Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:

Wiktoria – reporterka telewizyjna około trzydziestki, niespodzianie, tuż przed wyjazdem na zdjęcia, dowiaduje się, że zostanie mamusią. Mamusią – proszę bardzo, tylko gdzie jest tatuś do kompletu?

Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.

Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…

„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 71
Перейти на страницу:

Mam nadzieję, że Ignaś nie będzie się wygłupiał z żadnym godzeniem!

Po obiadku (jak powiada Paweł: pycha, aż gały wypycha) przyszli Kryśka z Maćkiem.

– No, kochana – powiedziała Krysia – ależ ty tu masz luksusy! Przekupiłaś władze szpitala czy co?

Opowiedziałam im historię programu naukowo-badawczego. Pochwalili makiaweliczny plan.

– To nie był żaden makiawelizm, tylko swobodna improwizacja – wyprostowałam im poglądy. – Nie jestem podstępna z natury.

Potem poplotkowaliśmy trochę o ukochanych kolegach. Paweł mówił coś o jakichś nowinach. Nie wytrzymałam w końcu.

– Słuchajcie, ja jestem cierpliwa jak nie wiadomo co, ale nie trzymajcie mnie już dłużej!

– A o co chodzi? – spytała niewinnie Krysia.

– Kryśka, nie bądź zwierzę. Paweł mi mówił, że macie jakieś propozycje, czy coś takiego…

– Coś takiego – mruknęła Krysia.

– To jeszcze nic pewnego, ale powiemy ci, oczywiście, w czym rzecz – zdecydował się Maciek. – Tylko jest problem, bo leżysz w tym szpitalu i nie wiadomo, kiedy cię wypuszczą, a nawet jak cię już wypuszczą, to nie wiadomo, czy będziesz na takim chodzie, żeby móc to robić.

– Ale co, na miłość boską!

– Program – wyjaśnił uprzejmie Maciek.

– Maciek, ja cię naprawdę zabiję!

– Może masz rację, sam bym się zabił za takie ględzenie. Posłuchaj: ma być jakiś jubileusz firmy. W kwietniu. Kiedy ty rodzisz à propos?

– Koniec kwietnia, mniej więcej.

– Niedobrze. Nie mogłabyś trochę przenosić? Bo wiesz, jest planowana jakaś szczątkowa impreza, trzy godziny drzwi otwartych.

– Tylko trzy?

– Właśnie. My z Krysią jesteśmy zdania, że jak już telewizja ma jubileusz, to powinna się pokazać. I wtedy najlepiej, żebyśmy zrobili to we trójkę.

Nie pytałam, co. Było to oczywiste. Wszystko.

– Też tak uważam. Powinna być impreza przed firmą, otwarte drzwi przez cały dzień i porządny program, w którym pokażemy firmę, urządzenia i ludzi.

– Otóż to. Ale skoro ty jesteś tu, to kto to wymyśli?

– Ja mogę tu myśleć! Nie zabraniają mi! A jak już będzie porządny scenariusz, to wy go przecież zrealizujecie. Ewkę się po prosi do współpracy, może jeszcze kogoś. Zrobimy zadymę na całe miasto!

– A jedną kamerę ustawimy na porodówce – powiedziała Krysia. – Na wypadek, gdybyś się zdecydowała urodzić w trakcie programu.

– Odpukaj natychmiast w co chcesz! Czekaj, ktoś by się jeszcze przydał oprócz Ewy. Pomyślę. Ach, przy okazji – jak nasze programy bałtyckie? Roch sobie radzi? Bo dzwonił, mówił, że okay, ale on jest taki artysta…

– Roch jest zawodowy. Możesz być o niego spokojna. O program też.

– No, dobrze. Przywracacie sens mojemu ponuremu życiu w tym szpitalu, przynajmniej będę miała o czym myśleć. Krysia, tylko wiesz co? Postaraj mi się o służbową komórkę, bo na wykonanie tych milionów telefonów z mojej po prostu mnie nie stać. Jakoś sobie teraz radzę finansowo, bo mam średnią, ale kokosy to nie są.

– Jeśli dadzą…

– Jeśli nie dadzą, to nie mamy o czym mówić. Mogę stąd koordynować wszystko, nawet za friko, ale nie będę dopłacać do interesu!

– I tak będziesz.

– Maciuś, a jakie środki produkcyjne możemy sobie wziąć?

– Wszystkie, które mamy.

A, to świetnie. Będzie się czym bawić.

