramwaje ustawiały się w wielki krzyż, ogromny na całe miasto, Lew uznał, że może pomylił się w swych czujnych obserwacjach, w odczytywaniu maleńkich cyferek w efemerydach i koniec świata nastąpi szybciej. I właściwie nie mógł się go już doczekać. Tak żył w oczekiwaniu. Zdzierał stare buty, bielizna wycierała się w szwach, pękały gumki w majtkach, w skarpetach wydzierały się dziury, na piętach powstawała cieniutka siateczka z nylonowych nitek, przez którą widać było stwardniałą skórę. Żadnych zapasów, żadnego „na potem”. Puste słoiki po majonezie prosiły się o dżemy, konfitury na zimę, o kompoty w razie nagłego pójścia do szpitala. Ale zima mogła nie nadejść, mogło nie być następnego lata. Chleb trzeba zjadać do końca, do ostatniego okruszka, mydła wymydlać do cienkiego płatka, który potem przyda się w praniu.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 127
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)