Hobbit, czyli tam i z powrotem
- Автор: Толкин Джон Рональд Руэл
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: Iskry
- ISBN: 83-207-1681-0
- Переводчик: Maria Skibniewska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Hobbit, czyli tam i z powrotem». Краткое содержание книги:
Bard ujął władzę w ręce i wydawał rozkazy samodzielnie, jakkolwiek zawsze w imieniu władcy; niełatwe to było zadanie utrzymać ludzi w ryzach i pokierować pierwszymi robotami tak, by wszystkich zabezpieczyć i zaopatrzyć w jakieś mieszkania. Większość zginęłaby pewnie tej zimy, która szybko nadciągała po jesieni, gdyby nie ratunek z zewnątrz. Ale ratunek przyszedł w porę. Bard bowiem nie zwlekając wysłał w górę rzeki gońców, prosząc króla elfów leśnych o pomoc. Posłowie zastali króla już gotowego do wymarszu, chociaż ledwie trzy dni upłynęły od śmierci Smauga.
Król elfów otrzymał wieści od własnych zwiadowców i od ptaków zaprzyjaźnionych z jego ludem, toteż wiedział już niemal wszystko o wypadkach nad Jeziorem. Wielkie było poruszenie wśród skrzydlatych stworzeń żyjących na granicy ziemi spustoszonej przez smoka. Chmary ptaków krążyły w powietrzu, gońcy chyżym lotem przemierzali niebo we wszystkie strony. Nad skrajem puszczy rozlegały się gwizdy, ćwierkania i szczebiot. Daleko w głąb Mrocznej Puszczy biegła nowina: „Smaug nie żyje!" Liście szeleściły, zwierzęta nastawiały uszu w zdumieniu. Nim jeszcze król elfów wyruszył ze swej siedziby, wieść dotarła na zachód od sosnowego boru w Górach Mglistych. Usłyszał ją także Beorn w swoim drewnianym dworze, a gobliny zwołały naradę w podziemnych pieczarach.
— Obawiam się, że nie usłyszymy już więcej o Thorinie zwanym Dębową Tarczą — powiedział król elfów. — Lepiej by wyszedł, gdyby został u mnie w gościnie. Mimo wszystko zły wiatr powiał — dodał po chwili — który nikomu nic dobrego nie przyniesie.
Król bowiem nie zapomniał legend o skarbach Throra. Dlatego to właśnie wysłannicy Barda zastali go gotowego do wymarszu na czele zastępu elfów uzbrojonych w włócznie i łuki. Kruki gęstą chmurą zbierały się nad tym wojskiem, myśląc, że znów zanosi się na wojnę, jakiej od dawna w tych okolicach nie widziano.
Mimo to, otrzymawszy błagalne wezwanie od Barda, król ulitował się, był bowiem panem dobrego i łagodnego plemienia; zmienił więc kierunek marszu, pierwotnie zamierzonego wprost pod Górę, i pospieszył w dół Leśnej Rzeki ku Jezioru. Nie miał dość tratew i łodzi, by pomieścić na nich całe swoje wojsko, toteż żołnierze musieli maszerować pieszo powolniejszą drogą lądową; ale wielkie zapasy jadła i sprzętu wysłano naprzód wodą. Elfy jednak są dobrymi piechurami, a chociaż odwykły w owych czasach do marszów przez niebezpieczne tereny między Puszczą a Jeziorem, posuwały się szybko. W pięć dni ledwie od śmierci smoka stanęły na wybrzeżu i ujrzały zburzone miasto. Powitano ich, jak można się było spodziewać, serdecznie, a ludzie oraz ich władca chętnie godzili się w przyszłości wynagrodzić króla elfów za udzieloną pomoc.
Wkrótce opracowano plan działania. Kobiety, dzieci, starcy i ludzie niedołężni zostali wraz z władcą nad Jeziorem; przyłączono do nich kilku rzemieślników i wiele sprawnych do wszelkiej roboty elfów. Ci zajęli się natychmiast wyrębem drzew i ściąganiem budulca spławianego rzeką z Puszczy. Potem zabrano się do budowy chat na wybrzeżu, żeby mieć schronienie, zanim zima na dobre nastanie. Pod kierunkiem władcy zaczęto też planować nowe miasto, piękniejsze i większe niż dawne, które jednak postanowiono wznieść na innym miejscu, dalej na północ i na brzegu Jeziora, odtąd bowiem już po wieczne czasu ludzie czuli wstręt do wody, w której spoczywał martwy smok. Smaug nigdy już nie miał powrócić na swoje złote leżę, zimny jak głaz spoczął na dnie płycizny. Przez wieki też można było przy spokojnej pogodzie dostrzec olbrzymie kości sterczące spośród połamanych palów zniszczonego miasta. Mało kto jednak odważał się przepływać obok przeklętego miejsca, a nikt nie ośmielił się zejść tam do wody lub podjąć próby odzyskania drogocennych kamieni odpadających od gnijącego Smaugowe–go kadłuba.