Zostawili mnie w znacznie lepszym nastroju, niż zastali. Wizje pani domu podającej ukochanemu Tymonowi kolacyjkę chyba przestaną mnie na czas jakiś nawiedzać. Po kolacji przyszedł jeszcze raz Tymon.

– Tak sobie przyszedłem – powiedział. – Dla przyjemności.

– Wąchanie tych zapachów szpitalnych sprawia ci przyjemność?

– Wąchanie zapachów może mniejszą… ale tu u ciebie to się tak nie rzuca w oczy.

– W nos.

– W nos. Nie jesteś ciekawa, jak było na rozprawie?

– Domyślam się – powiedziałam smętnie. – Kocha cię jak nie wiem co.

– Skąd wiesz? Cały czas mnie kochała. Myśli w ogóle wyłącznie o mnie.

– To dlaczego wyjechała do Szczecina, zamiast siedzieć z tobą w Świnoujściu i prać ci skarpetki?

– Bardzo cierpiała, że ją tak brutalnie wyrzucam, ale potulnie się zgodziła, bo myślała, że jak pobędzie trochę z dala ode mnie to mi przejdzie ta nieuzasadniona, nagła i niespodziewana niechęć do niej. Czasami robiła próby, przyjeżdżała do Świnoujścia i prawie, prawie się godziliśmy; nie da się ukryć, że w łóżku…

– Naprawdę?!

– Nie żartuj! Ale trudno będzie udowodnić, że łże. Rozumiesz o co chodzi: że ten rozkład pożycia nie był taki konsekwentny i do końca.

Czegoś tu jednak nie rozumiem. Czy ona zamierza do ciebie wrócić, żeby ci zrobić na złość? Przecież mówiła, że ma jakieś plany osobiste.

– Pamiętam. Ale tego jej też nie udowodnię, a ona po prostu chce się drogo sprzedać. Może jej zaproponuję jakąś forsę? Tak poza sądem, prywatnie? Bo mnie wykończy tymi rozprawami.

– Forsę, mówisz… Sama przecież całkiem nieźle zarabia!

– Ale lubi mieć więcej. Gdyby nie cholerne szprotki, wykupiłbym się natychmiast. Szprotki mnie sporo kosztowały. Z drugiej strony, ciebie też mam dzięki szprotkom… Więc jednak dobrze, że były.

– Ładnie to powiedziałeś…

Nic nie odpowiedział, a właściwie odpowiedział, tylko nie werbalnie.

To jest właśnie urok pojedynczego pokoju.

Niedziela, 11 lutego

Wymyślam scenariusz.

„Buddenbroków” przeczytałam, „Pachnidło” też, zabrałam się za „Zbrodnię i karę”. Mam nadzieję, że lektury czytane w ciąży nie mają wpływu na charakter przyszłego dziecięcia!

Poniedziałek, 12 lutego

Właśnie głowiłam się nad końcówką genialnego scenariusza, kiedy w drzwiach mojego bezcennego pojedynczego pokoju stanęła Ewcia.

– Hellou – powitała mnie wytwornie. – Zostaw te bazgroły, będziemy rozmawiać o życiu! Mogę sobie zrobić kawę? Tobie też? Świetnie. Ciasteczka przyniosłam, od Henia, z Duetu, genialne jak zwykle. Henio cię pozdrawia i życzy szybkiego powrotu do życia. Scenariusz tworzysz? Bardzo dobrze. O scenariuszu potem. Słuchaj, spotkali się!

– Kto się spotkał? Z kim? Z tobą?

– Z sobą nawzajem się spotkali. Stefanek i Maksio!

– I co?

– Nic. Dali sobie po mordzie.

– Ewa, zlituj się! I ty tak spokojnie o tym mówisz?

– A jak mam mówić? Gdzie trzymasz cukier? W tej wytwornej szafce na wysoki połysk?

– Nigdzie nie trzymam, bo nie słodzę. Opowiadaj uczciwie, bo cię zabiję!

Ewa próbowała się umościć na niewygodnym szpitalnym taboreciku.

– No nie, na tym się nie da siedzieć. Czekaj, zaraz wrócę.

Poleciała gdzieś, pewnie szukać fotela.

Ją naprawdę trzeba zabić.

Z trudem wepchnęła do ciasnego pokoju fotel na kółkach, taki do wożenia chorych.

– Skąd masz ten mebel?!

