Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
Ślepowidzenie [Blindsight - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ślepowidzenie [Blindsight - pl]

Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:

„Ślepowidzenie” w genialny sposób na nowo definiuje historię o pierwszym kontakcie. U Petera Wattsa obcy nie są ani cudacznie przebranymi ludźmi, ani kompletnie niezrozumiałymi czarnymi monolitami — są czymś nowym, o wiele bardziej bulwersującym, zmuszającym nas do wyciągnięcia dość nieprzyjemnych wniosków co do natury świadomości. Gdy przestaniesz o tym myśleć, poczujesz ciarki na plecach!
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 88
Перейти на страницу:

Nikt się nie odezwał. Dopiero po paru sekundach milczenia zrozumiałem, co się stało.

Jukka Sarasti właśnie sprzedał nam motywującą gadkę.

Mógł przerwać tyradę Cunninghama — pewnie dałby sobie radę nawet z otwartym buntem — po prostu wpływając między nas i odsłaniając zęby. Albo i samym spojrzeniem. Ale nie starał się zmusić nas do posłuszeństwa strachem — byliśmy już wystarczająco nerwowi. Nie próbował nas też uświadamiać — walczyć ze strachem faktami: rozsądny człowiek, poznawszy nowe fakty dotyczące Rorschacha, przeraziłby się jeszcze bardziej. Sarasti chciał tylko, żebyśmy nadal funkcjonowali, zagubieni w kosmosie na skraju zasięgu naszego życia, w obliczu monstrualnej zagadki, która w każdej chwili i z dowolnego powodu może nas zniszczyć. Starał się nas uspokoić: dobre mięsko, grzeczne mięsko. Chciał, żebyśmy się nie posypali. Już, już dobrze.

Sarasti stosował psychologię.

Rozejrzałem się wokół stołu. Bates, Cunningham i Banda siedzieli nieruchomi i bladzi.

Sarasti syknął.

— Musimy stąd spierdzielać — powiedział Cunningham. — Te rzeczy przerastają nas dziesięć razy.

— Ale agresji wykazaliśmy więcej niż one — powiedziała James, choć bez przekonania.

— Rorschach bawi się tymi skałami jak szklanymi kulkami. A my siedzimy pośrodku tarczy strzelniczej. Gdy tylko przyjdzie mu ochota…

— On ciągle rośnie. Nie jest ukończony.

— I to ma mnie uspokoić?

— Ja tylko mówię, że nie wiadomo — wyjaśniła James. — Może mamy jeszcze całe lata. Albo stulecia.

— Mamy piętnaście dni — obwieścił Sarasti.

— Cholera — rzucił ktoś. Pewnie Cunningham. Może Sascha.

Z jakiegoś powodu wszyscy spojrzeli na mnie.

Piętnaście dni. Kto wie, z czego wyszła mu taka liczba. Nikt nie zapytał na głos. Może Sarasti, w kolejnym przypływie miernego talentu psychologicznego, wyssał ją z palca. A może oszacował ją, zanim jeszcze weszliśmy na orbitę, i weryfikował nią możliwość — dopiero teraz zdezaktualizowaną — ewentualnego wysłania nas z powrotem do labiryntu? Przez pół misji byłem na wpół ślepy — nic nie wiedziałem.

No, ale, tak czy inaczej, właśnie odbyła się uroczysta akademia na zakończenie roku.

* * *

Trumny przylegały do rufowej grodzi krypty — czy raczej tego, co bywało podłogą w owych rzadkich momentach, gdy pojęcia „góry” i „dołu” cokolwiek znaczyły. Podczas lotu nie mieliśmy świadomości upływu czasu — metabolizm zombiaków jest tak wolny, że nie obsługuje snów — ale ciało i tak wiedziało, że potrzebuje odmiany. Po przylocie żadne z nas nie zechciało spać w kapsułach. Robiliśmy to tylko w szponach śmierci.

Lecz Banda po śmierci Szpindla zaczęła tu przychodzić.

Jego ciało spoczywało w kapsule obok mojej. Wpłynąłem do pomieszczenia i bez namysłu obróciłem się w lewo. Pięć trumien: cztery otwarte i puste, jedna zapieczętowana. Lustrzana gródź naprzeciwko podwajała ich liczbę i głębokość pomieszczenia.

Ale Bandy tu nie było.

Odwróciłem się w prawo. Ciało Susan James unosiło się plecami do własnego odbicia i wpatrywało w odwrotny krajobraz: trzy sarkofagi zapieczętowane, jeden otwarty. Hebanowa plakietka wbudowana w schowane wieko była ciemna; pozostałe lśniły identycznym, rzadkim układem zielonych i niebieskich gwiazdek. Nie zmieniał się — żadnych przesuwających się EKG, świetlnych gór i dolin opisujących kardiogramy czy encefalogramy. Moglibyśmy siedzieć tu godzinami, dniami i żadna z tych diod nawet by nie mignęła. W zwrocie „żywy trup” akcent pada na drugie słowo.