Wszyscy zaś ludzie zdolni do noszenia broni wraz z większością armii elfów mieli ruszyć na północ, pod Górę. Tak się też stało. W jedenaście dni od zburzenia miasta czoło pochodu wysunęło się przez skalną bramę u północnego krańca Jeziora i weszło w spustoszony przez smoka kraj.
Chmury Się Zbierają
Wróćmy teraz do Bilba i krasnoludów. Przez całą noc jeden z nich pełnił straż, ale do rana nie usłyszeli ani nie dostrzegli żadnych niebezpiecznych znaków. Tylko ptaki gromadziły się coraz liczniej. Całe ich chmary nadlatywały od południa, a wrony przemieszkujące w okolicy Góry krążyły w powietrzu, kracząc nieustannie.
— Dzieje się coś niezwykłego — rzekł Thorin. — Czas jesiennych odlotów już minął, zresztą widzę tu ptaki, które zostają na zimę w tym kraju. Szpaki i mnóstwo szczygłów. A tam dalej zbierają się ptaki żywiące się padliną, jakby zanosiło się na bitwę.
Nagle Bilbo wyciągnął palec wskazujący.
— Nasz drozd wrócił! — krzyknął. — Widać ocalał, kiedy Smaug zburzył górskie zbocze, ale ślimaki pewnie się nie uratowały.
Rzeczywiście, stary drozd siedział przed nimi, a gdy Bilbo go zauważył, ptak podfrunął bliżej jeszcze i przysiadł na kamieniu. Zatrzepotał skrzydłami i zaśpiewał; potem przechylił łebek, jak gdyby nasłuchując; po chwili znów zaśpiewał, urwał i znów czekał.
— Zdaje się, że on chce nam coś powiedzieć — rzekł Balin. — Ale nie rozumiem mowy tych ptaków, za szybka i za trudna dla mnie. Może pan Baggins coś z tego pojął?
— Niewiele — odparł Bilbo; prawdę rzekłszy nie zrozumiał nic. — Ale staruszek wydaje mi się bardzo czymś przejęty.
— Ba, żeby to był kruk! — powiedział Balin.
— Myślałem, że nie lubisz kruków. Kiedy szliśmy tutaj, miałem wrażenie, że się ich lękasz.
— To były gawrony, a w dodatku szkaradne i podejrzane, i bardzo ordynarne.
Słyszałeś chyba, jakie wyzwiska nam rzucały. Kruki to zupełnie co innego. Żyły niegdyś w wielkiej przyjaźni z plemieniem Throra i często przynosiły nam tajne wiadomości, a my wynagradzaliśmy je błyskotkami, które te ptaki lubią przechowywać w swoich gniazdach. Kruki żyją bardzo długo i mają dobrą pamięć, a mądrość przekazują z pokolenia na pokolenie. Kiedy byłem małym chłopcem, znałem wiele kruków z gromady zamieszkującej te skały. Przecież i ta strażnica nazywa się Kruczym Wzgórzem, ponieważ tutaj gnieździła się mądra i słynna para: Kark z małżonką żył tutaj, nad tą komorą. Wątpię jednak, czy pozostał tu choć jeden ptak z tamtego rodu.
Ledwie Balin skończył mówić, gdy stary drozd wrzasnął głośno i natychmiast odleciał.
— My go nie rozumiemy, ale on nas rozumie, to pewne — rzekł Balin. — Czekajmy teraz i uważajmy, co z tego wyniknie.
Wkrótce usłyszeli trzepot skrzydeł i zobaczyli znów drozda, ale tym razem w towarzystwie innego, jeszcze bardziej sędziwego ptaka. Był to stary kruk, ogromny, niemal ślepy, latał z wielkim trudem, a na czubku głowy miał łysinę. Sztywno spłynął na ziemię, powoli załopotał skrzydłami i kiwnął się przed Thorinem.
— O Thorinie, synu Thraina, i ty Balinie, synu Fundina! — zakrakał (a Bilbo wszystko zrozumiał, bo kruk mówił po ludzku, nie po ptasiemu). — Jestem Roak, syn Karka. Kark, którego dobrze znaliście, już umarł; sto pięćdziesiąt trzy lata upłynęły, odkąd wylęgłem się z jajka, lecz nie zapomniałem nic z tego, co mi ojciec mówił. Teraz ja jestem wodzem Wielkich Kruków z Góry. Garstka nas tylko tu została, pamiętamy jednak o dawnym królu. Moi poddani przeważnie są w tej chwili w drodze, bo na południu dzieją się doniosłe rzeczy; niektóre z nich uradują was, ale niektóre wydadzą się wam niepomyślne. Patrzcie! Ptaki gromadzą się z powrotem na Górze i w dolinie Dal, zlatują się z południa, z zachodu z wschodu na wieść, ze Smaug nie żyje!