Pieprzony Los Kataryniarza
- Автор: Ziemkiewicz Rafał A.
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
Robert uniósł się na fotelu, senność jak gdyby zaczynała go opuszczać.
– Sam tego do dziś nie rozumiałem. Ten ubek mi wyjaśnił. Niechcący. Powiedział, że tacy ludzie jak ja, nazwijmy ich, romantycy, służą swemu pierwszemu wzruszeniu. Śmiał się ze mnie, ale w sumie przyznaję mu rację. Tak, tak mnie wychowano, w takie rzeczy wierzę, i dzięki temu wiem, czemu służę. A on? Kiedyś mu się pewnie wydawało, że pracuje dla komunizmu, ale sami komuniści zmienili front. Nadymał się przede mną, jaka to potęga, Firma, jak mu się dobrze dzięki niej żyje. Teraz dowiaduję się, że tak naprawdę Firma pracuje dla jakiegoś ruskiego książątka, może dla Corbenicu, w każdym razie ty sobie po niej łazisz jak chcesz. A ty sam wiesz, komu właściwie służysz?
– Sobie – Brzozowski uśmiechnął się z politowaniem.
– Nie. Wcale nie. Te wszystkie wasze wtajemniczenia, ponad którymi może istnieją jakieś inne wtajemniczenia, wzajemne śledzenie każdego przez każdego, to śmierdzi, po prostu. Ja wolę mieć prostą sytuację.
– I gwarancję przegranej.
– A ty jaką masz gwarancję? Może służysz jakiejś nowej, kretyńskiej utopii, która znowu pochłonie miliony istnień i rozpadnie się, tak jak komunizm? A może wasz układ zdążył się już podzielić, bo prędzej czy później to się stanie, jakiś cwaniaczek korzysta ze swego przywileju i po prostu używa takich jak ty do robienia forsy?
– Robert, staraj się być merytoryczny. Podałem ci sporo argumentów, dla których musimy budować to, co budujemy.
– A może mi je podałeś dlatego, że mnie znasz i wiesz, jak ze mną rozmawiać? A gdybyś werbował kogoś innego, obiecywałbyś mu życie w luksusach i tancerki z Tajlandii? Nie wejdę w taki interes, cokolwiek byś gadał. Ojciec by mi tego nigdy nie darował.
– Czekaj, czekaj – zainteresował się Brzozowski. -Dlaczego plączesz w to swojego ojca? On przecież już nie żyje.
– Błąd! On żyje, jak najbardziej. Tutaj – popukał się kciukiem w pierś. – Pewnie dlatego nie potrafisz mnie zrozumieć. Bo ja jestem przyrośnięty do tej ziemi, od całych pokoleń. Ja jestem drzewo. Wrosłem w nią. Mówiąc wzniosie, moi przodkowie zraszali ją potem, krwią i łzami, i powinienem być wdzięczny temu waszemu Corbenicowi, że pomógł mi to sobie uświadomić. A ty?
– A wiesz? – Brzozowski ucieszył się, dokładnie tak, jak musi się cieszyć entomolog, stwierdzający, że ukąsił go zupełnie jeszcze nie znany nauce insekt. – Tak, to może być to. Nawet nie wiem, gdzie żyli moi przodkowie wcześniej, ale w każdym razie pradziadek znalazł się na Litwie. W dwudziestym czy jakoś tam kazali tam wszystkim przyjąć litewskie nazwiska, więc zrobił się, od nazwy wsi, Birulisem. Potem zgarnęli go hitlerowcy, a kiedy jakimś cudem przeżył, dostał taki wybór, że albo przybierze polskie nazwisko i zamieszka w UB na piętrze, albo zostanie w piwnicy. To jest czysty przypadek, że urodziłem się tutaj, a nie w Ameryce, Francji czy na Antylach. Ale to dobrze dla mnie. Dzięki temu mam szersze spojrzenie. Potrafię myśleć o świecie, pracować dla dobra wszystkich ludzi, a nie tylko sąsiadów. To musi być wspólne doświadczenie. Dzięki temu tak wielu nas wszędzie, gdzie się dzieje coś ważnego.
– Dzięki temu tak łatwo was wydymać, użyć do brudnej roboty, a potem pokazać czyste rączki i powiedzieć: wsio czeriez jewrieji – Robert potrząsnął głową, czując, że senność powraca. – Trzeba mnie było zostawić w spokoju.
– Nie licz na to. Żyć sobie mogą malutkie ludziki. A ty, okazało się, masz jakiś talent. Orientujesz się w sieci dwa razy szybciej niż przeciętny kataryniarz. Jakiś szósty zmysł, tak bywa. Zresztą, to nawet nie o to chodzi. Jesteś kataryniarzem. Nie można dopuścić, aby jakiś kataryniarz nie był w ten lub inny sposób w układzie. Prędzej czy później coś by znalazł i narobił kłopotów. Nie możesz się schować, taki twój pieprzony los.
