Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Namiętność
Namiętność - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Namiętność

Электронная книга - «Namiętność». Краткое содержание книги:

Historia, opisana przez autorkę licznych bestsellerów Lisę Kleypas, dzieje się w świecie, w którym najważniejsze są pozory, a prawdziwe uczucia są starannnie skrywane. Jednak w takim świecie stateczna Angielka gotowa jest narazić się na skandal, żeby przeżyć jedyną miłość.
Powieściopisarka Amanda Briars, dobiegająca 30. panna, postanawia w dniu swoich urodzin zaznać zmysłowych przyjemności i w tym celu wynajmuje na jedną noc profesjonalistę, który świadczy tego rodzaju usługi. W jej domu zjawia się niezwykle przystojny i uwodzicielski dżentelmen, który budzi w niej namiętności, o jakie nigdy siebie nie podejrzewała… Jednak coś go powstrzymuje przed spełnieniem jej życzenia do końca.
Zafascynowany Amandą, Jack Devlin robi wszystko, żeby ją zdobyć. Dobrze wychowana Amanda boi się naruszyć konwenanse, gdy tymczasem Jake, nieślubny syn hrabiego i otoczony dwuznaczną sławą londyński biznesmen, nie chce się dostosować do wymogów społeczeństwa. Los jednak ich połączył, a zderzenie dwóch tak odmiennych światów wyzwoli emocje, których żadne się nie spodziewało…
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 64
Перейти на страницу:

Cisza.

Zdała sobie sprawę, że stojąca przed nią ciemna postać to nie Charles Hartley. Zbliżał się do niej rosły mężczyzna o szerokich ramionach. Poruszał się tak sprężyście, że mógł to być tylko Jack Devlin.

Świat wokół Amandy zawirował. Zachwiała się nieco, bo w pantofelkach na obcasach trudno jej było utrzymać równowagę. W ruchach Jacka było coś niepokojącego. Przypominał tygrysa, który zamierza odciąć jej drogę ucieczki i pożreć ją żywcem.

– Po co tu przyszedłeś? – zapytała czujnie. – Ostrzegam cię, że zaraz wróci pan Hartley i…

– Witaj, Amando. – Jego głos brzmiał cicho i groźnie. – Nie masz mi przypadkiem czegoś do powiedzenia?

– Słucham? – Zaskoczona pokręciła głową. – Przecież miało cię tu dzisiaj nie być. Powiedziałeś, że nie wybierasz się na bal. Dlaczego…

– Chciałem wam życzyć wszystkiego najlepszego, tobie i Hartleyowi.

– Och, to miło z twojej strony.

– Hartley też tak uważa. Przed chwilą z nim rozmawiałem.

Przebiegł ją dreszcz niepokoju. Devlin stał tuż przy niej, znacznie górując nad nią wzrostem. Z niewiadomego powodu zaczęła szczękać zębami, jakby jej ciało pierwsze odgadło nieprzyjemną nowinę, której umysł jeszcze nie przyjął do wiadomości.

– O czym rozmawialiście?

– Zgadnij.

Amanda uparcie milczała, drżąc na całym ciele. Nagle Jack chwycił ją za ramiona.

– Stchórzyłaś – warknął.

Była zbyt oszołomiona, żeby zareagować. Stała sztywno, a Jack obejmował ją mocno. Objął dłonią tył jej głowy i nie zważając na to, że niszczy jej fryzurę, zmusił ją do popatrzenia w górę. Krzyknęła cicho i chciała się wyrwać, ale nakrył ustami jej usta w namiętnym pocałunku, łapczywie wchłaniając jej ciepło i smak. Usiłowała go odepchnąć i stłumić budzące się podniecenie, którego nie studził ani wstyd, ani rozsądek.

Tak bardzo stęskniła się za żarem jego ust, że kiedy się od niej oderwał, jęknęła rozczarowana. Zachwiała się i z trudem odzyskała równowagę. Próbowała się cofnąć, ale za plecami wyczuła zimną ścianę.

– Oszalałeś – wyszeptała. Serce biło jej gwałtownie, wręcz. boleśnie.

– Powiedz mi coś, Amando – zaczął szorstko. Przesunął dłońmi po jej ciele, aż zadrżała pod cienką, jedwabną suknią. – Powiedz mi to, co chciałaś mi powiedzieć dziś rano w gabinecie.

– Odejdź. Ktoś może nas tu zobaczyć. Charles zaraz wróci. a on…

– Zgodził się wstrzymać z ogłoszeniem zaręczyn, dopóki nie porozmawiamy.

– O czym?! – zawołała, odpychając jego ręce. Desperacko starała się udawać, że nie wie, o co mu chodzi. – Nie mamy o czym rozmawiać. A już na pewno nie będziemy wracać do flirtu z przeszłości, który teraz nic nie znaczy.

– Dla mnie znaczy. – Władczym gestem położył dłoń na jej brzuchu. – Zwłaszcza że nosisz w sobie dziecko, które jest jego owocem.

Ze strachu i wstydu ugięły się pod nią kolana. Gdyby nie złość Jacka, osunęłaby się na jego pierś w poszukiwaniu fizycznego wsparcia.

– Charles niepotrzebnie ci o tym powiedział. Ja tego nie chciałam.

– Do diabła, mam prawo wiedzieć!

– To nic nie zmienia. Nadal zamierzam wyjść za Charlesa.

