Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Uczeń Alvin [Prentice Alvin - pl]
Uczeń Alvin [Prentice Alvin - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Uczeń Alvin [Prentice Alvin - pl]

Электронная книга - «Uczeń Alvin [Prentice Alvin - pl]». Краткое содержание книги:

Alvin powraca do miejsca swych narodzin, aby podjąć naukę u kowala. Nie wszystko dobrze się układa w Hatrack River. Alvin wie, że musi nauczyć się wykorzystywać magiczne umiejętności, którymi został obdarzony. Niszczyciel czeka tylko na okazję, aby go zabić. Ale jest tam też ktoś, kto czuwa nad Alvinem z daleka — Żagiew
1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 87
Перейти на страницу:

Peg Guester nagle zdenerwowała się jeszcze bardziej. Jednak Alvin wiedział, że z Arthurem nie warto się nawet kłócić o to, czy latał kiedyś na kruku. Był tylko jeden sposób, żeby przestał o tym mówić: należało zainteresować go czymś innym.

— Chodźmy już, Arthurze Stuarcie — powiedział. — Może kiedyś twoja mama była krukiem, ale mam przeczucie, że twoja mama tutaj za chwilę zacznie ugniatać cię jak ciasto.

— Nie zapomnij, co masz dla mnie kupić — rzuciła jeszcze Peg.

— Proszę się nie martwić — uspokoił ją Alvin. — Mam listę.

— Nie widziałam, żebyś coś zapisywał!

— Arthur Stuart jest moją listą. Arthurze, pokaż mamie. Chłopiec nachylił się do ucha Alvina i wrzasnął tak głośno, jakby chciał, żeby bębenki popękały mu aż do kolan.

— Baryłkę pszennej mąki, dwie głowy cukru, funt pieprzu, tuzin arkuszy papieru i parę jardów materiału, co by się nadał na koszulę dla Arthura Stuarta.

Krzyczał, ale głosem swojej mamy.

Peg nie znosiła, kiedy ją naśladował. Podeszła z wielkim widelcem wjednej ręce i starym tasakiem w drugiej.

— Nie ruszaj się, Alvinie — poleciła. — Nabiję go na widelec i obetnę uszy.

— Ratuj! — zawołał Arthur.

Alvin ocalił go, rzucając się do ucieczki, w każdym razie do kuchennych drzwi. Peg odłożyła rzeźnickie narzędzia, a potem ubierała Arthura w płaszcze, spodnie, buty i szale, dopóki nie był niemal szerszy niż dłuższy. Alvin wypchnął malca za drzwi i toczył go nogą, aż Arthur cały był pokryty śniegiem.

— No tak, Alvinie Juniorze — krzyknęła z progu Peg. — Zamrozisz go na śmierć na oczach jego matki! Co za nieznośny terminator!

Alvin i Arthur Stuart śmiali się tylko. Peg przykazała im jeszcze, żeby uważali i żeby wrócili do domu przed zmrokiem, po czym zatrzasnęła drzwi.

Zaprzęgli do sani, zmietli świeży śnieg, który zasypał siedzenie, kiedy zaprzęgali, wsiedli i okryli nogi derką. Najpierw pojechali z powrotem do kuźni, żeby zabrać wszystko to, co Alvin miał dostarczyć klientom: przede wszystkim zawiasy i gałki, a także narzędzia dla cieśli i szewców, dla których był właśnie środek sezonu. Dopiero wtedy ruszyli do miasta.

Nie zajechali daleko, gdy ujrzeli człowieka brnącego w tę samą stronę. Jak na taką pogodę, nie był zbyt ciepło ubrany. Kiedy zrównali się z nim i zobaczyli jego twarz, Alvin wcale się nie zdziwił, że to Mock Berry.

— Siadajcie na sanie, panie Berry, żebym nie miał was na sumieniu, jak tu zamarzniecie — zawołał.

Mock spojrzał, jakby dopiero teraz zauważył, że ktoś jest na drodze. A przecież przed chwilą wyprzedziły go parskające i tupiące mocno o śnieg konie.

— Dziękuję ci, Alvinie.

Alvin przesunął się na koźle, żeby zrobić miejsce. Mock wspiął się na górę niezgrabnie, bo ręce mu zmarzły. Dopiero kiedy już usiadł, zauważył Arthura Stuarta. I jakby go ktoś uderzył: natychmiast zaczął wysiadać.

— Chwileczkę! — powstrzymał go Alvin. — Nie mówcie tylko, że jesteście takim głupcem jak niektórzy Biali z miasta, którzy nie chcą usiąść obok mieszańca. Jak wam nie wstyd!

Przez chwilę Mock patrzył Alvinowi w oczy. Wreszcie zdecydował się odpowiedzieć.

— Znasz mnie przecież, Alvinie. Wiem, skąd się biorą na świecie takie dzieciaki i nie mam im za złe tego, co jakiś biały pan zrobił ich mamie. Ale w mieście plotkują… kto jest jego prawdziwą mamą. I nie wyjdzie mi na dobre, jeśli zobaczą, jak wjeżdżam do miasta z tym małym.

