Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]
- Автор: Кресс Нэнси
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-86868-93-7
- Переводчик: Kinga Dobrowolska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]». Краткое содержание книги:
W zaciszu stworzonej przez siebie wyspy opracowują własny porządek świata, od czasu do czasu zadziwiając ludzkość wynalazkami. Ameryka, przytłoczona ciężarem wielomilionowej populacji bezczynnych trutni, wstrząsana nieodpowiedzialnymi eksperymentami genetyków i nanotechników, pogrąża się w chaosie i chyli ku upadkowi.
Skończyło się gotowe jedzenie, a sanki mogły pomieścić więcej. Musieliśmy przerwać ładowanie i poczekać, aż kuchenne roboty przygotują więcej. A przez cały ten czas nikt oprócz Jeanette Harloff nie odezwał się do nas ani słowem. Zupełnie nikt.
Kiedy odchodziliśmy, wieźliśmy ze sobą ogromne ilości jedzenia. Patrząc na nie, wiedziałem, że kiedy przyjdzie nakarmić wszystkich naszych głodnych ludzi w East Oleancie, wcale nie będzie go znowu tak dużo. Będziemy musieli wrócić tu jutro — nie my, to kto inny. Nikt z nas nie powiedział tego Jeanette Harloff. A sam nie umiałem się rozeznać, czy o tym wiedziała.
Niebo wyglądało tak, jakby większość dnia była już za nami. Stan Mendoza i Scotty Flye, najmłodsi i najsilniejsi, ciągnęli sanie pierwsi. Płozy zrobiliśmy z zakrzywionych kawałków plastipianki, gładszej niż drewno. Sanki sunęły po śniegu gładziutko. Teraz przynajmniej wiatr dmuchał nam w plecy.
— Nawet nie możemy rozmawiać z innym miastem przez ten nasz terminal — odezwała się po półgodzinie Judy Farell. — Możemy gadać z Albany albo z jakimś wołowskim politykiem, a nie możemy zadzwonić do innego miasta, żeby im powiedzieć, że brakuje nam jedzenia.
— Bo nigdy o to nie prosiliśmy — odpowiedział jej Jim Swikehardt. — Zabawniej było wskoczyć do grawpociągu. Przynajmniej miał człowiek jakieś zajęcie.
— A ludzie trzymają się osobno — odezwał się Ben Radisson, ale bez złości, tylko tak, jakby dopiero teraz przyszło mu to do głowy. — Powinniśmy byli o to poprosić.
Na to już nikt nic nie odpowiedział.
Po zmroku zrobiło się zimno aż do bólu. Miałem uczucie, że wiatr przewiewa mnie na wylot przez jakąś dziurę w piersiach. Prawie słyszałem, jak poświstuje mi w środku. Latarnie Y oświetlały tory jak w biały dzień, ale sam ten ziąb był jak ciemność, krążył wokół nas jak jakieś wściekłe zwierzę. Czułem, jak kości zamieniają mi się w sopelki lodu i, jak one kruche, mogą w każdej chwili trzasnąć.
Na szczęście byliśmy już prawie na miejscu. Nie zostało nam więcej jak mila, gdy w ciemnościach szczeknęła strzelba, a Scotty Flye runął martwy na ziemię.
W następnej chwili już nas mieli. Większość z nich rozpoznałem, choć z nazwiska znałem tylko dwóch: Clete’a Andrewsa i Neda Zalewskiego. Łobuzy. Dziesięciu czy dwunastu — ci z East Oleanty i ci z Pilotburga i Carter’s Falls, co przyjechali tu przed awarią grawkolei i utknęli. Wyli i wrzeszczeli, jakby to była jakaś zabawa. Skoczyli na Jacka, Stana i Boba i zobaczyłem, jak wszyscy trzej padają na ziemię, choć Stan to wielki facet, a Bob jest dobry na pięści. Łobuzy nie marnowały więcej kul — w ruch poszły noże.
Przycisnąłem małe czarne pudełeczko na swoim pasku.
Znów to mrowienie i lśnienie. Któryś z łobuzów skoczył teraz na mnie i usłyszałem taki dźwięk, jakby walnął w solidną, metalową ścianę. Tak właśnie to zabrzmiało. Sam słyszałem wszystko: Judy Farrel krzyczała, a Jack Sawicki jęczał. Oczy tamtego łobuza rozszerzyły się ze zdumienia.
— Cholera! Ten stary pierdoła ma tarczę!
Rzucili się na mnie we trójkę. Tylko że to nie było na mnie, a na dziwną, twardą warstwę jakiś cal ode mnie — jakbym był żółwiem w niewidzialnej skorupie nie do rozbicia. Nie mogli mnie dotknąć, tylko szarpali i popychali tę moją skorupę. W końcu ten pierwszy wydał niezrozumiały okrzyk i pchnął skorupę tak mocno, że przetoczyłem się przez tory i potoczyłem w dół po niedużym nasypie, zbierając na sobie śnieg jak te kule na bałwany, które kiedyś toczyła Lizzie. Coś chrupnęło mi w kolanie.
