Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
The Lady of the Lake [Pani Jeziora] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

The Lady of the Lake [Pani Jeziora]

Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:

After walking through a portal in the Tower of the Swallow, thus narrowly escaping death, the Witcher girl, Ciri, finds herself in a completely different world... a world of the Elves. She is trapped with no way out. Time does not seem to exist and there are no obvious borders or portals to cross back into her home world.
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 128
Перейти на страницу:

— Bajlifa własne słowa! — zaperzył się mieszczanin. - Będzie on pod prangierem stał do zorzy za to, że siał! Siał zaś, złoczyńca, za nilfgaardzkim podpuszczeniem i za nilfgaardzkie srebrniki… Dziwne, prawda, zboże, jakieś siał, zamorskie bodaj… Niech wspomnę… Aha! Defetyzm!

— Tak, tak! — zawołał sprzedawca amuletów. - Słyszałem, mówiło się o tym! Nilfgaardzcy szpiegarze i elfy mór szerzą, studnie, źródła i ruczaje różnymi jady zatruwają, a to akurat: bieluniem, szalejem, leprą, defetyzmem.

— Ano — kiwnął głową mieszczanin w wilczurze. - Wczora dwóch elfów powiesili. Pewnikiem za trucie właśnie.

*****

— Za rogiem tej uliczki — pokazał lancknecht — jest oberża, w której urzęduje komisyja werbunkowa. Wielka płachta tam jest rozpięta, na niej temeryjskie lilije, znane ci przecie chłopcze, trafisz więc bez kłopotu. Bywaj w zdrowiu. Dajcie nam bogowie spotkać się w lepszych czasach. Bywajcie i wy, panie przekupień.

Handlarz zachrząkał głośno.

— Cni panowie — powiedział, kopiąc w kuferkach i puzdrach — pozwólcie, bym za waszą pomoc… W dowód wdzięczności…

— Nie trudźcie się, dobry człeku — rzekł z uśmiechem lancknecht. - Pomogło się i już, nie ma o czym gadać…

— Może cudowna maść przeciw postrzałom? — handlarz wyszperał coś na dnie puzdra. - Może uniwersalny a niezawodny lek na bronchit, podagrę, paraliż, łupież tudzież zołzy? Może balsam żywiczny na użądlenia pszczół, żmij i wampirów? Może talizman do ochrony przed skutkami spojrzenia złego oka?

— A macie może — zagadnął poważnie lancknecht — coś do ochrony przed skutkami złego żarcia?

— Mam! — krzyknął rozpromieniony handlarz. - Oto wielce skuteczna dryjakiew z magicznych korzeni uczyniona, pachnącymi zioły doprawiona. Wystarczą trzy krople po posiłku. Proszę, bierzcie, cni panowie.

— Dzięki. Bywajcie tedy, panie. Bywaj i ty, chłopcze. Powodzenia!

— Uczciwi, polityczni i grzeczni — ocenił handlarz, gdy żołnierze zniknęli w tłumie. - Nie co dnia takich napotykasz. No, aleś i ty udał mi się, paniczu. Cóż tedy tobie dam? Amulet piorunochron? Bezoar? Żółwi kamyk przeciw wiedźmowym urokom skuteczny? Ha, mam i trupi ząb do okadzenia, mam i kąsek uduszonego diablego łajna, dobrze jest taki w prawym bucie nosić…

Jarre oderwał wzrok od ludzi zawzięcie zmywających ze ściany domu napis: PRECZ Z ZASRANĄ WOJNĄ.

— Ostawcie — powiedział. - Czas na mnie…

— Ha — wykrzyknął handlarz, wyciągając z puzdra mosiężny medalionik w kształcie serduszka. - To winno ci się przygodzić, młodzieńcze, bo rzecz to w sam raz dla młodych. Jest to wielki rarytas, jeden tylko taki mam. To czarodziejski amulet. Sprawia, że o noszącym jego miła nie zapomni, choćby czas ich rozdzielił i mnogie mile. Otóż spójrz, tu się otwiera, wewnątrz karteluszek z papirusu cienkiego. Na onym karteluszku inkaustem magicznym, czerwonym, który mam, wystarczy imię najukochańszej zapisać, a owa nie zapomni, serca nie odmieni, nie zdradzi i nie porzuci. No?

— Hmmm… — Jarre zaczerwienił się lekko. - Czy ja wiem…

— Jakie imię — kupiec zanurzył patyczek w magicznym inkauście — mam zapisać?

— Ciri. To znaczy, Cirilla.

— Gotowe. Bierz.

— Jarre! A ty co tu robisz, do kroćset diabłów?

Jarre odwrócił się gwałtownie. Miałem nadzieję, pomyślał machinalnie, że zostawiam za sobą całą moją przeszłość, że wszystko będzie teraz nowe. A bez przerwy niemal wpadam na starych znajomych.

— Pan Dennis Cranmer…

Krasnolud w ciężkiej szubie, kirysie, żelaznych karwaszach i lisim szłyku z kitą obrzucił bystrym spojrzeniem chłopca, handlarza, potem znowu chłopca.