Alvin znał dobrze tę historię — jak to Arthur Stuart niby miał być dzieckiem Angi, żony Mocka, a ojcem jakiś Biały, więc Mock nie chciał widzieć chłopca w swoim domu. Dlatego Peg Guester się nim zaopiekowała. Alvin wiedział też, że to nieprawda. Ale w takim miasteczku lepiej, żeby ludzie w to wierzyli, niż żeby zaczęli się domyślać prawdziwej wersji zdarzeń. Znaleźliby się tacy, którzy by próbowali uznać Arthura za niewolnika i wysłać go na południe, żeby pozbyć się kłopotów ze szkołą i całą resztą.

— Nie przejmujcie się — powiedział. — Nikt was nie zobaczy w taką pogodę. A gdyby nawet, to Arthur wygląda jak kłębek płaszczy, a nie dziecko. Możecie zeskoczyć, jak tylko wjedziemy do miasta. — Alvin pochylił się, złapał Mocka za ramię i wciągnął na kozioł.

— Okryjcie się dobrze, żebym nie musiał was wieźć do przedsiębiorcy pogrzebowego, gdybyście mi tu zamarzli.

— Dziękuję uprzejmie, ty marudny, zarozumiały uczniu kowala — burknął Mock.

Podciągnął derkę tak wysoko, że zakrył Arthura Stuarta razem z głową. Arthur krzyknął i ściągnął ją trochę, żeby coś widzieć. Po czym obrzucił Mocka Berry'ego takim wzrokiem, że spaliłby go na popiół, gdyby nie było tak zimno i mokro.

W mieście pełno było sań, ale nie pozostało już ani śladu radości z pierwszego śniegu. Ludzie załatwiali swoje sprawy, a konie czekały, tupały kopytami, parskały i parowały na mrozie. Co bardziej leniwi mieszkańcy — prawnicy, urzędnicy i tym podobni — w takie dni w ogóle nie ruszali się z domów. Ale ci, którzy pracowali naprawdę, palili w piecach aż trzeszczało i siedzieli przy warsztatach albo otwierali sklepy.

Alvin porozwoził wykonane zamówienia. Wszyscy podpisywali się w księdze dostaw Makepeace'a — jeszcze jeden dowód lekceważenia: mistrz nie ufał uczniowi i nie pozwalał mu odbierać pieniędzy, jakby Alvin miał ledwie dziewięć lat, a nie prawie dwa razy tyle.

Przez cały czas Arthur Stuart siedział opatulony na koźle — Alvin nie wchodził nigdzie na długo i chłopak nie zdążyłby się rozgrzać po marszu z sań do drzwi. Dopiero przy sklepie Pietera Vanderwoorta warto było zsiąść i posiedzieć wewnątrz w cieple. Pieter napalił w piecu i nie oni pierwsi wpadli na pomysł, żeby tu zajrzeć. Dwóch chłopaków z miasta grzało nogi, popijając herbatę i dla lepszego efektu czasem pociągając z flaszki. Alvin nie spotykał się z nimi zbyt często. Owszem, przewrócił ich w zapasach raz czy dwa, ale to samo można było powiedzieć o każdym mieszkańcu miasta, który miał ochotę na zapasy. Ten piegowaty miał na imię Martin, a ten drugi Daisy — imię dobre raczej dla krowy, ale on takie właśnie nosił. Alvin wiedział, że są z tych, co to lubią podpalać kotom ogony i opowiadać brzydkie żarty o dziewczętach za ich plecami. Krótko mówiąc, ich towarzystwo mu nie odpowiadało. Ale też nie czuł do nich specjalnej niechęci. Kiwnął im głową na powitanie, a oni odpowiedzieli tym samym. Jeden podniósł butelkę, proponując poczęstunek, ale Alvin odpowiedział gestem, że nie, bardzo dziękuje. I to wszystko.

Przy ladzie Alvin rozpiął się trochę i od razu poczuł się lepiej, bo był już solidnie spocony. Potem zaczął odwijać Arthura Stuarta: ciągnął go za końce kolejnych szali, a chłopiec kręcił się jak bąk. Jego śmiech sprowadził z zaplecza pana Vanderwoorta, który też się roześmiał.

— Są tacy mili, póki nie dorosną — zauważył.

— Jest moim spisem sprawunków. Prawda, Arthurze? Arthur Stuart raz jeszcze głosem mamy wykrzyczał swoją listę:

— Baryłkę pszennej mąki, dwie głowy cukru, funt pieprzu, tuzin arkuszy papieru i parę jardów materiału, co by się nadał na koszulę dla Arthura Stuarta.

Pan Vanderwoort boki zrywał ze śmiechu.

— Ależ zabawny ten mały. Mówi zupełnie jak jego mama. Jeden z chłopców siedzących przy piecu aż krzyknął z radości. — Jego adoptowana mama, chciałem powiedzieć — poprawił się Vanderwoort.

— Pewnie jest prawdziwa — stwierdził Daisy. — Słyszałem, że Mock Berry często pracuje w zajeździe.

Alvin tylko zacisnął zęby, żeby powstrzymać słowa, które miał już na końcu języka. Zamiast gadać, podgrzał butelkę w ręku Daisy'ego tak, że tamten krzyknął znowu i ją upuścił.

1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)