Kiedy zdołałem się wgramolić z powrotem na tory, łobuzy znikały wśród drzew, wlokąc za sobą nasze sanie.
Nie żył tylko Scotty. Reszta była w kiepskim stanie, zwłaszcza Stan i Jack. Mieli porozbijane głowy, rany od noży i sam już nie wiem, co jeszcze. Nikt poza mną nie mógł chodzić. Wlokłem się tę ostatnią milę, wywalając się co rusz w śnieg. W połowie drogi spotkałem kilku ludzi z East Oleanty, akurat wtedy, kiedy już myślałem, że nie zrobię ani kroku dalej. Wyszli nam naprzeciw, bo usłyszeli strzał.
Poszli po resztę. Ktoś, sam już nie wiem kto, poniósł mnie do Annie. Nic nie mówił, że mam wołowskie pole ochronne. A może wtedy już było wyłączone. Nie pamiętam. Pamiętam tylko, że w kółko powtarzałem: „Tylko mi ich nie pogniećcie! Tylko mi ich nie pogniećcie!” W kieszeni kurtki miałem sześć kanapek. Dla Lizzie, Annie i doktor Turner.
A potem wcale mi nie pociemniało w oczach, jak to mówiła Annie. Przed oczami zrobiło mi się czerwono, a od kolana szły błyski światła tak jasne, że myślałem, że mnie zabiją.
Nie zabiły mnie, to jasne. Kiedy czerwień zniknęła, był już następny dzień, a ja leżałem w łóżku Annie, która spała tuż obok mnie. Była tu i Lizzie, po drugiej stronie Annie. Nade mną pochylała się doktor Turner i robiła coś przy moim kolanie.
— Czy jadły? — wyskrzeczałem.
— Jak na razie — odpowiedziała doktor Turner ponuro. Potem dodała coś, czego już zupełnie nie rozumiałem. — To tyle, jeśli chodzi o solidarność społeczną w obliczu przeciwieństw losu.
— Przyniosłem jedzenie dla Annie i Lizie — powiedziałem.
To prawie jak cud. Annie i Lizzie dostały coś do jedzenia. Dzięki mnie. Jakoś nie pomyślałem wtedy, że dwie kanapki nie na długo im wystarczą. Nie przyszło mi nawet na myśl. To pewnie przez te środki przeciwbólowe, to one musiały mnie tak otumanić.
Twarz doktor Turner nagle się zmieniła. Wyglądała na zdumioną — tak jakbym odpowiedział właśnie na jej słowa, a to przecież nieprawda, bo nawet ich nie zrozumiałem. Ale nic mnie to nie obchodziło. Annie i Lizzie dostały coś do jedzenia. I to dzięki mnie.
— Och, Billy — odezwała się doktor Turner cicho i smutno, a głos miała taki żałosny, jakby ktoś umarł. Albo coś. Tylko co?
Ale to już nie był mój problem. Zasnąłem, a we wszystkich snach Lizzie i Annie uśmiechały się do mnie w blasku słońca, złotozielonym jak lato w górach, a w tym czasie — jak się okazało później — Stan, Scotty, Jack i to coś doktor Turner jednak naprawdę umarli.
12. Diana Covington: East Oleanta
KIEDY PRZYNIESIONO BILLY’EGO DO ANNIE FRANCY, a to jego biedne serce pracowało jak jakaś antyczna fabryka i ręce trzęsły mu się tak, że nie mógł sobie nawet wyłączyć tarczy ochronnej — dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jaką skończoną byłam kretynką, że nie wezwałam ANSG wcześniej.
Ale to nie Billy sprawił, że uświadomiłam to sobie. Zawdzięczam to — jak zwykle — Lizzie.
Wiedziałam, że Billy nie jest ciężko ranny, i pewnie powinnam bardziej przejąć się losem pozostałych Amatorów, zwłaszcza losem tej trójki, która zginęła. Ale faktem jest, że niezbyt się przejęłam. Co prawda zmieniłam swój stosunek do Amatorów, od kiedy zamieszkałam w East Oleancie, a zwłaszcza Jack Sawicki wydawał mi się porządnym facetem, ale tak to już było. Tak naprawdę nie obchodziło mnie, że Amatorzy-łobuzy obrócili się przeciwko Amatorom-niełobuzom i odebrali im szansę przeżycia. Ostatecznie my, Woły, niczego innego się po nich nie spodziewaliśmy. Dla nas Amatorzy to zawsze była potencjalna siła destrukcyjna, utrzymywana w spokoju tylko przez dostateczną ilość chleba i igrzysk, a teraz chleba zaczęło brakować, a i namioty cyrkowe także już zwijano. Nastał czas Bastylii.