Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
Razwijar poruszał w piecu, wśród popiołu, kawałek papieru z wymyślnymi literami. Pomyślał, że mu się przywidziało — kto będzie palił papierem?!
Strzępek rozbłysnął i obrócił się w popiół. Razwijar przesunął wzrok: obok pieca, w rozeschniętej beczułce, znajdowały się szczapki, zapałki i drewniane odpadki do rozpałki. Do połowy zasypana skręconymi wiórkami leżała tam książka bez i »prawy — po prostu paczka podartych, wyrwanych stronic.
— Skąd?!
Wyszarpnął książkę z beczułki. Rozsypały się wiórki, posługacz podparł się rękami pod boki, bowiem ze wzburzenia na taki nieporządek słów mu zabrakło. Strzepał śmieci, przewrócił stronicę: „…ki, szybujące nad wodą bywały przechwycone przez niego i tonęły. Straszny wiatr duje w tym czasie na brzegu. W jeden dzień znikają przepaście, przepadają zębate skały — wszystko skrywa się pod wodą i cieśnina Osi Nos staje się żeglow…”.
Razwijar głęboko westchnął. Pamiętał, co było dalej: „staje się żeglowna. Zaczyna się sezon i statki z całego Imperium i spoza jego granic, kierują się na wewnętrzne morze. Zdarzyło się i mnie wędrować między Osim Nosem, a Krzemieniem, ale nie w sezonie, kiedy podróż w tamtych rejonach jest bezpieczna i przyjemna. Okręt zatrzymał się z powodu uszkodzenia i…”
Kapitan zakazał palić ogień w ładowni „Skrzydlaka”. Pan Agi powiedział: „Dobrze, przepiszesz jutro”. Nazajutrz był port Mirtie, szybujące miasto, odprawa celna, słona woda i Razwijar, idąc na dno, zdążył jeszcze pożałować niedoczytanej, niedopisanej, niedokończonej „Podróży”.
Gorączkowo kartkował stronice. Sto piętnaście, sto szesnaście. Oto i ona, druga część „Podróży na Osi Nos” księga przedarta dokładnie pośrodku, prawie w tym miejscu, gdzie skończył ją przepisywać.
— A to co znowu?!
Zjawiła się oberżystka. W piecu palił się ogień, Razwijar klęczał, w świetle płomieni kartkując fragment książki.
— Po coś to wziął? Odłóż!
— To droga rzecz — powiedział Razwijar z przykrością. — Była droga, dopóki jej nie porwali, ale i teraz jest coś warta.
— Tak? — uśmiechnęła się oberżystka. — A ty postanowiłeś nad tym deliberować?
Razwijar podniósł się. Na przeciwległej ścianie wisiało zaśniedziałe zwierciadło, które nie wiadomo skąd wzięło się w obiadowej sali wiejskiego zajazdu. Zobaczył siebie: chudego, bladego człowieka ze złamanym nosem, z bardzo ciemnymi oczami i dziwnie wygiętymi brwiami. Obok stała oberżystka. Na jej białej twarzy z zapadniętymi policzkami, jakby na wieczność zastygł podejrzliwy, swarliwy wyraz. Razwijar przypatrzył się jej dokładniej.
— Przecież ty także jesteś półkrwi Heksem — powiedział głośno, nieoczekiwanie dla samego siebie.
Widział w zwierciadle, jak zmieniła się na twarzy; biała skóra pokryła się czerwienią, nos spurpurowiał, dolna warga wydęła się w grymasie wściekłości. Oberżystka zamachnęła się, żeby wymierzyć przybłędzie policzek, ale ten przechwycił jej rękę. Pociągnął do siebie i nieoczekiwanie mocno objął.
Chłopiec krzyknął z oburzeniem.
— Puść — oberżystka oswobodziła się jednym szarpnięciem. Popatrzyła na Razwijara, jakby zamierzała pożreć go oczami. Odwróciła się do pracownika:
— Co tak stoisz! Marsz do kuchni, w podskokach, ale już! Jedzenie mu przynieść, niczego nie żałuj… Kaszy wczorajszej przynieś!
— Ty jesteś przecież jeszcze zupełnym szczeniakiem. Mógłbyś być moim synem.
Nie znosiła sprzeciwu. Silna, trzymała w ryzach cały dom, zdawało się, że i całą osadę. Miała trzech synów, każdego z innym mężczyzną. Wszyscy jej chłopcy pracowali w oberży. Starszy był rówieśnikiem Razwijara. Ta kobieta całe życie robiła, co chciała.