– Na korytarzu stał. No więc słuchaj. Maksio przyjechał do mnie w piątek wieczorem, umówiliśmy się, że będzie u mnie cały weekend, poodwiedzamy trochę ludzi, wiesz, królowa glazury nas zapraszała i jeszcze parę osób. W piątek było po prostu świetnie, zrobiłam romantyczną kolację przy świecach, Maksio się zadomowił.

– Nie bałaś się, że Stefanek przyjedzie?

– Skądże! Stefanek z rodziną pojechał na narty do Czechosłowacji, tfu, do Czech albo do Słowacji, teraz nie wiem, gdzie, no ale w góry, do Pepików, wiesz, dzieci mają ferie, a on jest rodzinny. Pojechał tydzień temu na dwa tygodnie. To powinnam być spokojna, nie uważasz?

– Uważam. I co?

– I w sobotę, wyobraź sobie, siedzimy przy nadal romantycznym śniadanku, oboje w szlafrokach, ja w takim zwiewnym, co to są same falbanki i duży dekolt, a Maksio, niestety, w przechodnim, no bo w końcu ileż męskich szlafroków mogę mieć w domu… I nagle w drzwiach staje mój Stefanek!

– Miał klucze?

– Obaj mają. Sama im dałam, bo u mnie trzeba wylatywać na schody, wiesz, nie lubię tego, bo się przeziębiam. I słuchaj: w drzwiach staje Stefanek i co widzi? Ukochaną kobietę w seksownym dezabilu, z jajkiem na miękko w dłoni, a po drugiej stronie stołu nieznajomego faceta, za to w znajomym szlafroku…

– Matko Boska! Powiedział coś?

– Nic nie powiedział. Zrobił się czerwoniutki, bo Stefanek jest impetyczny i ma wysokie ciśnienie. I tak stał. No więc Maksio też wstał. I też nic nie powiedział, chyba się czegoś domyślił. Wtedy Stefanek podszedł do niego i rąbnął go w szczękę, aż gwizdnęło. Maksio się zachwiał i też rąbnął Stefanka w szczękę.

– I co?

– Postali tak trochę, pochwiali się, potem Stefanek wyciągnął do Maksia rękę i się przedstawił. No to Maksio też się przedstawił. I zaprosił Stefanka na śniadanie!

– Przecież to było twoje śniadanie!

– Moje. Ale mówiłam ci, że Maksio się zadomowił. Stefanek siadł za stołem, a Maksio mówi: „Domyślam się, że jest pan fragmentem bujnej przeszłości naszej wspólnej przyjaciółki”. Na to Stefanek: „Pierwsze słyszę, że przeszłości”. Maksio mu nalał kawy i kontynuuje: „Przecież nie będziemy się dzielić”. A Stefanek spokojniutko: „A właściwie dlaczego nie? Szlafroka panu szkoda?”. Na co Maksio jeszcze raz go walnął w szczękę, a Stefanek padł na glebę, rozbił moją filiżankę z serwisu Rosenthala i poplamił mi dywan, ten jasny, wiesz.

– Wywabi się. Teraz jeżdżą takie serwisy, co czyszczą dywany u klienta w domu. I co potem?

– Maksio podniósł Stefanka z dywanu i wypchnął go za drzwi. Stefanek trochę protestował i coś tam klął pod nosem, że jestem podła, bo on nakłamał rodzinie, że go do Warszawy wezwali służbowo, zdaje się, że sam sobie sms-a wysłał w tej sprawie… No i te raz ma wakacje z głowy, a ten mój gach to jakiś łobuz, powinno się policję wezwać. Gach na niego huknął z góry i Stefanek przestał mówić. Chyba mam go z głowy na zawsze.

– A Maksio co?

– Maksio przeprosił mnie za filiżankę i dywan, obiecał załatwić czyszczenie i poszukać w antykwariacie filiżanki, po czym mi się oświadczył. Powiedział, że skoro mnie już skompromitował, to teraz jedynym honorowym wyjściem jest małżeństwo.

– Och, a ty?

– A ja powiedziałam, że bardzo mi się podoba jego postępowanie, jakże szlachetne i honorowe, ale nie mogę się z zaskoczenia wypowiadać w sprawie tak dla mnie istotnej! Poza tym niech no on się zastanowi, jeżeli ma zamiar żenić się ze mną jedynie dlatego, że mnie, jak sam powiada, skompromitował, to przecież to nie ma najmniejszego sensu. Bo ja się nie czuję skompromitowana! Przecież Stefanek nie będzie opowiadał na prawo i lewo, jak przyjechał do kochanki, pozostawiając żonę i dzieci na wakacjach, i jak zastał kochankę z zupełnie obcym facetem! Na to Maksio, wyobraź ty sobie, mówi, że się do mnie przywiązał!