– Niedoczekanie twoje – warknął ostro. – Gdybyś podejmowała tę decyzję tylko w swoim imieniu, nie sprzeciwiłbym się ani słowem. Ale teraz wchodzi w grę jeszcze jedna osoba – moje dziecko. Ja też mam coś do powiedzenia w sprawie jego przyszłości.

– Nie – wyszeptała gorączkowo. – Nie teraz, kiedy zrozumiałam, co będzie najlepsze dla mnie i dla dziecka. Nie możesz mi dać tego co Charles. Mój Boże, przecież ty nawet nie lubisz dzieci!

– Nie zostawię własnego dziecka!

– Nie masz wyboru!

– Czyżby? – Chwycił ją lekko, ale stanowczo. – Posłuchaj mnie uważnie – powiedział cicho, tonem, od którego włosy zjeżyły jej się na karku. – Dopóki tego nie załatwimy, nie ma mowy o żadnych zaręczynach. Zaczekam na ciebie przed domem, w swoim powozie. Jeśli nie zjawisz się tam dokładnie za kwadrans, odnajdę cię i siłą wyniosę z przyjęcia. Możemy wyjść dyskretnie albo wywołać scenę, o której ludzie będą jutro plotkować we wszystkich salonach Londynu. Decyzja należy do ciebie.

Nigdy przedtem tak do niej nie mówił – łagodnie, ale jednocześnie ze stalowym błyskiem w oku. Amanda natychmiast uwierzyła w jego groźbę i okropnie się zdenerwowała. Chciała wymyślać mu i krzyczeć, ale nagle stwierdziła, że zbiera się jej na płacz. Poczuła do siebie obrzydzenie. Zachowywała się jak głupiutkie bohaterki romansów, które zawsze wyśmiewała. Usta jej drżały i musiała użyć całej siły woli, żeby powstrzymać się przed wybuchem.

Jack dostrzegł jej słabość i natychmiast złagodniał.

– Nie płacz. Nie masz powodu do płaczu, mhuirnin - powiedział cieplejszym tonem.

Jej głos z trudem wydobywał się przez ściśnięte od powstrzymywanego płaczu gardło.

– Gdzie chcesz mnie zabrać?

– Do domu.

– Najpierw muszę porozmawiać z Charlesem.

– Amando, naprawdę myślisz, że on cię przede mną uratuje? – zapytał łagodnie.

Tak, tak, odpowiedziała mu w duchu. Ale kiedy spojrzała w twarz człowieka, który kiedyś był jej kochankiem, a teraz siał się przeciwnikiem, nadzieja w niej zgasła. Jack Devlin miał dwa oblicza; raz był uroczym łobuzem, raz bezwzględnym manipulatorem. Jeśli zechce postawić na swoim, nie cofnie się przed niczym.

– Nie, wcale tak nie myślę – wyszeptała z goryczą.

Mimo wielkiego napięcia, Jack uśmiechnął się lekko.

– Piętnaście minut – przypomniał jej ostrzegawczo i odszedł, zostawiając ją drżącą w ciemnościach.

Jack był doskonałym negocjatorem, czego dowiódł, zachowując przez całą drogę strategiczne milczenie. Amanda tymczasem kipiała oburzeniem i gniewem. Fiszbiny gorsetu uciskały ją bezlitośnie, tak że ledwie mogła oddychać. Jasnoniebieska suknia, która wcześniej wydawała jej się taka zwiewna i elegancka, teraz stała się ciasna i niewygodna. Szpilki we włosach drapały ją w głowę. Czuła się jak zwierzę schwytanie w potrzask, bezradne i nieszczęśliwe. Kiedy dotarli do celu, była wyczerpana gonitwą myśli.

Marmurowy hol był słabo oświetlony. Tylko jedna lampa rozpraszała mrok otulający ustawione tu marmurowe posągi Większość służby udała się już na spoczynek, z wyjątkiem kamerdynera i dwóch lokajów. Przez witrażowe okno wpadało światło gwiazd, rzucając na główne schody lawendowe, niebieskie i zielone smugi.

Trzymając jedną rękę na karku Amandy, Jack poprowadził ją na piętro. Weszli do części domu, której jeszcze nie widziała Znajdował się tu prywatny salonik i przylegająca do niego sypialnia. Dawniej spotykali się zawsze u niej, więc Amanda ciekawie rozejrzała się po nieznanym wnętrzu. Pokój był urządzony typowo po męsku, w ciemnych barwach. Ściany obito wytłaczaną skórą, na podłodze leżały grube dywany w szkarłatno-złote wzory.

Jack szybko zapalił lampę i podszedł do Amandy. Zdjął jej rękawiczki, delikatnie pociągając za koniec każdego palca z osobna. Kiedy poczuła na nagich dłoniach ciepło jego silnych rąk, zesztywniała.

– To moja wina, nie twoja – powiedział cicho, gładząc jej palce. – To ja w naszym związku byłem doświadczonym partnerem. Powinienem był bardziej uważać, żeby do tego nie dopuścić.

– Owszem, powinieneś.

Przyciągnął ją do siebie, ignorując jej protesty. Jego bliskość sprawiła, że przebiegł ją dreszcz. Delikatnie ją przytulił i zapytał, wtulając twarz w burzę jej upiętych na czubku głowy loków.

– Kochasz Hartleya?

Dobry Boże, jak bardzo chciała w tej chwili umrzeć. Usta jej drgnęły spazmatycznie, kiedy próbowała przytaknąć, ale nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. W końcu z rezygnacją opuściła ramiona.

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 64
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)