Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pieprzony Los Kataryniarza
Pieprzony Los Kataryniarza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pieprzony Los Kataryniarza

Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:

Po tamtej stronie komputera trwa wirualny świat.
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64
Перейти на страницу:

Odetchnął ciężko, ściągając z głowy hełm i odkładając go na podłogę obok fotela. Potem sięgnął do karku i oderwał od niego gumową przylgę. Skóra pod nią swędziała nieznośnie. Drapał ją, wycierając palcami śliską, galaretowatą pastę, którą był wysmarowany na karku. Przylgę odłożył na podłogę obok hełmu; był zbyt wyczerpany, aby ją w tej chwili czyścić.

Wyciągnął w górę ręce i przeciągnął się gwałtownie w fotelu, aż odrętwiałe po godzinach bezruchu kości zachrobotały w stawach, a kręgosłup odezwał się przynoszącym ulgę chrupotem. Odetchnął i powtórzył to, wyginając grzbiet, jakby chciał go złamać, i wpierając rozprostowane nogi w podłogę z siłą, która powinna pozwolić im przebić klepkę i skryty pod nią beton na wylot. Napinał i rozluźniał mięśnie ud, pośladków, brzucha i grzbietu, w wyuczonej kolejności, aż wreszcie z westchnieniem opadł na fotel.

Fizycznie nie odczuł po tym wielkiej ulgi. Odczuwał ją za to na duchu. Była tak wielka, że nie bardzo potrafił czuć cokolwiek innego. Była dość wielka, by przytłumić świadomość, że jego sytuacja nie jest ani odrobinę lepsza niż przed kilkoma godzinami. Ale tu, pod osłoną wszystkich swoich rzeczy czuł się bezpieczny. Mógł teraz lizać rany i obmyślać następne kroki.

Podniósł się wreszcie z fotela, sięgnął za plecy, aby chwycić palcami i odlepić przepoconą koszulę. Marzył o odrobinie koniaku, którego butla oczekiwała na specjalne okazje w barku w salonie. Poczłapał tam na sztywnych nogach. Za oknem zapadł już zmierzch. Zapalił światło, ale pomimo to miał wrażenie, że w mieszkaniu jest jakoś nienormalnie ciemno; mrugał oczami i przecierał je, lecz to wrażenie nie mijało.

Otworzył barek, drżącą ręką wydobył z niego szklaneczkę, potem butelkę. Napełnił szkło.

Nie, z mieszkaniem było wszystko w porządku. To było coś takiego, jakby ciemniało mu przed oczami. Czuł się słaby i jakoś ospały, ale to było zrozumiałe, nerwy, odreagowanie przeżyć kilku ostatnich godzin. Tylko skąd ten cień, zmuszający do ciągłego mrużenia oczu?

Miał właśnie zamiar rozsiąść się wygodnie na fotelu i ze szklaneczką w dłoni zebrać wreszcie rozbiegane myśli, kiedy rozległ się dzwonek u drzwi.

Pomimo całego zmęczenia, jakie odczuwał, niemal do nich podbiegł. Potrzebował teraz Wiktorii. Potrzebował jej dotyku, głosu. Otworzył drzwi, uśmiechnięty, pełen ulgi, nie mogąc się już doczekać chwili, gdy poczuje ją w swych objęciach.

Stał nieruchomo, a uśmiech spływał mu z twarzy. To nie była Wiktoria. Za drzwiami stał Brzozowski.

– Cóż, zdaje się, że muszę z tobą porozmawiać. To nie potrwa długo – oznajmił i nie czekając na zaproszenie wpakował się do przedpokoju. Robert czuł, że powinien zaprotestować, ale w tej chwili było już na to za późno. Zdobył się jedynie na odruch, by powstrzymać go gestem, gdy próbował wejść głębiej, i wskazać kapcie.

– Mimo wszystko byłoby lepiej, gdybyś nie zlekceważył mojego listu – oznajmił Brzozowski, zmieniwszy posłusznie obuwie.

Robert wskazał mu drogę do swojego pokoju i jedno z krzeseł. Sam usiadł na tym samym fotelu, który zajmował podczas pracy z komputerem.

Uniósł do ust szklaneczkę, nie proponując niczego Brzozowskiemu. Koniak wydał mu się pozbawiony mocy, jakby rozcieńczony.

– Kapowałeś na mnie – stwierdził, patrząc na Brzozowskiego, który przyglądał się z ciekawością jego półkom.

– Co takiego? – zainteresował się Brzozowski.

– Dzisiaj w spółce przesłuchiwał mnie jeden ubek. Zacytował mi parę obszernych fragmentów z naszych wieczornych rozmów w Pałacu. Skąd je znał? Co?

Brzozowski zaśmiał się.

– I to był powód, dla którego się nie odezwałeś?

– Odpowiedz na pytanie.

