Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
– Z początku nie będzie cię lubiła, ale szybko zrozumie, że nie jesteś mną. Po prostu rób to, co zawsze. Chciałabym ci to ułatwić, żałuję, że nie wszystko będzie jak było. Będziesz starą panną, ciotką własnego dziecka, ale to lepsze, niż gdyby cię wcale nie było. Twój mąż wróci z wojska i będzie rozpaczał po tobie, a ty nie będziesz mogła powiedzieć mu prawdy. Prawda będzie cię dręczyć, ale nic nie mów, żeby historia się nie powtórzyła. Żadnych znaków, żadnych opowieści o klątwie, bo inaczej cię zamkną, a to ci się nie spodoba. Zostawiam cię z moimi wadami.
Ale też z zaletami. Masz pracę – wystarczy, że odkurzysz swój angielski, a Wielikanow wybaczy ci, że opuściłaś parę dni, i będzie ci nadskakiwał podczas każdej przerwy. Może nawet go polubisz.
Ale zapamiętaj przede wszystkim, że postaram się ciebie odwiedzać. Nie wiem, jak to jest być kawką, nie wiem, czy w ogóle będę coś pamiętać, ale jeśli coś zapamiętam, to na pewno to. I proszę cię o jedno: pamiętaj, że kiedyś miałaś siostrę, siostrę, która kocha cię bardziej niż czterdzieści tysięcy braci.
Galina przełknęła ślinę i zastanowiła się co jeszcze powiedzieć. Chciała mówić o miłości i o potędze tego uczucia, o ucieczce Maszy przed laty – jeśli miłość była dość silna, żeby ją zabrać, była również wystarczająco potężna, żeby sprowadzić ją z powrotem. Chciała jej powiedzieć, żeby była dobra dla matki, choć w zamian nie otrzyma dobroci – przynajmniej nie z początku, gdy matka wciąż będzie myślała, że kobietą w ciele Galiny jest Galina, ta sama felerna istota. Ale Masza już to wiedziała, i jeśli ktoś mógł pozyskać sobie ich matkę, to tylko ona.
Galina wróciła do chaty z kawką na nadgarstku.
– Jesteśmy gotowe – powiedziała do Kościeja. – Tylko się pożegnam.
Jakow niezgrabnie skłonił głowę.
– Co zamierzasz zrobić? – Zapytała.
Skrzywił się.
– Nie wrócę pod ziemię, to pewne.
– A co z twoim dziadkiem?
– Chyba poślę mu list. Moja matka… Potrzebuje mnie bardziej niż on. I są sprawy, którymi muszę się zająć.
Galina zwykle nie była ciekawska, ale teraz rezerwa wydawała się zbędna.
– Jakie?
Wzruszył ramionami, aż siedząca na nich wrona zakrakała, trzepocząc skrzydłami.
– Po pierwsze, chcę porozmawiać z byłą żoną. Muszę wiedzieć, co się stało… Czy myślałaś kiedyś, że są ludzie, dla których powinnaś być milsza?
Galina skinęła głową.
– To samo jest z moją byłą – powiedział. – Są rzeczy, które musimy omówić.
– Powodzenia.
– Wzajemnie. To naprawdę miłe, to, co robisz dla swojej siostry.
Była wdzięczna, że nie próbował odwieść jej od tego zamiaru.
– Dzięki. Powodzenia na powierzchni.
– Ja zostaję pod ziemią – powiedział Fiodor. – Tam jest znacznie przyjemniej.
– Tak – zgodziła się Oksana. – Wyszłam na powierzchnię, żeby pomóc, ale teraz nie mogę się doczekać powrotu, choć Sowin będzie zły, bo przeze mnie zginął jeden z jego szczurów.
– Mogło zginąć ich więcej – powiedziała Galina. – Ty zresztą też. Dzięki za pomoc.
Oksana wzruszyła ramionami.
– Ja myślę.
Timur-bej bez słowa uścisnął dłoń Galiny.
– Do zobaczenia w podziemiu – powiedziała i zwróciła się do Eleny: – Z tobą też.
Elena miała lekko nadąsaną minę.
– Nie poszło po mojej myśli. Ale zawsze będziesz mile widziana, mimo że kawki są kiepskimi interlokutorami.
Galinie pochlebił zawód, wyraźnie brzmiący w jej głosie.
– Cieszę się, że cię poznałam. Naprawdę chciałabym się z tobą przyjaźnić.
Potem nie miała już nic więcej do powiedzenia i popatrzyła na Kościeja.
– Chyba jestem gotowa.
– Dawno tego nie robiłem – wyznał. – To coś zupełnie innego niż wkładanie śmierci w igłę.