Gdy wszedłem, topologia Bandy mówiła „Michelle”, ale odezwała się Susan, nie odwracając się.

— Nigdy jej nie widziałam.

Powiodłem za jej spojrzeniem, ku plakietce na jednej z zamkniętych trumien: Takamatsu. Druga lingwistka, też osobowość wieloraka.

— Wszystkich innych znam — ciągnęła Susan. — Szkoliłam się razem z nimi. Ale własnej zastępczyni nigdy nie poznałam.

Niechętnie na to patrzyli. Zresztą, po co?

— Jeśli chcesz… — zacząłem.

Pokręciła głową.

— Ale dzięki.

— Albo ktoś inny… bo tylko wyobrażam sobie, co Michelle…

Susan uśmiechnęła się, lecz w tym uśmiechu był chłód.

— Siri, Michelle naprawdę nie ma ochoty teraz z tobą rozmawiać.

— A. — Zawahałem się, żeby dać innym szansę na odezwanie się. Kiedy nikt nic nie powiedział, odepchnąłem się ku włazowi. — Ale jeśli któreś z was zmieni…

— Nie. Żadne z nas. Nigdy.

Procesor.

— Ty kłamiesz — ciągnął. — Widzę to. Wszyscy widzą.

Zamrugałem.

— Kłamię? Nie, ja…

— Ty nie rozmawiasz. Ty słuchasz. Nikt cię nie obchodzi. Chcesz tylko wiedzieć to, co my. Żeby pisać raporty.

— Procesor, to niezupełnie tak. Obchodzicie mnie. Wiem, że Michelle na pewno…

— Gówno tam wiesz. Idź sobie.

— Przepraszam, że was zdenerwowałem. — Obróciłem się i przycisnąłem dłonie do lustra.

— Nie możesz zrozumieć Michelle — warknął, kiedy się odpychałem. — Nigdy nikogo nie straciłeś. Nigdy nikogo nie miałeś.

— Daj jej spokój.

* * *

Mylił się w obu kwestiach. Zresztą, Szpindel przynajmniej zginął, wiedząc, że dla Michelle jest ważny.

Chelsea zmarła, myśląc, że gówno mnie obchodzi.

Minęły dwa lata, albo i więcej — choć od czasu do czasu się łączyliśmy, na żywca nie spotykaliśmy się od dnia rozstania. Naskoczyła na mnie od razu po powrocie z Oorta, wysłała na wszczepkę pilną wiadomość głosową: „Cygnus, zadzwoń NATYCHMIAST. To ważne”.

Po raz pierwszy, odkąd ją znam, wyłączyła wizję.

Wiedziałem, że to ważne. Wiedziałem, że źle się dzieje, nawet bez zdjęcia. Wiedziałem, ponieważ nie było zdjęcia, a po harmonicznych w głosie poznałem, że jest gorzej niż źle — wręcz śmiertelnie.

Potem się dowiedziałem, że została przypadkowo trafiona. Realiści rozsiali wokół bostońskich katakumb odmianę fibrodysplazji; łatwą przeróbkę, jednopunktowego retrowirusa — wywoływana przezeń choroba była jednocześnie aktem terroryzmu oraz ironicznym komentarzem na temat martwego paraliżu mieszkańców Nieba. Na chromosomie 4 modyfikowała gen kontrolujący kostnienie, w trzech genach na siedemnastce kodowała metaboliczne obejście.

Chelsea zaczął wyrastać nowy szkielet. Po piętnastu godzinach od zakażenia wapniały stawy, po dwudziestu ścięgna i więzadła. Wtedy już głodzili ją na poziomie komórkowym, próbując spowolnić wirusa przez pozbawienie go metabolitów, ale to była tylko gra na czas, i to niedługi. Po dwudziestu trzech godzinach mięśnie prążkowane zamieniały się w kamień.

Nie dowiedziałem się o tym od razu, bo nie oddzwoniłem. Nie chciałem znać szczegółów. Po głosie poznałem, że umiera. Na pewno chciała się pożegnać.

Nie chciałem z nią rozmawiać, dopóki nie wiedziałem, jak to się robi.

Godzinami przeczesywałem noosferę w poszukiwaniu wzorów. Sposobów umierania mamy aż nadto; znalazłem miliony zapisów ze stosowną etykietą. Neurofarmakologię paliatywną. Rozbudowane i opisowe sceny śmierci w literaturze popularnej. Przejrzałem to wszystko, pomagając sobie kilkunastoma filtrami oddzielającymi na wejściu światło od ciepła.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)