– Nie, to naprawdę zabawne. Uważasz mnie za jakiegoś zwykłego kapusia – powiedział. – Powinienem się obrazić. Masz zwyczaj wykrzykiwać swe polityczne rozważania na cały lokal i nawet nie starcza ci inteligencji, żeby wiedzieć, że Styperek, skoro dostał koncesję na obsługiwanie takiego miejsca, po prostu musi pisać regularne epistoły do komendantury. A na koniec podejrzewasz mnie, że nie mam nic lepszego do roboty, niż na ciebie kapować. Wiesz, co bym zrobił, gdybym chciał, aby w twoich archiwach znalazło się to albo tamto? Wpisałbym to do nich. Ja wchodzę do Piramidy, kiedy chcę, i nie robię w niej głupich błędów.

Spod ociężałych powiek Brzozowski wydawał się równie wściekły, jak wtedy, gdy Robert oznajmił mu o swej rezygnacji z pracy w Kancelarii.

– Więc to byłeś ty – skinął głową Robert. – To ty byłeś Żelaznym, tak?

– Tak. Nie powinienem ci tego mówić, ale teraz właściwie już to nie ma znaczenia. To ja jestem człowiekiem, który cię wybrał, prowadził przez rok i obmyślił dla ciebie sprawdzian przed zwerbowaniem. To ja podrzuciłem ci Strefy i sprawdziłem tą metodą, że jesteś już dojrzały do przyjęcia nowej wiary… nie próbowałeś krzyczeć, alarmować, poruszać nieba i ziemi, tylko po prostu pogrążyłeś się w apatii. Rozmawialiśmy tyle razy, śledziłem każdy twój ruch w sieci. Patrzę: wszystko jak trzeba, pogodził się, wie, co nieuchronne, no, słowem, siedzi w profilu. I nagle taka wpadka. Wścieka mnie to, wiesz? – Brzozowski z irytacją zdzielił się dłońmi po kolanach. – Tracę na ciebie mnóstwo czasu, przygotowuję znakomity scenariusz wydarzeń, a ty w kluczowym momencie zachowujesz się jak egzaltowany gówniarz. Dlaczego?

– Nigdy się tego nie dowiesz – teraz to Robert powiedział te słowa, uśmiechając się przy tym nieznacznie.

– Uruchamiam plan – ciągnął Brzozowski – z piękną rolą, jak znalazł dla ciebie. Niby to zostaniesz konfidenentem, a naprawdę będziesz utajnionym pod rejestracją TW ekspertem. Jako kataryniarz InterDaty, włączonej w ruskie interesy, podrzucasz młodszej frakcji Firmy mięso do rozwalenia Dasajewa. Jak znalazł dla ciebie: Ruskie dostają po dupie i są wyganiane z Polski, co prawda przez innych Ruskich, ale powinno ci się to spodobać. Teraz żałuję, że próbowałem cię wtajemniczać, zamiast wmówić, że robisz jakąś wielką, niepodległościową robotę.

– Teraz już i tak bym ci nie uwierzył.

– Jasny szlag! Jak ja to teraz rozwiążę? Co ci nagle odbiło? Nie mogę tego zrozumieć.

– Może wybrałeś zły dzień.

– Dlaczego? Te Gwarancje Społeczne tak cię dobiły? Taaa – mruknął przeciągle Brzozowski, pochylając nagle głowę i drapiąc się w podbródek. – To możliwe. Nie uwzględniłem tego. Muszę coś z tym zrobić na przyszłość. Widzisz, ja zupełnie nie potrafię zrozumieć tych twoich odchyleń na punkcie narodowym. Skąd one się biorą?

Nagle zaczął z nim rozmawiać, jakby rozstrzygali jakiś teoretyczny problem na studenckim seminarium.

– Daj temu spokój. Nie jestem egzemplarzem do badań.

– Wybacz, dla mnie tak. Pracuję z ludźmi, powinienem ich rozumieć, a ty dwa razy przewróciłeś mi całą robotę do góry nogami. O co ci mogło chodzić? Nie jesteś głupi, wiesz dobrze, co jest warta demokracja – zastanawiał się na głos. – Musisz się z grubsza domyślać, co się zbliża, czemu będą musiały stawić czoło te rządy, formowane według limitów procentowych dla kobiet i homoseksualistów. Powiedz, Robert: nie odrzuciłeś Corbenicu dlatego, że wierzysz w jawność życia publicznego, prawo ludu do wybierania sobie władzy i tak dalej, prawda?

– Prawda.

– A więc dobrze, idiotą nie jesteś. Czyli aż tak się nie myliłem. Zdajesz też sobie sprawę, że ta fasada jest przeżarta do niemożności. Gdziekolwiek sięgniesz, roją się nieformalne układy, spiski, mafie. Wyznawcy New Agę szykują drogę prorokowi ze Wschodu, który ma rozpocząć erę wodnika; sataniści szykują się do zniszczenia chrześcijaństwa rękami islamu, a potem islamu rękami Antychrysta. Nowe pokolenia rozmaitych plemiennych gangów zawiązują ogólnoświatowe porozumienie wielkich bankierów i kontrolerów międzynarodowych organizacji. Jeśli nie sięgniemy po realną władzę my, kto to zrobi? Na pewno ktoś gorszy. Więc co, u licha, każe ci z nami walczyć? Proszę, wytłumacz mi to, no po prostu nie mogę zrozumieć!

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)