Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]
- Автор: Миллер-младший Уолтер Майкл
- Год: 1998
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7150-383-2
- Переводчик: Adam Szymanowski
- Жанр: Социально-философская фантастика
Электронная книга - «Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]». Краткое содержание книги:
Wkrótce ukaże się też napisana przez Millera po trzydziestu latach kontynuacja tej powieści.
— Flectamus genua[62] — zaintonował lektor. Legion w habitach uklęknął z zupełnie wojskową precyzją, a opat pobłogosławił swoją trzódkę.
— Levate[63].
Legion wstał. Dom Paulo zajął swoje miejsce przy osobnym stole i spojrzał w stronę wejścia. Gault miał przyprowadzić tamtych. Poprzedni posiłek podawano w domu gościnnym, nie zaś w refektarzu, chciano bowiem oszczędzić im surowej jarzynowej diety, na której poprzestawali mnisi.
Kiedy goście weszli, rozejrzał się za bratem Kornhoerem, ale mnicha wśród nich nie było.
— Czemu osiem miejsc? — spytał szeptem ojca Gaulta, kiedy zajęli swoje miejsca.
Gault zrobił zmieszaną minę i wzruszył ramionami.
Uczony zajął miejsce po prawej ręce opata, a pozostali zasiadali stopniowo coraz bliżej końca stołu, pozostawiając nie zajęte miejsce po jego lewej stronie. Obrócił się, by wezwać Kornhoera, ale lektor zaintonował pretację, zanim zdołał pochwycić spojrzenie mnicha.
— Oremus[64] — odpowiedział opat i legion skłonił głowy.
Podczas błogosławieństwa ktoś wśliznął się spokojnie na miejsce po lewej stronie opata. Opat zmarszczył brwi, ale nie podniósł spojrzenia, żeby rozpoznać winowajcę przed końcem modlitwy.
— …et Spiritus Sancti. Amen.
— Sedete[65] — powiedział lektor i rzędy mnichów zaczęły siadać.
Opat spojrzał ostro na postać po swojej lewej stronie.
— Poeta!
Wymięta lilia skłoniła się przesadnie i uśmiechnęła.
— Dzień dobry, panowie, uczony thonie, dystyngowani goście — zaczął perorować. — Cóż to mamy dzisiaj? Pieczona ryba i plastry miodu dla uczczenia doczesnego wskrzeszenia, jakie na nas spłynęło? Czy też, panie mój i opacie, upiekłeś wreszcie gęś należącą do burmistrza miasteczka?
— Wolałbym upiec…
— Ha! — rzekł Poeta i zwrócił się grzecznie ku uczonemu. — Oto, jakich kulinarnych wspaniałości kosztuje człowiek w tym miejscu, thonie Taddeo! Powinieneś częściej nas odwiedzać. Przypuszczam, że w domu gościnnym nie podają niczego poza pieczonym bażantem i banalnymi kotletami z wołu. Wstyd! Tutaj je się lepiej. Mam nadzieję, że brata kucharza nie zawiodła dzisiaj zwykła werwa, wewnętrzny ogień, czarowna mistrzowska ręka. Ach… — Poeta zatarł dłonie i roześmiał się, oblizując wargi. — Być może powinien nam podać swoje natchnione dzieło, przyrządzone na wieprzowinę z kukurydzą a la friar Jan, co?
— To brzmi interesująco — oznajmił uczony. — Cóż to takiego?
— Tłusty pancernik z prażoną kukurydzą, gotowany w oślim mleku. Coniedzielny przysmak.
— Poeto! — warknął opat, a następnie zwrócił się do thona:
— Przepraszam za jego obecność. Nie był zaproszony.
Uczony przyglądał się Poecie z obojętnym zainteresowaniem.
— Pan mój, Hannegan, też trzyma na dworze kilku błaznów — powiedział, zwracając się do Paula. — Taki okaz nic jest więc mi obcy. Nic musisz za niego przepraszać.
Poeta zerwał się ze stolika i ukłonił się nisko przed thonem.
— Pozwól mi natomiast przeprosić za opata, panie! — wykrzyknął żarliwie.
Przez dłuższą chwilę trwał w ukłonie. Czekali, żeby skończył swoją błazenadę. Ale on wzruszył nagle ramionami, usiadł i chwycił dymiącego ptaka z tacy, którą postawił przed nim postulant. Urwał nogę i z zapałem zagłębił w niej zęby. Przyglądali mu się ze zdumieniem.
