Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Senni zwycięzcy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Senni zwycięzcy

Электронная книга - «Senni zwycięzcy». Краткое содержание книги:

Jedna z najbardziej znanych powieści polskiej fantastyki przed rokiem 1989, zaliczana do nurtu fantastyki socjologicznej.
„Powieść napisana jest potoczyście. Oramus ze swobodą, używając technicznych montażowych sztuczek, pokazuje nam splatające się ze sobą losy kilkudziesięciu postaci, ani razu nie tracąc kontroli nad skomplikowaną powieściową maszynerią. A oglądamy tu nie tylko przygody i zmagania ludzi lecz również ich swobodnie lewitujących i zwalczających się jaźni. Świat opisany przez Oramusa jest zły, posępny, ludzie w nim częstokroć czynią sobie wyrozumowane łajdactwa, rządzi tym światem intryga i manipulacja, lecz mimo to, nawet w tej klatce na szczury spotykamy co jakiś czas arystokratów ducha zdolnych do miłości, wielkoduszności, wreszcie — do wstydu.”
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 66
Перейти на страницу:

— Matko materio — bełkotał Taraday. — Jeśli pan żartuje…

— Nie czas na żarty — uciął Boskersq. — Czemu pan nie słucha dobrych rad — tak panu pilno rozstać się z życiem? Tym razem nie ma pan na sobie ani wygodnej zbroi, ani twarzowej przyłbicy… bez nich nawet z pistoletem w ręku byłby pan łatwy jak dziecko.

— Jest pan Quevasem?

— Właściwie nie. Korzystałem tylko przez pewien czas z jego gościnności, ale w końcu jego ciału przydarzyło się kilka nieprzyjemności i musiałem się przesiąść. W Boskersqa. Czemu pan tak patrzy? Owszem, mogę się przesiadać z dowolną. częstotliwością. Dziś jestem sobą, jutro mogę być kim innym…

Zdjął palce z biurka i poszedł w kierunku Taradaya, Ten cofał się z przerażeniem w oczach.

— Dla mnie to tyle, co wypić puszkę piwa… mówiącego — wypowiadał słowa bardzo wyraźnie, jak aktor. Powoli, ale zdecydowanie posuwał się przed siebie.

Taraday krzyczał ze strachu, oparty o ścianę. Boskersq, wyłączywszy już wcześniej indykator, zbliżył się na wyciągnięcie ręki i wtedy Taraday osunął się po srebrnej płycie na mięciutki dywan. Leżał nie poruszając się. Boskersq pochylił się i wyjął indykator z jego klapy.

— Wspaniale — powiedział. — Parę minut tutaj prześpi. — Cofnął się, spojrzał nagle w kierunku Doogana: “Kto tu jest? Ty, Grynx? Keiken? Hercx? Theart, Voox? Mówiłem, żeby nie pakować się bez potrzeby do środka tych klatek — stąd można więcej nie wyjść. Zostawiacie za dużo ambarraxu, byle analizator was wykryje. No, jazda stąd!”

Przez otwarte wejście Doogan wypłynął na zewnątrz.

— Schowaj zabawkę, synu — powiedział Boskersq do stojącego przed wejściem agenta — bo byle łachudra wyjmie ci ją z ręki razem z cennym życiem. Szef powiedział, że jesteś wolny.

— E tam — chłopak pokręcił głową obracając w palcach broń z wyraźnym zakłopotaniem — widzi mi się, że to nie szef, tylko ty. Podobno jesteś na czarnej liście?

— Moja sprawa, szczeniaku. Popatrz tutaj: poznajesz? Czyj to indykator? Myślisz, że szef dałby mi go bez powodu?

Chłopak nie wiedział, co o tym myśleć.

— Jak mi nie wierzysz, możesz szefa zapytać — rzucił niedbale Boskersq i poszedł przed siebie. Chłopak, wyraźnie zakłopotany, schował w końcu broń i zażądał od wejścia wpuszczenia do środka.

— Ani mi się śni — odpowiedziało wejście. Agent przeciął je wiązką, wlazł do środka, po chwili wypadł na zewnątrz. Boskersq znikł, jakby się rozwiał w powietrzu.

Doogan miał zamiar towarzyszyć Boskersqowi, ale napotkał kolejną barierę. Zanosiło się na to, że ich ilość w miarę poznawania nowego świata rośnie w postępie przynajmniej geometrycznym. Obserwował oddalające się plecy Boskersqa i pocieszne usiłowania sforsowania wejścia przez agenta.

W inną stronę droga stała otworem. Doogan popłynął przed siebie masowo rozdając czasoprzestrzenne kopniaki — do przodu i wstecz. Skierował się najkrótszą drogą na dwudziesty ósmy. Przed samą kabiną Deograciasa czas dostał kolejnego prztyczka. Dzień błyskawicznie zamienił się w noc.

Doogan orientował się doskonale, że Deogracias zwinął instar dopiero po południu i wybrał się na małą przejażdżkę. Trzydzieści poziomów wyżej, w jednym z korytarzy bocznych natknął się na tę dziewczynę. Każdy, kto choć raz oglądał program video, znał jej imię: Dorotea. Pod działaniem pola encefalicznego dziewczyna — nie zaprotestowawszy ani słowem — zjechała z Deograciasem na. dwudziesty ósmy, w kabinie pozbyła się odzieży w niemal eksresowym tempie. Po straszliwych zmaganiach Deogracias i Dorotea leżeli obok siebie na instarze wsłuchując się w coraz spokojniejsze bicie własnych serc.

