Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]
- Автор: Миллер-младший Уолтер Майкл
- Год: 1998
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7150-383-2
- Переводчик: Adam Szymanowski
- Жанр: Социально-философская фантастика
Электронная книга - «Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]». Краткое содержание книги:
Wkrótce ukaże się też napisana przez Millera po trzydziestu latach kontynuacja tej powieści.
— Ach, stąd koza. — Thon Taddeo spojrzał na opata. — Kiepski żart. Czy to najlepszy, na jaki potrafi się zdobyć?
— Zważ, że nie został tu zatrudniony. Ale porozmawiajmy o czymś sen…
— Nie, nie, nie, nie! — sprzeciwił się Poeta. — Nie pojmujesz, co mam na myśli, twoja błyskotliwość. Koza ma być umieszczona w relikwiarzu i czczona, nie zaś karcona. Ukoronuj ją koroną, którą zesłał ci święty Leibowitz, i dziękuj za światło, które właśnie wstaje. Potem skarć Leibowitza i jego zaprowadź na pustynię. W ten sposób nie będziesz musiał zakładać drugiej korony. Tej cierniowej. To się nazywa odpowiedzialność.
Wrogość Poety stała się jawna i już nie próbował udawać, że dowcipkuje. Thon patrzył na niego lodowatym wzrokiem. Obcas opata raz jeszcze zawahał się nad palcem Poety i raz jeszcze, acz niechętnie, ulitował się nad nim.
— A kiedy — oznajmił Poeta — przybędzie wojsko twojego pana, żeby zająć opactwo, kozę można umieścić na dziedzińcu i nauczyć beczeć: „Nie ma tu nikogo poza mną, nikogo poza mną”, gdy tylko w pobliżu pojawi się jakiś cudzoziemiec.
Jeden z oficerów zaczął dźwigać się ze swojego stołka z gniewnym pomrukiem, a jego dłoń sięgnęła odruchowo po szablę. Wysunął nieco klingę i piętnaście centymetrów stali błysnęło ostrzegawczo przed oczyma Poety. Thon chwycił oficera za przegub i próbował wepchnąć ostrze z powrotem do pochwy, ale było to jak naciskanie na ramię marmurowego posągu.
— Ach! Więc mamy przed sobą zbrojnego męża, a nie tylko rysownika! — szydził Poeta, najwyraźniej igrając ze śmiercią. — Twoje szkice systemu obronnego opactwa są tak obiecujące pod względem artystycznego…
Oficer rzucił przekleństwo i obnażył całe ostrze. Towarzysze chwycili go jednak, zanim zdążył zadać pchnięcie. Pełen zdumienia szmer przebiegł przez zgromadzenie, kiedy przerażeni mnisi zerwali się na równe nogi. Poeta nadal uśmiechał się dobrotliwie.
— … artystycznego rozwoju — ciągnął. — Przepowiadam, że pewnego dnia twój rysunek podkopów pod mury zawiśnie w muzeum sztuk…
Spod stołu ozwało się stłumione płask! Poeta zastygł z zębami zatopionymi w mięsie, a po chwili odjął udko od ust i powoli zaczął blednąc. Przeżuł, przełknął i nadal bladł. Patrzył z roztargnieniem do góry.
— Zmiażdżysz mi palec — mruknął kącikiem ust.
— Mieląc językiem? — spytał opat i kontynuował swoje dzieło.
— Zdaje mi się, że kość utkwiła mi w gardle — przyznał Poeta.
— Pragniesz przeprosić i wyjść?
— Przykro mi, ale muszę.
— Szkoda. Będzie nam ciebie brakować. — Paulo raz jeszcze nacisnął mocniej obcasem. — Możesz zatem odejść.
Poeta wypuścił gwałtownie powietrze z płuc, zacisnął usta i wstał. Dopił swoje wino i postawił kieliszek do góry dnem na środku tacy. W jego zachowaniu było coś, co sprawiało, że nie można było spuścić z niego wzroku. Zsunął kciukiem dolną powiekę, pochylił głowę nad miseczką dłoni i poruszył kciukiem. I oto na jego dłoni spoczęło oko, co wyrwało okrzyk z ust zaszokowanych Teksarkańczyków, którzy najwidoczniej nie mieli pojęcia o tym, że Poeta ma jedno oko sztuczne.
— Przyglądaj się mu uważnie — powiedział Poeta, zwracając się do szklanego oka, a następnie położył je na odwróconym kieliszku, skąd spoglądało żałośnie na thona Taddeo. — Żegnam, panowie — rzucił wesoło całej grupie i wyszedł.
Oficer, który wpadł przedtem we wściekłość, rzucił przekleństwo i spróbował wyrwać się swoim towarzyszom.
— Zabierzcie go do jego kwatery i przemówcie mu do rozumu, żeby ostygła mu głowa — powiedział thon. — I uważajcie, żeby nie napotkał na swojej drodze tego szaleńca.
