Cerber: Wilk w owczarni [Cerberus: A Wolf in the Fold - pl]
- Автор: Чалкер Джек Лоуренс
- Серия: Czterej wladcy Rombu #2
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-28-8
- Переводчик: Konrad Majchrzak
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Cerber: Wilk w owczarni [Cerberus: A Wolf in the Fold - pl]». Краткое содержание книги:
Ktoś porywał ludzi i podstawiał zamiast nich doskonałe syntetyczne sobowtóry. Gdzieś w kosmosie obcy prowadzili badania nad Federacją, stosując doskonałe technologie. Trop prowadził na planetę Cerber i do jej władcy. Planeta Cerber była jednym ze światów Wardena. Istniejąca tam mikroskopijna forma życia wnikała we wszelką materię i każdy, kto został nią zainfekowany, umierał w momencie oddalenia się stamtąd. Można było tam dotrzeć, ale bez możliwości powrotu. Federacja miała jednak swoje własne technologie. Dzięki nim pozbawiła pamięci i osobowości umysł kryminalistki o imieniu Qwin Zhang, zastępując je pamięcią i osobowością swojego najlepszego agenta. Agenta tego — w ciele kobiety — zesłała na Cerber, planetę-więzienie. Cel misji: odnaleźć władcę, zabić go i przejąć ster rządów! Na Cerberze istniały jednak rzeczy i sprawy, o których Federacja nie miała pojęcia…
Wysiedliśmy na czwartym lub piątym piętrze, skąd przeszliśmy do budynku głównego po małej rampie — która wysunęła się ze ściany w momencie, kiedy pojawiliśmy się, i zagłębiła się w niej ponownie po naszym przejściu; jeszcze jeden subtelny chwyt. Znaleźliśmy się w kolejnym długim korytarzu. Piętro to złożone było z pokoi i pokoików przypominających jakieś muzea narodowe, pełne oświetlonych gablot. Znajdowała się w nich broń wszelkiego rodzaju, monety i klejnoty z wielu różnych światów; wszystko na swoim miejscu. Byłem pod wielkim wrażeniem tego, co ujrzałem. Wiedziałem też, że wszystko to nie jest własnością Waganta Laroo, a znajduje się jedynie pod jego opieką. Każdy z obiektów należał do tej kategorii, która była w stanie przetrzymać sterylizację likwidującą organizm cerberyjski, a wszystkie one zostały złożone w depozycie do czasu, aż ich właściciele będą ich potrzebować, czy też będą mieli możliwość, by z nich korzystać. Zrozumiałem teraz, co tak naprawdę znajdowało się pod stałą ochroną Bogena.
Doszliśmy wreszcie do końca korytarza. Rozsunęły się przed nami drzwi, ukazując nowoczesną poczekalnię wyposażoną we wszystko, co w takim miejscu być powinno — włącznie z recepcjonistą — choć nie zauważyłem, by było tam coś do czytania czy choćby do oglądania.
Moja obstawa stała z moich obydwu stron, podczas gdy ja się przedstawiałem. Usłyszawszy moje nazwisko, recepcjonista skinął głową.
— Proszę wchodzić. Pan Bogen oczekuje pana.
— No myślę — mruknąłem pod nosem i podszedłem do drzwi gabinetu, po czym odwróciłem się i popatrzyłem na swoich strażników. — Nie wchodzicie?
Nie zareagowali, wobec czego otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.
Gabinet był niewielki i robił wrażenie pomieszczenia, które jest w stałym użytkowaniu. Pełno w nim było wszelkiego rodzaju książek, czasopism, wydruków i innych materiałów porozrzucanych wszędzie dookoła, praktycznie zasłaniających biurko w kształcie litery L, na którym, z jednej strony, stały terminale komputerowe i leżał stos papierów, a z drugiej, wśród innych przedmiotów, widoczny był dyktafon. Bogen, w stroju roboczym, wyglądał jak ktoś, kto powinien się ogolić i wziąć prysznic. Najwyraźniej nie był przygotowany na taką sytuację. W jego oczach dostrzegłem gniew.
— Zwal te śmieci na podłogę i siadaj — rzucił ostro, wskazując mi krzesło.
Usiadłem, jak mi polecił, nie odzywając się ani słowem, a jedynie patrząc na niego przez cały czas.
— No więc? — warknął. — Co to za numer usiłujesz mi wywinąć, Zhang, czy jak tam się naprawdę nazywasz?
— Chciałem wskazać na pewien istotny punkt w waszej operacji i wydaje mi się, że dokonałem tego, sądząc po pańskiej reakcji — odparłem, kontrolując jednocześnie bicie serca, ciśnienie krwi i wszystko inne, by uczynić wrażenie, iż jestem całkowicie spokojny i odprężony.
— Chciałeś pokazać, że mój system ochrony jest do kitu? O to ci chodziło? Posłuchaj, mogłeś bez trudu usłyszeć nazwę Operacja Feniks od kogoś przypadkowego w porcie i dośpiewać sobie resztę o jakichś eksperymentach biologicznych, które tutaj rzekomo przeprowadzamy. Jednak ty wskazałeś paluchem na samo sedno badań, a to już jest rzecz po prostu niemożliwa. Poza Przewodniczącym, mną samym i sześcioma czy siedmioma innymi osobami tutaj, na Cerberze, plus trzech pozostałych Władców, nie ma nikogo, dosłownie nikogo, kto wiedząc, co robimy, mógłby opuścić tę wyspę. Chcę wiedzieć, skąd o tym wiesz, i chcę wiedzieć, dlaczego mnie o tym poinformowałeś, nim każę cię zabić.
