Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
Ostatnie dwa tygodnie spędzili ze sobą tu w Saint Pierre jak najwspanialsi kochankowie. Czy była to tylko świadomość nieuchronnego? W końcu cały ten czas przeżyli razem i był to okres naprawdę piękny. Zawsze we dwoje… Wiedząc o nadchodzącym końcu świata, nie zdecydowali się na dzieci.
Opuszczając Europę nie odczuwali lęku. Najwyżej bezbrzeżny smutek. Za dwa tygodnie miała ustać ta mrówcza krzątanina, opustoszeć bulwary i magazyny. Wszystko miało się skończyć.
Na Martynice zapomnieli o zagładzie, wygonili ją gdzieś poza świadomość podczas wesołych dni zabaw, plażowania, nocnych spacerów wśród oszałamiających zapachów i miłości pod kwiatami hibiskusa.
Było jeszcze dość wcześnie. Na opustoszałej brunatnej wulkanicznej plaży leżeli sami. Sami, jeśli nie liczyć ponurej sylwetki wulkanu – mordercy wznoszącej się nad mieściną Saint Pierre. Patrzyli w łamiące się fale i czekali.
Koło południa, daleko na plaży pojawił się drobny przecinek. Przecinek ten rósł i rósł, aby przekształcić się w starszego, utykającego mężczyznę…
– Ależ wybrali sobie państwo miejsce na urlop – powiedział doktor Loser, gdy stanął przy policjantach. – Prawdziwy koniec świata.
– Ma pan jakieś informacje, że Martynika ocaleje? – zapytała Maria.
– Ach ta zapowiadana apokalipsa! – zaśmiał się Loser. – Właściwie powinienem was poinformować od razu. Odwołana!
– Co pan chce przez to powiedzieć? – Martinez zmienił się na twarzy.
– Że na razie jej nie będzie! Można usiąść koło państwa? – nie czekając na pozwolenie, przykucnął obok nich i wydobył z teczki kanapkę. – Jesteście pewnie ciekawi, skąd to wiem? Ze źródła!
Opowieść Losera była dość długa. A sprowadzała się do paru istotnych faktów.
Wynalazku futurofotografii dokonano w USA pod koniec lat osiemdziesiątych, ale bardzo prędko polski agent wywiadu na usługach KGB, za równowartość ceny willi w Bel Air i jachtu na przystani w Santa Monica, wykradł całą dokumentację i przekazał do ojczyzny światowego komunizmu. Tam zbudowano prototyp i zaczęto fotografować przyszłość. Okazało się to interesujące, ale całkowicie nieprzydatne. Przyszłość bowiem dawała się fotografować tylko wariantowo. To znaczy, fotografując przyszłość faceta stojącego przed drzwiami z wyprzedzeniem minuty można było otrzymać fotkę, na której otwiera lub nie otwiera drzwi, potem jak idzie w prawo, w lewo, czy prosto. Każda sytuacja miała swe warianty. Futurofot co prawda fotografował przyszłość, ale we wszystkich możliwych wersjach. Milion któraś przynosiła wizję totalnej zagłady. Ale to był tylko jeden z wariantów i to mało prawdopodobny. Zresztą ta apokaliptyczna wersja doprowadziła do zainteresowania się wywiadów pewnym laboratorium na Bliskim Wschodzie, gdzie bawiono się antymaterią. Sprawę nadano komu trzeba i grupka fachowców z Mossadu wyeliminowała tę alternatywę bardzo szybko. Tymczasem radzieccy analitycy dusili się nadmiarem zdjęć. Eksperyment kosztował miliony dolarów, a praktycznie przydatny był tyle co wróżka. Co gorsza, przedstawiając wszystkie możliwości (niemożliwe do racjonalnego zanalizowania), w istocie nie wybierał żadnej. Nie mylił się, ale cóż począć z futurofotem, który na jedno pytanie o kres Michaiła Gorbaczowa dawał ponad miliard wariantów? A tylko jeden mógł być prawdziwy. Futurofot nie nadawał się nawet przy ruletce. Fotografia wyniku gry dawała dokładnie pięćdziesiąt wariantów. Żeby wycofać choć trochę środków, KGB postanowiło spożytkować zdjęcia w inny sposób. Do badania reakcji ludzi na apokaliptyczne zapowiedzi. Taki był główny sens programu „Foto”, realizowanego przez niezależny zespół w obcym kraju. Miał on odpowiedzieć na pytanie, na ile pokazanie zagrożeń może zmienić postępowanie społeczeństwa? Niektórzy z szefów podupadającej firmy żywili spore nadzieje, że zamęt wywołany fotografiami przyczyni się do uratowania resztek dawnej potęgi mocarstwa. Nadaremnie. Ludzie okazali się odporni. Nie uwierzyli. Zlekceważyli sygnały.
