Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
Nikt się nie odezwał. Dopiero po paru sekundach milczenia zrozumiałem, co się stało.
Jukka Sarasti właśnie sprzedał nam motywującą gadkę.
Mógł przerwać tyradę Cunninghama — pewnie dałby sobie radę nawet z otwartym buntem — po prostu wpływając między nas i odsłaniając zęby. Albo i samym spojrzeniem. Ale nie starał się zmusić nas do posłuszeństwa strachem — byliśmy już wystarczająco nerwowi. Nie próbował nas też uświadamiać — walczyć ze strachem faktami: rozsądny człowiek, poznawszy nowe fakty dotyczące Rorschacha, przeraziłby się jeszcze bardziej. Sarasti chciał tylko, żebyśmy nadal funkcjonowali, zagubieni w kosmosie na skraju zasięgu naszego życia, w obliczu monstrualnej zagadki, która w każdej chwili i z dowolnego powodu może nas zniszczyć. Starał się nas uspokoić: dobre mięsko, grzeczne mięsko. Chciał, żebyśmy się nie posypali. Już, już dobrze.
Sarasti stosował psychologię.
Rozejrzałem się wokół stołu. Bates, Cunningham i Banda siedzieli nieruchomi i bladzi.
Sarasti syknął.
— Musimy stąd spierdzielać — powiedział Cunningham. — Te rzeczy przerastają nas dziesięć razy.
— Ale agresji wykazaliśmy więcej niż one — powiedziała James, choć bez przekonania.
— Rorschach bawi się tymi skałami jak szklanymi kulkami. A my siedzimy pośrodku tarczy strzelniczej. Gdy tylko przyjdzie mu ochota…
— On ciągle rośnie. Nie jest ukończony.
— I to ma mnie uspokoić?
— Ja tylko mówię, że nie wiadomo — wyjaśniła James. — Może mamy jeszcze całe lata. Albo stulecia.
— Mamy piętnaście dni — obwieścił Sarasti.
— Cholera — rzucił ktoś. Pewnie Cunningham. Może Sascha.
Z jakiegoś powodu wszyscy spojrzeli na mnie.
Piętnaście dni. Kto wie, z czego wyszła mu taka liczba. Nikt nie zapytał na głos. Może Sarasti, w kolejnym przypływie miernego talentu psychologicznego, wyssał ją z palca. A może oszacował ją, zanim jeszcze weszliśmy na orbitę, i weryfikował nią możliwość — dopiero teraz zdezaktualizowaną — ewentualnego wysłania nas z powrotem do labiryntu? Przez pół misji byłem na wpół ślepy — nic nie wiedziałem.
No, ale, tak czy inaczej, właśnie odbyła się uroczysta akademia na zakończenie roku.
Trumny przylegały do rufowej grodzi krypty — czy raczej tego, co bywało podłogą w owych rzadkich momentach, gdy pojęcia „góry” i „dołu” cokolwiek znaczyły. Podczas lotu nie mieliśmy świadomości upływu czasu — metabolizm zombiaków jest tak wolny, że nie obsługuje snów — ale ciało i tak wiedziało, że potrzebuje odmiany. Po przylocie żadne z nas nie zechciało spać w kapsułach. Robiliśmy to tylko w szponach śmierci.
Lecz Banda po śmierci Szpindla zaczęła tu przychodzić.
Jego ciało spoczywało w kapsule obok mojej. Wpłynąłem do pomieszczenia i bez namysłu obróciłem się w lewo. Pięć trumien: cztery otwarte i puste, jedna zapieczętowana. Lustrzana gródź naprzeciwko podwajała ich liczbę i głębokość pomieszczenia.
Ale Bandy tu nie było.
Odwróciłem się w prawo. Ciało Susan James unosiło się plecami do własnego odbicia i wpatrywało w odwrotny krajobraz: trzy sarkofagi zapieczętowane, jeden otwarty. Hebanowa plakietka wbudowana w schowane wieko była ciemna; pozostałe lśniły identycznym, rzadkim układem zielonych i niebieskich gwiazdek. Nie zmieniał się — żadnych przesuwających się EKG, świetlnych gór i dolin opisujących kardiogramy czy encefalogramy. Moglibyśmy siedzieć tu godzinami, dniami i żadna z tych diod nawet by nie mignęła. W zwrocie „żywy trup” akcent pada na drugie słowo.
Gdy wszedłem, topologia Bandy mówiła „Michelle”, ale odezwała się Susan, nie odwracając się.