— Czarujące — odpowiedziałem sucho. — Założę się, że taka odżywka musi robić wielkie wrażenie na wszystkich dziewczynach.
— Przestań błaznować, Zhang! Nie jestem w nastroju.
— A uwierzyłbyś, gdybym ci powiedział, że to wszystko wydedukowałem?
— Też coś! Niby z czego? Żeby tego dokonać, musiałbyś wiedzieć więcej niż ktokolwiek inny na całej tej planecie.
— Tak właśnie jest — odpowiedziałem chłodno. — Nie pochodzę z tej planety. A sądząc po twoim akcencie, ty też nie. Wiem o obcych, Bogen. O obcych i ich robotach.
— Skąd mógłbyś o tym wiedzieć? A może przyznajesz, że jesteś agentem Konfederacji, tak jak od początku sądziłem?
— Jestem agentem — przyznałem. — Moim poprzednim pracodawcą był Wydział Skrytobójstwa Urzędu Ochrony. Wzięli mnie i wykorzystując proces podobny do tego, który w naturalny sposób zachodzi na Cerberze, umieścili w ciele Qwin Zhang i wysłali tutaj.
— W jakim konkretnym celu?
— Zasadniczo dlatego, że podejrzewali, w jaki sposób te roboty mogą być tak doskonale zaprogramowane — powiedziałem, kłamiąc bez umiaru i wiedząc zarazem, że jestem przez cały czas obserwowany przez urządzenia do wykrywania kłamstwa najwyższej klasy. Nie przeszkadzało mi to. Nauczono mnie oszukiwać najlepiej.
— To kompletna bzdura i dobrze o tym wiesz! — rzucił wściekle. — Gdyby coś wiedzieli, zwaliliby się na nas, nie zwracając uwagi na żadne koneksje i powiązania.
— Wiedzą — zapewniłem go. — I jestem prawie pewien, że nie jestem jedynym agentem tutaj, choć osobiście nic nie wiem o innych. Jasne, że mogliby rozwalić tę waszą wymyślną stację kosmiczną, a może i usmażyć całą tę wyspę wiązką odpowiednich promieni… ale co by im to dało? Im chodzi o obcych, Bogen, a Cerber, jak do tej pory, jest jedynym łącznikiem do nich prowadzącym. Na pewno pewnego dnia nas usmażą, a może i całą tę przeklętą planetę… ale nie teraz, kiedy mogę więcej zyskać niż stracić.
Bogen zachichotał. — No cóż, przyjdzie im długo na to poczekać. Nie przypuszczam, by nawet sam Laroo spotkał osobiście któregoś z obcych. A jeśli już dotyczy to któregoś z Władców, to mógłby to być Kreegan z Lilith. W każdym razie, to wszystko to jego pomysł.
— To nam powinno zależeć, żeby się nikt o tym nie dowiedział… nam przede wszystkim. Nie mam ochoty być usmażonym, Bogen.
— Dla ciebie to i tak żadna różnica. Ty już jesteś trupem.
— Nie sądzę — odparłem na to głosem spokojnym, jak gdyby jego groźba nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. — Teraz ci coś powiem, a ty jesteś wystarczająco inteligentny, by ocenić, iż jest to prawda. Mógłbym złożyć raport władzom Konfederacji na temat Operacji Feniks i spowodować ich drastyczną reakcje. Nie zrobiłem tego. Wręcz przeciwnie. Powiedziałem tobie o nich.
— Mów dalej.
— Znasz ten odwieczny problem agentów wysyłanych na planety Wardena. Są one dla nas pułapką, tak samo jak dla was.
— Musieli być ciebie nadzwyczaj pewni, bo przecież nie mogli mieć cię ciągle na oku w sytuacji, kiedy dochodziło do wymiany ciała.
— Byli pewni… i mieli podstawy. Urodziłem się i wychowałem dla takich właśnie zadań. Są one jedynym celem mej całej egzystencji, dla nich żyję, jem, śpię i oddycham. Kiedy cel zostaje osiągnięty, sens dalszego istnienia znika. Słyszałeś przecież o Skrytobójcach.
Skinął głową. — Spotkałem nawet osobiście kilku z nich. To fanatycy. Z tego, co wiem, stary Kreegan też kiedyś do nich należał. Tak więc wiem, kim jesteś i jaki jesteś. Z twoich własnych ust wiem, że jesteś najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na Cerberze dla mnie i dla mojego szefa.
— Ale coś spieprzyli — powiedziałem. — Wierz mi, zaskoczyło mnie to tak samo albo jeszcze bardziej, niż ich zaskoczy, ale popełnili gdzieś błąd. To miejsce… cóż, ono mnie zmieniło. Jest coś — poza tą misją — dlaczego opłaca się żyć, czy raczej dla kogo opłaca się żyć.
Bogen wydawał się teraz bardziej rozluźniony. Zauważyłem, że rzucał ciągle okiem na coś, co znajdowało się poza moim polem widzenia. Prawdopodobnie zerkał na ekran wykrywacza kłamstw. — To znaczy, że chcesz się teraz do nas przyłączyć i usiłujesz się targować, co? Niestety nie masz żadnych atutów.