– Dziś Abraham nie znalazłby nawet ćwierć sprawiedliwego we współczesnej Sodomie – zaśmiał się Loser. Nie wybuchła panika ani nie nastąpiły masowe nawrócenia. – A na wyznaczony termin końca świata czekacie tylko wy dwoje.
Martinez uśmiechnął się głupio.
– I dlatego zlikwidowano ten eksperyment naszymi rękami – ciągnął Loser. – A potem imperium zaczęło się kruszyć. Czy ktoś dalej prowadzi program „futorofoto”, czy próbuje go udoskonalić? Nie wiem. Może w USA, może w Chinach? W Rosji i w Europie brak pieniędzy. A swoja drogą, wszystko jest możliwe. Ten wulkan – wskazał głową – jest nieczynny blisko wiek. Ale widziałem zdjęcia z jego świeżym, wybuchem…
Anna i Raul popatrzyli w kierunku stożka… Przez moment zastanawiali się, czy siwy dymek to zapowiedź erupcji, czy praca komina jednej z nielegalnych destylarni rumu usytuowanych na zboczu.
Loser wyciągnął drugą kanapkę. Z tuńczykiem.
Największe zdarzenie od czasów Adama
Można zapytać: kiedy zwariowałem? Kiedy naukowa ciekawość przemieniła się w szaleństwo? Kiedy puściły wszelkie hamulce, znikło poczucie przyzwoitości, normy moralne, czy wreszcie głęboko zakodowany w każdym człowieku lęk przed przekroczeniem bariery ryzyka? Czy mogę złożyć wszystko jedynie na karb emocji, chwilowej desperacji lub też ekshibicjonistycznie wyznać: zawsze o tym marzyłem?
Instytut Nowej Technologii mieścił się wbrew nazwie w bardzo starym gmachu. Niska, wkopana w ziemię budowla musiała pamiętać czasy profesora Freuda lub Alzheimera, choć w jej wieku o pamięć raczej trudno. Inna sprawa, że dla takiego zapaleńca jak ja, warunki nie odgrywały większej roli. Liczył się program, koncepcja, przyszła sława. Nie można tego powiedzieć o personelu pomocniczym, laborantach, sprzątaczkach. Ci młodzi ludzie, pracujący tu tymczasowo lub odbębniający zastępczą służbę wojskową, leserowali za dnia, nocami zaś oddawali występnym orgiom, których ślady były aż nazbyt widoczne nazajutrz. A to chomik zadusił się nałożoną na głowę prezerwatywą albo kompletnie pijane białe myszy pogryzły doświadczalnego kota. Fatalnego piątku, naszym młodym przyjaciołom zabrakło snadź laboratoryjnego szkła (trzymałem je pod kluczem) i użyli probówek umieszczonych na noc w dojrzewarce. Zrobili to po swojemu, tak przynajmniej zeznali. Najpierw przelali roztwór G-6b-23 i C-8-11 do wspólnej zlewki, następnie raczyli się wysokoprocentowym spirytusem z dodatkiem seven-up, wreszcie – nie umywszy probówek – rozlali na powrót zmieszany preparat, a ponieważ mikstura wyglądała zbyt blado i nieco jej się wylało, szef ochrony dosikał do pełna. Rano, nie podejrzewająca niczego Evvi podała płyn naszym chomikom.
– Al, chodź tu szybko – zawołała mniej więcej w godzinę później. – To po prostu niesamowite…
– Co jest niesamowite?
– Reakcja na odczynnik. Trzy samczyki padły, natomiast samiczka, Ketty… Zresztą, sam zobacz.
Wszedłem do wiwarium i wziąwszy chomika do ręki, zgłupiałem. Ketty, wczoraj dorodna samica, zamieniła się w jeszcze dorodniejszego samca.
Pięciokrotne przesłuchanie personelu pozwoliło mi z grubsza ustalić przebieg wydarzeń. Nawiasem mówiąc, wypłaciłem im premie za pracę w nadgodzinach, ale na wszelki wypadek zwolniłem. Cóż, przypadkiem dokonali odkrycia, nad którym głowiłem się od lat, a doktor Schilling chyba nawet nie wierzył w możliwość powodzenia.