Taniec z diabłem [When the Devil Dances - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-7418-073-0
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Taniec z diabłem [When the Devil Dances - pl]». Краткое содержание книги:
— Pani tutaj pracuje?
— Mniej więcej. Pomagam opiekować się dziećmi. Mam trzymać się Wendy w trakcie powrotu do zdrowia.
— No dobrze, zapytam prosto z mostu: jak się pani zapatruje na powrót do czynnej służby?
— Nie mogę się doczekać — odpowiedziała, mierząc go wzrokiem. — Mogę zrewanżować się pytaniem?
— Jasne.
— Jesteście tutaj po to, żeby mnie ocenić, prawda?
Mosovich przez chwilę milczał. Mógł odpowiedzieć dwojako: albo walnąć prawdę prosto z mostu, albo dojść do niej okrężną drogą. Zdecydował się na to pierwsze rozwiązanie. Choć nie było idealne, wydawało się dobre.
— Myślę, że można to tak określić. Mam złożyć raport o pani stanie zdrowia i kondycji. Wiem, że to nie jest normalna procedura i że nie jestem psychologiem, ale jestem w wojsku już dosyć długo, znam się na ludziach i przełożeni ufają mojemu osądowi.
— Rozumiem. Szczerość za szczerość… Nie wiem, o co chodzi z tą rangą kapitana. Umiem strzelać i robić wiele innych rzeczy, ale nie wiem, co należy do obowiązków oficera. Mam straszne dziury w pamięci i nie potrafię sobie z nimi poradzić.
Mueller postukał Mosovicha w ramię i szepnął mu na ucho kilka słów. Ten najpierw się zdziwił, a potem uniósł dłoń i powiedział:
— Czy może nam pani na sekundkę wybaczyć?
Odeszli kilka kroków i zaczęli zawzięcie dyskutować. Mueller gwałtownie gestykulował, a Mosovich kręcił głową. Po chwili do Annie zbliżyła się Wendy, pytając, co jest grane.
— Sama nie wiem. Coś mi się zdaje, że to nie będzie mi się podobać.
Mosovich podszedł i obrzucił obie kobiety badawczym spojrzeniem. Chciał coś powiedzieć, ale zawahał się i obejrzał na kiwającego głową Muellera.
— Pani kapitan — zaczął wreszcie, uważnie dobierając słowa. — Nie sądzę, żebyśmy w tych warunkach byli w stanie poprawnie ocenić pani predyspozycje.
Elgars popatrzyła na niego nieruchomym spojrzeniem i dopiero po chwili odparła:
— Co pan sugeruje?
— Mueller zaproponował, żebyśmy we czwórkę wyszli na zewnątrz. Możemy skoczyć na obiad albo iść na strzelnicę, żeby sprawdzić, jak się pani czuje w innym miejscu niż… żłobek.
Jakby dla podkreślenia jego słów Shakeela zaczęta wyć jak mały upiór.
— Sierżancie Mosovich, czy pan proponuje podwójną randkę? — spytała Wendy.
— Nie, ale chcę mieć okazję do rozmowy w innym miejscu niż to.
— Hmmm. — Wendy nie była przekonana do tego pomysłu. Rozejrzała się dookoła i powiedziała: — Shari sama nie da sobie rady z dziećmi. Myślę, że Annie potrafi o siebie zadbać i nie stanie jej się krzywda, jeżeli pójdzie z wami.
— Dobra. — Mosovich wzruszył ramionami. — Ja nie widzę żadnego problemu.
— Poczekajcie — wtrąciła Elgars. — Wendy, kiedy ostatni raz byłaś na powierzchni?
— W listopadzie.
— Którego roku?
— Wydaje mi się, że dwa tysiące siódmego.
— Kiedy Shari miała choć chwilę przerwy?
— Sądzę, że ona siedzi tutaj od ewakuacji Fredericksburga. Ostatnim razem, kiedy ja byłam na górze, musiałam wziąć udział w procesie.
— W takim razie uważam, że wszyscy powinniśmy udać się na małą wycieczkę — powiedziała Elgars.
— I zabrać dzieci? — spytał Mosovich.
— Dobra — wtrącił Mueller. — To będzie dla pani kapitan sprawdzian odporności na stres.
— W porządku — zgodził się Mosovich. — Pomyśl tylko o moich nerwach. Będą do końca zszargane. Pojedziemy na górę, zjemy obiad we Franklin i zobaczymy, jak Annie daje sobie radę. Potem zdamy raport i poczekamy, co na to powie Cutprice.
— Mogę pomóc? — spytała Shari.