— Właściwie… — zaczęła dziewczyna i umilkła nie doczekawszy się żadnej zachęty do rozmowy. Po kilku minutach podjęła próbę jeszcze raz.

— Właściwie nie przyszłam tu z własnej woli.

Powiedziała to bardzo cicho i niepewnie, przekrzywiwszy uprzednio głowę, żeby widzieć reakcję Deograciasa. Ale Deogracias nie zamierzał widocznie się spierać; jego profil rysował się ostro na tle jaśniejszego ekranu video. Przesunęła kilka razy otwartą dłonią nad Jego oczami.

— Obudź się — powiedziała. — Musimy porozmawiać.

— O czym?

— Zdaje mli się, że nie przyszłam tu sama — w jej głosie było tym razem więcej kokieterii.

— Zgadza się — burknął Deogracias — przyszłaś tutaj ze mną.

— Nie o to chodzi — zirytowała się na manierę video. — Zostałam do tego zmuszona.

— Tak? — zdziwił się Deogracias. — Przyniosłem cię? Zaciągnąłem?.

— W pewnym sensie — dziewczyna nie była przekonana. — W każdym razie wpłynąłeś na mnie — to taki trudno uchwytny stan — w ten sposób, że przyszłam tutaj, choć wcale przedtem nie miałam takiego zamiaru.

— Wpłynąłem na ciebie? — zainteresował się Deogracias. — Więc wszystko jest w porządku.

— Nie, mię. Po drodze robiłeś ze mną nieuczciwe rzeczy.

— Nie robiłem.

— Robiłeś.

— Nie:

— Robiłeś, robiłeś, robiłeś! — tłukła go małą piąstką po obojczyku. Przycisnął dziewczynę do siebie.

— Z miłości do ciebie gotów byłbym umrzeć. Dziewczyna roześmiała się.

— Co ty wygadujesz? — przywarła doń całym ciałem i szepnęła: — Kocham cię.

— Gruchacie sobie, gołą beczki? — rozległ się jakiś głos. Z ciemnego kąta kabiny wyszło kilka postaci w błyszczących strojach. Prawie wszystkie trzymały w rękach małe niklowane przedmioty. Deogracias włączył więcej światła i zobaczył, że są to pistolety, i że przybysze osłaniają twarze przyłbicami.

— No, Dwukolorowy — powiedział ten spośród nich, który stał najbliżej — koniec gry. Przyszła na. ciebie kolej.

— Dwukolorowy? — powtórzyła dziewczyna. — Od razu podejrzewałam, że…

Coś pękło, coś zgasło, wrócił ciężar i fragment przestrzeni, obwiedziony ledwie widocznym konturem sylwetki, począł z wolna wypełniać się ciałem. Ręka dotarła do piersi, palce poczuły twardą materię skafandra. Wróciła ostrość widzenia. Vis-a-vis stał obcy mężczyzna.

— Co to było? — zapytał Doogan.

— Byłeś czystą świadomością lewitującą w poprzek rzeczywistości — odparł nieznajomy. — Ten stan, to wszystko może stać się twoim udziałem na zawsze, jeśli upadłszy oddasz mi pokłon.

Nogi same ugięły się pod Dooganem.

— W porządku — powiedział nieznajomy. Zbliżył się wolno i położył rękę na jego ramieniu. — Jesteś moim przyjacielem, a ja jestem twoim przyjacielem. Chodź.

Doogan ruszył za nim posłusznie jak manekin.

14

“Siedział dokładnie tak samo, jak zapamiętałem: w tej samej pozie, otoczony tymi samymi przedmiotami. Nastawiony na najwyższy punkt skali automatyczny dozownik strzykał od czasu do czasu prosto w jego szklankę porcją alkoholu konwencjonalnego. O ile wiem, wtedy właśnie narodził się w nim nasz pomysł.”

Wszystko kiedyś się kończy, myśli Medicus, Przez całe życie oswajamy się z myślą o śmierci, zgadzamy się na nią. akceptujemy jej obecność na świecie — bo przecież nie można inaczej; lecz mimo to zostaje jeszcze iskierka nadziei, irracjonalnej i śmiesznej, że prawa przyrody odwrócą się po raz pierwszy w naszym przypadku. Ta nadzieja jest teraz jedyną rzeczą, która mnie powstrzymuje.

Ekran video błysnął i z powrotem poszarzał.

— Tak oto zginął dyspozytor Corneil Doogan, wierny syn naszej wysepki dryfującej poprzez Wszechświat. Kochał ją i dla niej oddał życie. Cześć jego pamięci. W uznaniu zasług Prezydent i Rada Statku odznaczyli pośmiertnie Corneila Doogana Orderem Nieustraszonego Serca. Oto nazwiska następnych ochotników, którzy podążą wytyczonym przez bohaterskiego dyspozytora szlakiem — do zwycięstwa.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 66
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)