— Co ty — spytał surowo, strosząc brwi, brodę i wąsy — tutaj robisz, Jarre?

Chłopiec przez moment zastanawiał się, czy nie skłamać, a dla uwiarygodnienia nie wplątać się w kłamliwą wersję życzliwego kupca. Ale prawie natychmiast porzucił pomysł. Dennis Cranmer, służący niegdyś w gwardii księcia Ellander, cieszył się opinią krasnoluda, którego trudno oszukać. I nie warto próbować.

— Chcę zaciągnąć się do wojska.

Wiedział, jakie będzie następne pytanie.

— Nenneke zezwoliła na to?

Nie musiał odpowiadać.

— Zwiałeś — pokiwał brodą Dennis Cranmer. - Zwyczajnie zwiałeś ze świątyni. A Nenneke i kapłanki rwą tam sobie włosy z głowy…

— Zostawiłem list — bąknął Jarre. - Panie Cranmer, ja nie mogłem… Ja musiałem… Nie godziło się siedzieć bezczynnie, gdy nieprzyjaciel w granicach… W groźnej dla ojczyzny chwili… A do tego ona… Ciri… Matka Nenneke za nic nie chciała się zgodzić, chociaż trzy czwarte dziewcząt ze świątyni posłała do armii, mnie nie pozwalała… A ja nie mogłem…

— Więc zwiałeś — srogo zmarszczył brwi krasnolud. - Do kroćset sakramenckich demonów, powinienem związać cię w kij i odesłać do Ellander kurierską pocztą! Kazać cię zamknąć w jamie pod zamkiem do czasu, gdy kapłanki zjawią się po odbiór! Powinienem…

Sapnął gniewnie.

— Kiedy ostatnio jadłeś, Jarre? Kiedy ostatnio miałeś w gębie ciepłą strawę?

— Prawdziwie ciepłą? Trzy… Nie, cztery dni temu.

— Chodź.

*****

— Jedz wolniej, synku — upomniał Zoltan Chivay, jeden z kamratów Dennisa Cranmera. - To niezdrowo żreć na chybcika, nie żując jak należy. Dokąd ci tak spieszno? Wierz mi, nikt ci tej stawy nie odbierze.

Jarre nie był tego taki pewien. W głównej sali zajazdu "Pod Misiem Kudłaczem" odbywał się właśnie pojedynek na kułaki. Dwóch przysadzistych i szerokich jak piece krasnoludów prało się pięściami, aż dudniło, wśród ryku kamratów z Ochotniczego Hufu i aplauzu miejscowych prostytutek. Trzeszczała podłoga, padały meble i naczynia, a krople rozsiewanej z rozbitych nosów krwi sypały się dookoła jak deszcz. Jarre tylko czekał, kiedy któryś z wojowników runie na ich oficerski stół, zwalając drewniany talerz ze świńskimi golonkami, michę parzonego grochu i gliniane kufle. Przełknął szybko odgryziony kawał tłustości, wychodząc z założenia, że to, co połknięte, to jego.

— Nie bardzo pojąłem, Dennis — drugi krasnolud, nazywany Sheldonem Shaggsem, nawet nie odwrócił głowy, choć jeden z walczących omal go nie zawadził, zadając sierpowy. - Skoro ten chłopak, to jaką modą jemu się zaciągać? Kapłanom krwi przelewać nie lza.

— On jest wychowankiem świątyni, nie kapłanem.

— Nigdy, psiakrew, nie mogłem zrozumieć tych pokrętnych ludzkich zabobonów. No, ale z cudzych wierzeń nie godzi się drwić… Wynika jednak, że ten tu młodzian, choć w świątyni wychowany, nie ma nic przeciwko rozlewowi krwi. Zwłaszcza nilfgaardzkiej. Co, młodzieńcze?

— Dajże mu w spokoju zjeść, Skaggs.

— Ja z chęcią odpowiem… — Jarre przełknął kęs golonki i wpakował do ust przygarść grochu. - Otóż jest to tak: przelewać krew wolno na wojnie sprawiedliwej. W obronie wyższych racji. Dlatego się zaciągnąłem… Matka ojczyzna wzywa…

— Widzicie sami — Sheldon Skaggs powiódł wzrokiem po towarzyszach — jak wiele jest prawdy w twierdzeniu, że ludzie to rasa bliska nam i pokrewna, że wywodzimy się z jednego korzenia, i my, i oni. Najlepszy dowód, o, siedzi przed nami i ciamka groch. Innymi słowy: multum takich samych głupich zapaleńców spotkacie wśród młodych krasnoludów.

— Zwłaszcza po mayeńskiej potrzebie — zauważył chłodno Zoltan Chivay. - Po wygranej batalii zawsze wzrasta zaciąg ochotniczy. Pęd ustaje, gdy rozejdzie się wieść o idącym w górę Iny wojsku Menno Coehoorna, ziemię i wodę zostawiającym.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 128
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)