Spędzili noc na szerokim materacu, nabitym ptasimi piórami. Pióra przebijały na wylot grube płótno i kłuły jak igły, ale oberżystce było wszystko jedno — jej ciało nie czuło bólu.
— Tylko język, jeśli go przygryźć, boli. Żebyś wiedział, ileż to razy przypadkowo się sparzyłam, a palca ledwie nie odpiłowałam. Nie ma bólu… Tylko mężczyzn czuję. Nie każdego.
Ciebie… tak. Hej, nie śpij, chłopcze!
Nie była podobna do ani jednej kobiety z tych, które Razwijar znał wcześniej. Tamte były niewolnicami, ta zaś sama sobie panią. Ciężka, gorąca, początkowo peszyła Razwijara bezceremonialnością i uporem, ale bardzo szybko się opamiętał i zaczęły się miłosne zapasy.
Pióra z materaca wbijały się w kolana, w biodra, w plecy, niczym maleńkie włócznie.
Razwijar rozwiązał sznureczek, ściągający jej włosy i te kaskadą rozsypały się mu na twarz, odurzając zapachem traw i drzewnego dymu. Owinął nimi swoją pięść, żylastą, silną i bardzo młodą. Spędził we wstrzemięźliwości wiele dni i teraz, w tej grze wojennej, z szeregowca powoli przeistaczał się w przywódcę.
Zasypiali i znowu się budzili. Nad ranem, oberżystka, biała i zmizerniała, leżała z głową na jego ramieniu, a pióra z materaca krążyły po komnacie, niesione przeciągiem.
— Ty jesteś przecież jeszcze zupełnym szczeniakiem — powtórzyła drwiąco. — No, uszczypnij mnie. Oho… Czuję.
Budził się dom. Na dole palił się piec. Po dachu hulał wiatr, a w komnacie było tak zimno, że latające pióra zdawały się być śniegiem.
Cały czas w tym samym miejscu, w beczułce na szczapki leżała rozerwana, podarta w połowie książka. Brakowało jej kilku następnych stronic. Chłopiec — średni syn oberżystki — ponuro krzątał się przy kotłach i wiadrach. Grzał wodę.
— Odlać ci? Do balii?
Razwijar z chęcią przystał na propozycję kąpieli. Oberżystka długo myła go, polewając z czerpaka, i pokoik napełnił się parą. Potem przyniesiono mu nową, czystą odzież — rękawy okazały się przykrótkie, ale nie miało to większego znaczenia. Usiadł za stołem. Młodszy syn oberżystki, około dziesięcioletni, przyniósł z kuchni miskę dopiero co ugotowanej kaszy. Był smagły z błękitnymi oczami, z szorstką, jakby przesoloną, czupryną.
— Tego także kochałam — powiedziała oberżystka, zauważywszy wzrok Razwijara. — Wielu, tak. Nie od wszystkich dzieci dostałam. A od ciebie dostanę?
Razwijar się zmieszał.
— Jedz… Przecież nie z miłości dostałam. Wiesz, oni szli falą, rozbici, przed siłą Złotych uciekali. Powiedzmy szczerze; ledwie od śmierci uciekli, a śmierć wciąż na plecach im siedziała, poganiała, a wszyscy w to samo miejsce. Lubieżni Heksowie, bardziej chutliwi niż przyślepki.
Mateczkę moją gdzieś złapali. Nie ją jedną… U nas tutaj po izbach półkrwiaków napłodzili ze dwadzieścia sztuk. Potem któryś umarł, któryś odszedł, któregoś sprzedali… A ty skąd?
— Z Pagóraków.
— Pagóraki? — spochmurniała nagle. — Ci co na wybrzeżu? Co ich huragan zniósł w tym roku?
— Nie. Ja z innych Pagóraków pochodzę. Z leśnego plemienia.
— Tak, akurat — oberżystka uśmiechnęła się z niedowierzaniem. Razwijar nie pamiętał, żeby wcześniej się uśmiechała. W tym momencie biała twarz z zapadniętymi policzkami zmieniła się nie do poznania. — Matka ci głowę zawracała, żeby prawdy nie powiedzieć.
— Moja mama była Heksem.
— Naprawdę? — Kobieta oparta się pięściami o stół, szeroko rozstawiając łokcie niby wrota.
— Nie kłamiesz?
— Nie.
— Czegóż to Imperator nie uczyni — pochyliła się nagle do przodu i z roztargnieniem przesunęła dłonią po jego policzku. — O Pagórakach słyszałam kiedyś od lokatora… Dokładnie.