— Nigdy jej nie widziałam.
Powiodłem za jej spojrzeniem, ku plakietce na jednej z zamkniętych trumien: Takamatsu. Druga lingwistka, też osobowość wieloraka.
— Wszystkich innych znam — ciągnęła Susan. — Szkoliłam się razem z nimi. Ale własnej zastępczyni nigdy nie poznałam.
Niechętnie na to patrzyli. Zresztą, po co?
— Jeśli chcesz… — zacząłem.
Pokręciła głową.
— Ale dzięki.
— Albo ktoś inny… bo tylko wyobrażam sobie, co Michelle…
Susan uśmiechnęła się, lecz w tym uśmiechu był chłód.
— Siri, Michelle naprawdę nie ma ochoty teraz z tobą rozmawiać.
— A. — Zawahałem się, żeby dać innym szansę na odezwanie się. Kiedy nikt nic nie powiedział, odepchnąłem się ku włazowi. — Ale jeśli któreś z was zmieni…
— Nie. Żadne z nas. Nigdy.
Procesor.
— Ty kłamiesz — ciągnął. — Widzę to. Wszyscy widzą.
Zamrugałem.
— Kłamię? Nie, ja…
— Ty nie rozmawiasz. Ty słuchasz. Nikt cię nie obchodzi. Chcesz tylko wiedzieć to, co my. Żeby pisać raporty.
— Procesor, to niezupełnie tak. Obchodzicie mnie. Wiem, że Michelle na pewno…
— Gówno tam wiesz. Idź sobie.
— Przepraszam, że was zdenerwowałem. — Obróciłem się i przycisnąłem dłonie do lustra.
— Nie możesz zrozumieć Michelle — warknął, kiedy się odpychałem. — Nigdy nikogo nie straciłeś. Nigdy nikogo nie miałeś.
— Daj jej spokój.
Mylił się w obu kwestiach. Zresztą, Szpindel przynajmniej zginął, wiedząc, że dla Michelle jest ważny.
Chelsea zmarła, myśląc, że gówno mnie obchodzi.
Minęły dwa lata, albo i więcej — choć od czasu do czasu się łączyliśmy, na żywca nie spotykaliśmy się od dnia rozstania. Naskoczyła na mnie od razu po powrocie z Oorta, wysłała na wszczepkę pilną wiadomość głosową: „Cygnus, zadzwoń NATYCHMIAST. To ważne”.
Po raz pierwszy, odkąd ją znam, wyłączyła wizję.
Wiedziałem, że to ważne. Wiedziałem, że źle się dzieje, nawet bez zdjęcia. Wiedziałem, ponieważ nie było zdjęcia, a po harmonicznych w głosie poznałem, że jest gorzej niż źle — wręcz śmiertelnie.
Potem się dowiedziałem, że została przypadkowo trafiona. Realiści rozsiali wokół bostońskich katakumb odmianę fibrodysplazji; łatwą przeróbkę, jednopunktowego retrowirusa — wywoływana przezeń choroba była jednocześnie aktem terroryzmu oraz ironicznym komentarzem na temat martwego paraliżu mieszkańców Nieba. Na chromosomie 4 modyfikowała gen kontrolujący kostnienie, w trzech genach na siedemnastce kodowała metaboliczne obejście.
Chelsea zaczął wyrastać nowy szkielet. Po piętnastu godzinach od zakażenia wapniały stawy, po dwudziestu ścięgna i więzadła. Wtedy już głodzili ją na poziomie komórkowym, próbując spowolnić wirusa przez pozbawienie go metabolitów, ale to była tylko gra na czas, i to niedługi. Po dwudziestu trzech godzinach mięśnie prążkowane zamieniały się w kamień.
Nie dowiedziałem się o tym od razu, bo nie oddzwoniłem. Nie chciałem znać szczegółów. Po głosie poznałem, że umiera. Na pewno chciała się pożegnać.
Nie chciałem z nią rozmawiać, dopóki nie wiedziałem, jak to się robi.
Godzinami przeczesywałem noosferę w poszukiwaniu wzorów. Sposobów umierania mamy aż nadto; znalazłem miliony zapisów ze stosowną etykietą. Neurofarmakologię paliatywną. Rozbudowane i opisowe sceny śmierci w literaturze popularnej. Przejrzałem to wszystko, pomagając sobie kilkunastoma filtrami oddzielającymi na wejściu światło od ciepła.