Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 81
Перейти на страницу:

Rudomina odchylił płachtę namiotu. Za nim tłoczyli się pocztowi.

— Mości panie bracie — zakrzyknął doń wojewoda — ratujże z opresji!

— Jegomość wojewoda chce uciekać! Rozkazuję zatrzymać go siłą, odebrać broń i zatrzymać na kwaterach!

— Słyszysz, mości panie bracie?! — zakrzyknął wojewoda. — Wolność tu moją mordują! Na senatora Rzeczypospolitej rękę podnoszą!

Rudomina położył rękę na szabli.

— Słucham, mości panie wojewodo!

Mniszech z zimnym uśmiechem odwrócił się do Samozwańca.

— I co teraz, mości carewiczu?

— Ojczulku nasz najmilszy! — zgarbił się w ukłonie Dymitr. Wyglądał tak, jakby słowa wojewody złamały mu kręgosłup mocniej niż posoch batiuszki Iwana czaszki służalców. — Nie sumuj, odwołaj ich! I nie krzyw się! Wojna!

— Na wojnę potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Szkatułę masz pustą jak czerep nędzarza! Skąd weźmiesz na nowe zaciągi? Wy tam — krzyknął w stronę Rudominy — mości panie, dziękuję. Możecie wrócić na straż. Za godzinę ruszamy.

— Nie zabieraj mi wojska! — zawył Dymitr. — Chcesz jechać, jedź! Ale zostaw mi chorągiew!

— Ejże, jak inaczej dotrę żywy do granicy?!

— Dam ci sotnię dworian. Moich najwierniejszych.

— Żeby zanieśli moją głowę carowi w podarunku? — zaśmiał się wojewoda.

— Dam Zaporożców. Semenów. Wybranych.

— Ci, zanim głowę zetną, jeszcze mnie wydupczą, kozojeby.

— Zapłacę ci, jeśli nie weźmiesz moich husarzy!

— Czym? Rublami z sakwy Godunowa?

— Masz obiecaną Ziemię Siewierską, a dla Maryny Psków i Nowogród. Dam ci jeszcze Kaługę i Tułę.

— Mało. W dodatku tam ciągle Moskale.

— Mości carewiczu — zabrzmiał głos Dworyckiego — piechota i działa gotowe do wymarszu. Kto idzie w przedniej straży?

— Dam ci Sierpuchów, razem z monasterem! — wydyszał Dymitr. — I jeszcze asygnatę na dziesięć tysięcy rubli z carskiego skarbca ponad to, co obiecałem wcześniej.

Wojewoda uśmiechnął się tylko.

— Dam ci tytuł księcia włodzimierskiego. Tu i zaraz, w obozie. Jaśnie oświecony Mniszech, książę włodzimierski, siewierski, tulski i kałuski, wojewoda sandomierski, starosta Samborski, dumny diak, teść cara wsiej Rusi.

Wojewoda przymknął oczy i uśmiechnął się.

— Przynieście papier i inkaust! — rozkazał.

Die 30/20 ianuarii

Stancja Dydyńskiego, późna noc

— Poczekaj — wydyszała Anastazja wprost do ucha. — Zostań ze mną jeszcze chwilę.

— Służba.

— Może cię już nie zobaczę.

— To módl się. Do ruskich Bogów i świętych.

— Poczekaj! — Przytuliła się doń. — Ja nawet nie chcę myśleć, że cię zabiją.

— Znajdziesz innego gacha. Jak Szujski wygra, jego ludzie będą spragnieni uciech. Nie odmawia się zwycięzcom, prawda, moja trzpiotko?

— Byłabym spokojniejsza, gdybyś miał przy boku wierniejsze sługi.

— Mam najpewniejszych pocztowych w armii Dymitra.

— Nie ufam Nieborskiemu. To ćwik i krętacz, czasem myślę, że za garść czerwońców wbije ci kindżał w plecy.

— Nieborski? Oszalałaś!

— Powinieneś go oddalić! Stać cię na wierniejszych pachołków.