— Przypuszczam, że słusznie nie przyjmujesz moich przeprosin za niego — powiedział w końcu do thona.
Uczony lekko się zarumienił.
— Zanim cię stąd wyrzucę, robaku — oznajmił Gault — zbadajmy głębię twej nicgodziwości.
Poeta pokiwał głową, żując w zamyśleniu nogę ptaka.
— Istotnie moja niegodziwość jest nader głęboka — przyznał.
Pewnego dnia Gault zadławi się na stojąco — pomyślał dom Paulo.
Ale młodszy ksiądz był najwyraźniej zgnębiony i zastanawiał się, jak sprowadzić len incydent ad absurdum, by w ten sposób unieszkodliwić błazna.
— Przeproś szczegółowo za swojego gospodarza, Poeto — rozkazał — i wytłumacz się przy okazji.
— Zostaw to, ojcze, już lepiej zostaw — powiedział pośpiesznie Paulo.
Poeta uśmiechnął się z wdziękiem do opata.
— Wszystko w porządku, panie mój — oświadczył. — Przeprosić za ciebie to dla mnie nic takiego. Ty przepraszasz za mnie, ja przepraszam za ciebie i czyż nie jest to nader stosowny manewr, płynący z miłości bliźniego i dobrej woli? Nikt nie potrzebuje przepraszać sam za siebie, co jest zawsze bardzo upokarzające. Stosując jednak mój system, każdy będzie usprawiedliwiony i nikt nie musi przepraszać za siebie.
Tylko oficerowie uznali uwagi Poety za zabawne. Najwyraźniej oczekiwanie na coś śmiesznego było wystarczające, żeby wytworzyć złudzenie śmieszności, a komik może wywołać wszak śmiech gestem i wyrazem twarzy, bez względu na to, co powie. Thon Taddeo uśmiechnął się oschle i z przymusem, ale był to ten rodzaj miny, jaką człowiek może przybrać na widok niezaradności tresowanego zwierzęcia.
— I w ten sposób — ciągnął Poeta — jeśli tylko pozwolisz, że będę ci służył jako pokorny pomocnik, panie mój, nigdy nie poczujesz się upokorzony. Mógłbym, na przykład, jako twój apologetyczny adwokat być przez ciebie oddelegowany do przedłożenia ważnym gościom aktu skruchy za pluskwy w łóżkach. A pluskwom — za nagłą zmianę dania.
Opat spojrzał groźnie i oparł się chętce, żeby obcasem swojego sandała zmiażdżyć obnażony wielki palec u nogi Poety. Kopnął go w kostkę, ale nie zrobiło to żadnego wrażenia na błaźnie.
— Brałbym oczywiście na siebie wszelką przyganę — oświadczył, hałaśliwie żując białe mięso. — To doskonały system i gotów jestem, panie wybitny uczony, udostępnić go także tobie. Jestem pewien, że uznasz go za stosowny. Wytłumaczono mi, że zanim wiedza poczyni jakieś postępy, trzeba udoskonalić i wprowadzić w życie system logiczny i metodologiczny. A mój system sprzedawalnych i przekazywalnych przeprosin powinien być dla ciebie, thonie Taddeo, szczególnie wartościowy.
— Doprawdy?
— Owszem. Szkoda. Ktoś ukradł mi kozę o niebieskim łbie.
— Kozę o niebieskim łbie?
— Miała łeb równie łysy jak głowa Hannegana, twoja błyskotliwość, i niebieski jak koniec nosa brata Armbrustera. Zamierzałem ci ofiarować to zwierzę, ale jakiś szubrawiec zwędził mi je przed twoim przybyciem.
Opat zacisnął zęby i zawiesił obcas nad palcem Poety. Thon Taddeo zmarszczył się lekko, ale wydawało się, że jest zdecydowany rozplatać gmatwaninę znaczeń, jakie kryły się w słowach Poety.
— Czy potrzebujesz kozy o niebieskim łbie? — spytał swojego asystenta.
— Nie dostrzegam, iżby była to dla nas sprawa nagląca, panie — odparł asystent.
— Ależ potrzeba tego jest czymś oczywistym — zapewnił Poeta. — Powiadają, że zapisujesz równania, które pewnego dnia zmienią oblicze świata. Powiadają, że nowe światło zabłyśnie już rychło. Skoro zaświeci światło, kogoś trzeba będzie obwinie za poprzednie ciemności.
62
Zegnijmy kolana.
63
Wstańcie.
64
Módlmy się.
65
Usiądźcie.