— Jestem zrozpaczony — zwrócił się do opata, kiedy oficerowie wyciągali z sali sinego z wściekłości kolegę. — Nie są moimi sługami i nie mogę wydawać im rozkazów. Ale obiecuję ci, że będzie się za to, co zrobił, czołgał u twoich stóp. A jeśli nie zechce przeprosić i opuścić natychmiast potem opactwa, jutro przed południem skrzyżuje ten swój nazbyt skwapliwy miecz z moim.
— Żadnego rozlewu krwi — błagał kapłan. — To głupstwo. Zapomnijmy o tym wszyscy. — Ręce mu drżały, twarz poszarzała.
— Przeprosi i wyjedzie — upierał się thon Taddeo — albo będę musiał go zabić. Nie bój się, nie waży się podjąć ze mną walki, bo gdyby mnie pokonał, Hannegan wbiłby go na pal na placu publicznym, a jego żonę zmuszono by do… ale to nieważne. Upokorzy się i odjedzie. Ale i tak jestem głęboko zawstydzony, że mogło się coś takiego zdarzyć.
— Powinienem był nakazać wyrzucenie Poety, jak tylko się pokazał. To on sprowokował zajście, ja zaś go nie powstrzymałem. Prowokacja była aż nadto widoczna.
— Prowokacja? Kłamliwe fantazje wędrownego błazna? Josard zareagował tak, jakby oskarżenia wysuwane przez Poetę były prawdziwe.
— Więc nie wiesz, że przygotowują wyczerpujący raport na temat walorów naszego opactwa jako fortecy?
Uczonemu opadła szczęka. Z widocznym niedowierzaniem patrzył to na jednego księdza, to na drugiego.
— Czy może to być? — spytał po długiej chwili milczenia.
Opat skinął potakująco.
— I pozwoliłeś nam tu zostać?
— Nie mamy żadnych tajemnic. Zapraszamy twoich towarzyszy do oglądania wszystkiego, co tylko zechcą. Nic będę snuł żadnych przypuszczeń co do tego, po co im te informacje. Twierdzenia Poety były oczywiście tylko fantazją.
— Oczywiście — powiedział thon bez najmniejszego przekonania, nie patrząc na swojego gospodarza.
— Z całą pewnością twój książę nic ma wobec tego terenu agresywnych zamiarów, o których napomknął Poeta.
— Z pewnością nie.
— A jeśliby nawet takie zamiary miał, pewien jestem, że wystarczy mu mądrości, a przynajmniej mądrych doradców, którzy przekonają go, iż wartość naszego opactwa jako miejsca, gdzie gromadzi się starożytną mądrość, jest wielokrotnie większa niż jego wartość jako twierdzy.
Thon pochwycił w głosie kapłana nutę prośby, utajonego błagania o pomoc i zdawało się, że właśnie nad tym zamyślił się, grzebiąc widelcem w talerzu i milcząc przez dłuższą chwilę.
— Porozmawiamy jeszcze o tej sprawie przed moim powrotem do kolegium — obiecał spokojnie.
Nastrój zepsuł się, ale uczucie przymusu zniknęło częściowo po zakończeniu posiłku, podczas chóralnych śpiewów na dziedzińcu, a całkowicie, kiedy nadeszła pora wygłoszenia przez uczonego odczytu w Auditorium Maximum. Zażenowanie zaczęło znikać, powróciła serdeczność, w każdym razie powierzchowna.
Dom Paulo zaprowadził thona do pulpitu. Gault i asystent wykładowcy przyszli chwilę później i dołączyli do tamtych dwóch już na podwyższeniu. Kiedy opat przedstawił thona zgromadzonym, rozległy się życzliwe oklaski. Psykanie, jakie potem nastąpiło, przywodziło na myśl ciszę, jaka zapada w sali sądowej oczekującej na ogłoszenie wyroku. Uczony nie był utalentowanym mówcą, ale wyrok okazał się satysfakcjonujący dla mnisiej ciżby.
— Byłem zdumiony tym, co tutaj zastałem — oświadczył im. — Jeszcze kilka tygodni temu nie wierzyłbym, nic wierzyłem, by teksty, jakie przechowujecie w waszych memorabiliach, mogły przetrwać od czasu upadku ostatniej potężnej cywilizacji. Nadal trudno w to uwierzyć, ale dowody zmuszają nas do przyjęcia hipotezy, że te dokumenty są autentyczne. Ich przetrwanie to już samo w sobie coś całkowicie niewiarygodnego, ale jeszcze bardziej niezwykły jest dla mnie fakt, że pozostawały nie dostrzeżone w ciągu naszego wieku — aż do tej chwili. Ostatnio pojawili się ludzie, którzy byliby w stanie docenić ich potencjalną wartość — nie tylko ja. Cóż mógłby dokonać z nimi thon Kaschler, gdyby jeszcze żył…! Nawet siedemdziesiąt lat temu.