— Nieborski był przy moim boku w Inflantach i pod Nowogrodem. To nie jest człek z gościńca, ale zaufany sługa. Jego ojciec był u nas, w Dydni, ekonomem na folwarku. I imaginuj sobie, że zagryzły go wilki w lesie pod Bachowem. Mój rodzic go szanował, więc zadbał o przyszłość dzieci. Siostrę wydał za mąż, a jego wyszkolił na sługę i rębajłę. Prawda, Damian to szałaputa, ale z czasem się ustatkuje. I pewnie jak ja zostanie towarzyszem. Będzie miał własny poczet…

— Oby nie twój, po śmierci pana.

— Spokój. Co cię ugryzło? Powiedziałem, że nie oddalę Damiana ani Świrskiego. To moi pocztowi i zaufani ludzie.

— Jeden moczygęba, a drugi głupiec!

— W bitwie musisz być pewien, że ten, kto staje ci za plecami, zna rzemiosło wojenne od deski do deski i na wyrywki. My, Polacy, walczymy inaczej niż Moskale. Kiedy ja w pierwszym szeregu tnę wroga w rękę lub odbijam cios, pocztowi w drugim i trzecim, a także czwartym dobijają przeciwnika. Dlatego nigdy nie dobiera się pachołków ot — tak sobie!

Przytuliła się do jego piersi.

— Dlaczego nie cierpisz Damiana? Napastował cię? A może nadużył słów?

— Nie ufam mu.

— Więc lepiej znasz moje sługi niż ich pan?

— Może i nie znam służalców, ale mężczyzn poznałam wystarczająco. Gdybym nie wiedziała, co kto ukrywa w duszy, już bym nie żyła.

— Oczywiście. Ty wszystko wiesz najlepiej.

— Porąbali by mnie toporem. I zjedli. Za wielkiego Hołomoru.

— Co takiego?

— Byłam córką Iwana Fiedakowa, jednodworca, człowieka służebnego kniaziów Massalskich w Putywlu. Po śmierci batiuszki matkę wydali za mąż po raz drugi. Za Fiodora Kołyczewa… Nie byłoby nam źle, gdyby nie głód. Przekleństwo cara Godunowa. On zniszczył wszystko.

Dydyński poczuł, jak zadygotała.

— Trzy zimy temu był rok bez lata. Śniegi upadły w sierpniu, zboża zmarniały na polach. Zjedliśmy wszystko, co się dało. Krowy, świnie, kozy i zboża na zasiew. Potem grzyby, zioła, a na koniec korę lipową. Później zabijaliśmy koty, psy. Widziałam ludzi, co popuchli jak pogańskie bałwany. Wozy, którymi wywożono trupy z Nowogrodu i Czernihowa. Matkę, co na ulicy kroiła nożem własne dziecko. Tłum, co szturmował wozy z ziarnem, strzelców rąbiących nędzników berdyszami. Ucinających głowy… Wymarłe wioski.

Dydyński milczał zasłuchany.

— Głód był taki, że zjadaliśmy słomę i siano, bo koni już nie było. Pewnej nocy znikła moja siostra, Irina. A potem jakiś czas działo nam się lepiej. Mieliśmy jadła pod dostatkiem. I tylko nikt nie pytał, skąd to mięso… A później batiuszka Fiodor… Zaczął szeptać po kątach z braćmi. A ja wiedziałam, że będzie źle. Modliłam się… Na nic. Kiedyś w nocy budzę się, widzę — batko z siekierą idzie. I wali w łoże, gdzie spał służka, sierota Iwaszko. Jam się skryła pod pierzyną. Płakałam ze strachu. I odtąd nie widziałam chłopca. A potem ojczulek Kołyczew… zaczął tak strasznie patrzeć na mnie. A ja wiedziałam wszystko, bo za dnia chodziłam i patrzyłam. Widziałam krew w drewutni. I zasypany dół za dworem. I powiedziałam matce. Uciekła od nich. Co miała czynić — grzech to, ale niech się tam wszyscy zjadają między sobą. Poszliśmy pod Czernihów. Tam matka zmarła, na trakcie. Z głodu. A ja zostałam przy ciele, płakałam, całowałam jej martwą rękę. I stał się cud. Jechał w saniach bogaty Niemiec z carskiego dworu — aptekarz. Ogrzał mnie i nakarmił. Zostawił we wsi u dobrych ludzi. Ale i tam był głód.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)