– Nie gadaj! A ty się przywiązałaś?

– Ja się tak szybko nie przywiązuję, ale coś w tym jest… Maksio piękny jak zorza, sama widziałaś, jak mu się nie pozwoli przemawiać na tematy hydrograficzne – to jest jego konik, niestety – to zabawny oraz interesujący.

– Przyznaj się, chciałabyś mieć taki ślub, żebyście przechodzili pod szpalerem kordzików!

– On by już trzeci raz przechodził pod szpalerem kordzików.

– Ale ty pierwszy!

– Pomijając kordziki, mogłoby być przyjemnie. Maksiowi bardzo się podoba moje mieszkanie, co, jak rozumiesz, jest normalne, bo ja mam bardzo ładne mieszkanie! Mówi, że chętnie by zamieszkał na stałe, zwłaszcza gdyby codziennie dostawał obiad na rodowym Rosenthalu mojej prababki…

– Ależ on jest rozbestwiony!

– Czekaj. Mówi, że mógłby w tym roku przejść na wojskową emeryturę, oni tam dostają emeryturę, jak są jeszcze całkiem młodzi. Na WSM-ce proponowali mu wykłady, to by sobie trochę popracował, on podobno jest jakiś straszny specjalista z tej hydrografii, mógłby nawet zostać kierownikiem katedry czy może instytutu, nie wiem dokładnie. Mówi też, dosyć enigmatycznie, że ma jakieś boki w tej całej armii. Tak że przy moich zarobkach na dodatek biedy byśmy nie klepali.

– Widzę, że się łamiesz?

– No, łamię się. Mogłabym wreszcie oddać do renowacji ten potwornie stary i wielki kredens po prababci, ten, co go dostałam razem z Rosenthalem, tylko trzymam go w piwnicy, bo bardzo zniszczony i renowator zaśpiewał straszną cenę.

– Wydawało mi się, że odnawiałaś meble?

– Odnawiałam i odnowiłam prawie wszystkie, właśnie z wyjątkiem tego kredensu. Na niego już mnie nie było stać.

– No tak, to jest argument.

– Nie śmiej się. A ty, co ty byś zrobiła na moim miejscu?

Zastanowiłam się. Nie jestem wprawdzie na jej miejscu, ale mam podobny problem. Wyjść, czy nie wyjść. Pomijam, że Tymon jakby przestał mi się oświadczać.

Wczujmy się w sytuację Ewy.

Lubi tego Maksia zdecydowanie, właściwie nawet więcej niż lubi. Straciłaby może swoją obecną niezależność, ale Maksio nie wygląda na takiego, co by ją siłą zmuszał do czegokolwiek. Rozrywkowy jest niezmiernie, ale i Ewa jest rozrywkowa niezmiernie. Oboje są po prostu lwami towarzyskimi. Względy materialne też się liczą.

No i zostałaby księżną.

– Ewka, gdybyś za Maksia wyszła, zostałabyś księżną?

– Chyba tak.

– To się nie zastanawiaj, tylko za niego wychodź natychmiast. Ja chcę mieć przyjaciółkę księżnę! Tylko błagam cię, poczekajcie ze ślubem, aż będę miała normalną figurę!

– O to bądź spokojna. Takiego świństwa bym ci nie zrobiła. Chcesz być moją druhną?

– Jasne! Będę miała sukienkę z różowej organdyny! Z falbankami… To jednak będą te kordziki?

– Prawdopodobnie tak. Maksio strasznie lubi duże fety, zwłaszcza na własną cześć. Boże, ja się chyba naprawdę zdecydowałam! Czy ja będę musiała zrobić wesele?

– Wesele wydają rodzice panny młodej.

– To odpada, bo ja już dawno jestem sierotka. Maksia rodzice też nie żyją… Trzeba się zastanowić, jak to będzie.

– Do ślubu poprowadzi cię pan admirał albo rektor Wyższej Szkoły Morskiej w zastępstwie tatusia!

– Albo nasz naczelny…

Spłakałyśmy się w końcu ze śmiechu, po czym Ewka poszła sobie, przypomniawszy, że ma jeszcze dzisiaj jakiś montaż.

No, nie wiem, jak to będzie, kiedy Maksio von und zu wróci z wykładów i dowie się, że obiadku nie ma, bo żonka ma montaż!

Pewnie po prostu wynajmą gosposię.

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)