– Taki mój pieprzony los. Po prostu. Dlatego będę was zwalczał.
Brzozowski pokręcił głową.
– Sądzisz, że masz jeszcze jakieś szansę? Biedny człowieku. Naprawdę myślałeś, że to może być takie łatwe? Że pozwolę ci zawiesić swój program takim prymitywnym wirusem?
– Idź już – ziewnął Robert. – Jestem potwornie zmęczony. Chce mi się spać.
– Tak, wiem o tym – Brzozowski podniósł się w zapadającej ciemności. – To się nazywa drowser. To migoczące światło, w które wpadłeś. Od kilkunastu minut zwalnia rytm twojego mózgu, aż do katatonii. Nie ma przed tym obrony. Twoja żona znajdzie cię w stanie śpiączki, z której medycyna nie zdoła cię wyprowadzić. Chyba, że spróbuje cię odpiąć od komputera i zerwać połączenie. Wtedy zabije cię wylew krwi do mózgu. Przykro mi, Robert.
Wydął się jak balonik i pękł z trzaskiem. Robert ostatkiem sił chciał jeszcze rzucić się za nim, ale nagle ściany pokoju zakołysały się i zaczęły spływać po nicości wielkimi kroplami w dół, jak po czarnej szybie, rzeczy, na których chciał się oprzeć, zdradziły go, zniknęły, rozmywając się w nicość i z głuchym jękiem runął w otchłań kolejnego przeskoku.
Ale tym razem nie było już nic. Nawet pustki. Nawet ciemności. Nie czuł swojego ciała.
Spadał. A więc tak ma wyglądać śmierć? Po prostu uśnie, pogrąży się w letargu i nigdy już nie wyjrzy na powierzchnię rzeczywistości?
Jakaś cząstka jego duszy wciąż jeszcze nie wierzyła, że to już koniec.
Skupił się, rozpaczliwie próbując przypomnieć sobie własne ciało. Wytężył wszystkie siły.
– Bo nie jesteś Etruskiem? – zapytała Wiktoria. – Co to znaczy?
– Och, naprawdę nie rozumiesz? Po prostu jestem stąd. Mówisz mi, że tyle było w dziejach narodów, które powymierały. Ale ten jest mój. Nie istnieję bez niego. Jeśli on zniknie, nic nie pozostanie i ze mnie. Nie mam wyjścia, Wiktorio. Taki mój los!
Całowali się w smutku. Wodził delikatnie wargami po szyi żony, po krągłości podbródka, gładził jej skórę, sięgając sekretnych miejsc, chłonął jej dotyk.
Splecione ciała stawały się z wolna jednością.
Tamten nie mógł tego wiedzieć, czym jest prawdziwa miłość. Niczym z tego, co pokazują w filmach. Pradziwa miłość odmienia cię całego i przestraja tak, że poza tą jedną, jedyną kobietą już nikt ani nic już dla ciebie nie istnieje. Tylko jej skóra ma smak, który budzi w tobie pożądanie. Tylko jej głos, jej ruchy, jej ciało zachowują powab, pozostają zdolne rozpalić w tobie ogień. Inne kobiety bledną, zlewają się z tłem, niegodne uwagi, i dopiero wtedy, gdy ten stary frazes, że nie widzi się poza swą żoną świata, stanie się prawdą – dopiero wtedy można poznać, czym jest naprawdę miłość i bijąca z niej siła.
Chłonął jej dotyk, w ciemności pełnej szeptów i złotawych pobłysków dalekiego światła na jej skórze. Szeptał jej imię, całując jej ramiona, piersi… Jeszcze jedna rzecz, 0 której jego prorocy kłamali. Ci nieszczęśni, biedni ludzie, którzy obijają się o siebie w klatce życia i natychmiast odskakują, którzy wciąż próbują z kimś nowym, którzy tak mocno wierzą w swoje prawo do szczęścia i stale sobie powtarzają, jak bardzo im się ono należy – ci nieszczęśni ludzie nigdy go nie odnajdą. Będą próchnieć od środka, będą wmawiać sobie, że to, co mogą mieć, krótka rozkosz, przelotny nastrój, że to jest właśnie tym, czym być powinno – i nie będą mogli zrozumieć, co tracą i dlaczego. Może właśnie stąd tyle w ludziach szaleństwa; nikt ich nie nauczył, że szczęście nie bywa przynoszone podmuchem losu, że trzeba budować je codziennie z najdrobniejszych spraw, uśmiechów, zgromadzonych rzeczy i codziennych rytuałów. Że trzeba zakląć każdą szczęśliwą chwilę we wspólnym życiu, jak w krysztale, aby płonęła wiecznie. I że nie wolno słuchać fałszywych proroków miłości, którzy nigdy jej w życiu nie znaleźli i nie wiedzą, czym może i powinna ona być.