Galina chciała zapytać, jaka jest różnica pomiędzy duszą i śmiercią, jak nauczył się robić takie rzeczy, jakie są jego relacje z Babą Jagą. Ale pytań było zbyt wiele – nigdy nie zadałaby wszystkich, a ta szansa była ostatnia. Wydawało się, że lepiej odejść w milczeniu. Niech Masza szuka odpowiedzi.
– Zaczynamy – oznajmił Kościej.
Polecił Galinie stać spokojnie i patrzeć w oczy ptaka siedzącego na jego ręce. Kątem oka widziała, jak Kościej wysnuwa z powietrza i splata cienkie, przejrzyste nici magii. Poczuła szturchnięcie od środka, chwilowy zawrót głowy, jakby spadała do studni. Oko kawki stało się czarne i wielkie przed jej twarzą, jak czarny księżyc, jak bezgwiezdne niebo, jak dno studni.
Ogromne oko skurczyło się w źrenicę otoczoną orzechową tęczówką, szarfowaną złotymi i brązowymi kreskami. Gdy się odsunęła, jej pole widzenia się poszerzyło. Zobaczyła bladą twarz, niebieskawe smugi cieni pod zmęczonymi oczami i bezkrwiste, udręczone usta. Dopiero po chwili pojęła, że patrzy na własną twarz.
Oczy kobiety skupiły się, usta rozchyliły w wyrazie dziecięcego zdumienia.
– Gałka? – Szepnęła.
– Tak, Masza, to ja – chciała odpowiedzieć, ale z jej ust, z jej dziobu z twardej kości i rogu, popłynęło głośne, radosne skrzeczenie.
„To ja", krzyknęła kawka Galina, „a to ty. O Boże, jestem taka szczęśliwa, że cię znalazłam. Przykro mi, że nie jest tak idealnie, jak chciałam. Śmiało, idź, przytul swoje dziecko, powiedz mamie, że będzie dobrze, odwiedź babcię w szpitalu. Idź, idź".
Poczuła niespokojne łaskotanie w ramionach (skrzydłach), i rozpostarła je szeroko. Krążyła po chacie, ledwo zauważając twarze stojących tam ludzi, aż znalazła otwarte drzwi i wyleciała na dwór. Były tam inne ptaki, ale na nie przyjdzie czas później. Zatoczyła krąg nad chatą, wzbijając się coraz wyżej w powietrze.
Zobaczyła kobietę i mężczyznę, wyglądających znajomo – kobieta była wysoka, przygarbiona i blada, mężczyzna krępy i kanciasty. Oboje wyszli z chaty i ruszyli ścieżką. Gdy wzleciała wyżej w niebo, przemienili się w dwie plamki powoli sunące po wielkiej bieli na dole, czarne gałęzie drzew tkały nad nimi delikatną siatkę. Rzeka, wciąż wolna od lodu, wiła się jak czarny pas pomiędzy białymi brzegami, a biała cerkiew była ledwo widoczna na tle pokrytego śniegiem zbocza, tylko cebulasta kopuła złociła się w promieniach słońca.
Sfrunęła spiralą w dół, by jeszcze raz rzucić okiem na drewnianą chatę w samym sercu parku, i patrzyła, jak wysoki, chudy niczym szkielet mężczyzna wychodzi i wyciąga szyję, osłaniając oczy przed słońcem. Obok niego stała kobieta w czarnej aksamitnej sukni, ze strzelbą w ręku. Oboje śledzili ją wzrokiem.
Zobaczyła również cygańską dziewczynę, otoczoną przez armię szczurów, zmierzającą ku rzece; towarzyszył jej wysoki chudzielec, nie całkiem z nią, nie całkiem osobno. Usiedli na brzegu, szczury rozpostarły się wokół nich jak żywy koc, i patrzyli na gładką powierzchnię rzeki.
W głębi serca kawka wiedziała, że niedługo znów znajdzie tych ludzi, że przeleci za nimi przez wyimaginowane okno albo odbicie drzwi w kałuży po deszczu; pamiętała inne ptaki podziemia i zachowała czułe wspomnienie o białej krowie, która jarzyła się ciepłym błękitnawym światłem i tryskała gwiazdami jak mlekiem. Ale jeszcze nie teraz – najpierw musi zająć się różnymi sprawami tutaj, na powierzchni.
Wzbiła się dość wysoko, by zobaczyć ulice za parkiem, ożywione niespiesznie kłębiącym się tłumem i zapachami ognia i spalin; zobaczyła przysadzisty grobowiec stacji metra, wypluwający i połykający ciemne tłumy. Słyszała podzwanianie tramwajów, ciężkie westchnienia autokarów i trąbienie klaksonów; czuła zapach świeżego chleba, piwa i popiołu.