— No to mamy sprawę z głowy — roześmiała się Wendy.
— Nie rozumiem.
— Panowie muszą spędzić trochę czasu w towarzystwie Annie. Chcieli zaprosić i mnie, ale w końcu ustaliliśmy, że wszyscy pojedziemy na górę. W charakterze przyzwoitek — dodała żartem.
— Mamy jechać na powierzchnię? — spytała podenerwowana Shari.
— Tak, do Franklin. Tam jest takie jedno miejsce, które dość dobrze znam. W ośrodku wypoczynkowym znajdziemy sobie miły kącik i pogadamy.
— No, nie wiem… — szepnęła zmieszana opiekunka.
— Franklin nie cieszy się dobrą reputacją tutaj na dole — wyjaśniła Wendy, cichutko chichocząc.
— My też nie uważamy, że to wymarzony kurort, ale przynajmniej dają tam dobre jedzenie.
— Nie jestem przekonana.
— A ja tak. Od jak dawna tkwisz w tej dziurze? Pięć lat. Kiedy ostatni raz widziałaś słońce?
— Bardzo dawno temu — odparła szeptem. — Poza Billym mało które z nich w ogóle pamięta o jego istnieniu.
— Pojadą z nami żołnierze. Nic nam się nie stanie. Dzieci będą miały okazję zobaczyć, jak wygląda prawdziwy świat. To chyba nie jest zły pomysł?
— Od jakiegoś czasu nie zarejestrowaliśmy w okolicy żadnej aktywności Posleenów. W pobliżu Clarkesville jest baza ich dość dziwnej formacji, ale nie zapuszczają się w te rejony. No chyba że ganiają się z nami po okolicznych wzgórzach. Jak powiedziała Wendy, to całkiem dobry pomysł.
— Zupełnie wyrosłeś z tego ubranka, Billy — powiedziała Shari, zapinając kurtkę dziecka. Wendy przypięła broń do pasa.
— To nie do wiary — wyszeptała, patrząc na półautomatyczny karabin 7.62 z granatnikiem kalibru 20 mm. Ten egzemplarz dostosowano do wymagań właściciela, dodając laserowy celownik.
Ale teraz go nie było.
— Gdzie jest mój celownik? — spytała, oglądając zardzewiałą lufę. — Co się stało z trzema magazynkami i zapasową amunicją? To było dobre trzysta kul. Gdzie się to wszystko podziało?
Zbrojmistrz popatrzył na nią i wzruszył ramionami.
— Nie ma.
— Jak to, kurwa, nie ma? Jak mam strzelać z pieprzonego karabinu, kiedy nie mam do niego amunicji i celownika, co? Czytałeś przepisy, durniu, odpowiadasz za powierzony sprzęt!
— Daj spokój Wendy — powiedział Mosovich, kładąc dłoń na jej ramieniu. — Nie ma, to nie ma. Celownik sprzedali albo ukradli, a amunicję wystrzelali. Twój pistolet nie był od roku używany.
— Jak chcesz stąd wyjść w jednym kawałku, to się porządnie zachowuj, cwaniaczku — burknął zbrojmistrz.
Mueller pochylił się, dotykając nosem do szyby, uśmiechną] się, a potem wrzasnął:
— Hej! — Strażnik podskoczył ze strachu, a Mueller zarechotał i wyjął z kieszeni na piersi C-4, po czym zaczął przetrząsać resztę zakamarków w mundurze, mamrocząc pod nosem:
— Detonator… detonator.
Mosovich uśmiechnął się szeroko i spytał:
— Otworzysz te drzwi czy mam ci pomóc?
Stalowe wrota rozsunęły się.
— Dziękuję, ci synu — rzucił Mosovich. — Na wypadek, gdybyś coś kombinował, pamiętaj, że zapewne jeszcze tu wrócimy i spuścimy ci łomot.
— Miłego dnia — dodał Mueller. Wziął Kelly za rękę i wyszedł z nią na zewnątrz.
— Nie mogę uwierzyć — powiedziała Wendy. — Kiedy go oddawałam na przechowanie, był jak nowy. Naoliwiony i wyczyszczony, jak z fabryki.
— Wątpię, żeby ten pistolet w ogóle działał. Są cholernie wrażliwe na rdzę, zwłaszcza mechanizm spustowy.
— Nie martw się. Nie wydaje mi się, żeby zaraz po wyjściu obskoczyli nas Posleeni.
— Słyszeliśmy, że wszędzie się kręcą — powiedziała nerwowo Shari, kiedy zbliżali się do wind. — Podobno dzień w dzień giną ludzie.