Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]
Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]

Электронная книга - «Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]». Краткое содержание книги:

Czternastoletni Hissume, towarzysz lorda Valentine'a z czasów wyprawy, która miała na celu odzyskanie tronu koronala władającego ogromnym światem Majipooru, urozmaica sobie monotoną pracę w archiwach Labityntu nielegalnymi wyprawami do Rejestru Dusz.
Dzięki specjalnym urządzeniom do odtwarzania myslowych zapisów można tam przeżyć to, czego kiedyś doświadczały miliony rozumnych istot zamieszkujacych planetęprzez kilkanaście tysięcy lat. Wcielająca się na krótko w rozmaite postacie — władców, bohaterów, a także zwykłych mężczyzn i kobiet — Hissume w ciągu czterech lat zdobyła doswiadczenie, które pozwoli mu zrozumieć Majipoor…
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 83
Перейти на страницу:

Co teraz?

Drżąc, pocąc się, czując suchość w gardle, Haligome zamknął okno i opadł na kanapę. Nie miał pojęcia, co powinien teraz zrobić. Zgłosić się do władz? Przyznać się do zbrodni, poddać się i iść do więzienia — czy gdzie tam wysyła się zbrodniarzy? Nie był na to przygotowany. Czytał historie o zbrodniach i o karach, stare mity, dawne baśnie, lecz z tego, co wiedział, mordercy wymarli na Majipoorze dawno, dawno temu, a mechanizmy ich wykrywania i karania zardzewiały i rozpadły się w pył. Czuł się zabytkiem, czuł się człowiekiem pierwotnym. Znał słynną opowieść o kapitanie pewnej nieszczęsnej ekspedycji na Morze Zewnętrzne, który zrzucił z pokładu członka załogi, kiedy ten kogoś zabił. Haligome nie potrafił uwierzyć w takie szaleńcze i nieprawdopodobne opowieści. Lecz teraz, bezmyślnie i bez najmniejszego wysiłku, on sam stał się postacią z takiej legendy, potworem, który odebrał życie bliźniemu. Wiedział, że w jego życiu wszystko się zmieniło.

Przede wszystkim powinien opuścić gospodę. Jeśli ktoś widział wypadającego przez okno Gleima — co było mało prawdopodobne, budynek przylegał do brzegu rzeki, Gleim wypadł przez okno od tyłu i woda wciągnęła go niemal natychmiast — to jacyś przedstawiciele prawa pojawią się tu zaraz, nie ma wiec sensu na nich czekać. Haligome spakował szybko swą niewielką torbę, sprawdził, czy w pokoju nie pozostało nic należącego do Gleima, i zszedł na dół. Recepcjoniście, Hjortowi, oświadczył:

— Chcę zapłacić rachunek.

Wysiłkiem woli zmusił się do milczenia. Nie czas na błyskotliwe odżywki, które ułatwiłyby Hjortowi zidentyfikowanie go. Zapłać rachunek i wynoś się jak najszybciej, powiedział do siebie. Czy Hjort widział, jak gość ze Stee wchodzi do jego pokoju? Cóż, jeśli nawet tak, to szybko zapomni i gościa ze Stee, i jego samego, jeśli tylko Haligome nie uczyni nic, co pomogłoby Hjortowi go zapamiętać. Recepcjonista przygotował rachunek, Haligome wręczył mu pieniądze, usłyszał automatyczne: „Proszę nas znów odwiedzić”, odpowiedział w sposób równie standardowy — i już był na ulicy, szybkim krokiem oddalając się od rzeki. Wiał od niej silny, słodki wiatr. Słońce świeciło mocno, było ciepło. Lata minęły od czasu, gdy Haligome był w Vugel po raz ostatni, i w innych okolicznościach chętnie poświęciłby parę godzin, by odwiedzić słynny Plac Klejnotów, obejrzeć znane freski wykonane techniką psychoobrazu wraz z resztą lokalnych cudów, ale nie była to odpowiednia chwila, żeby bawić się w turystę. Pośpieszył na dworzec i kupił bilet w jedną stronę do Stee.

W podróży wokół zboczy Zamkowej Góry towarzyszyły mu strach, niepewność i poczucie winy.

Uspokoił się, gdy ujrzał znajome, niewiarygodnie rozległe przedmieścia gigantycznego Stee. Dom oznaczał bezpieczeństwo. Z każdym dniem, w miarę jak zbliżał się do centrum, stawał się coraz spokojniejszy. Oto ogromna rzeka, od której miasto wzięło swą nazwę, spływająca z Góry zaskakująco bystrym nurtem. Oto gładkie, lśniące fasady Gmachów Nadbrzeżnych, wysokich na czterdzieści pięter i długich na kilometry, oto Most Kinnikena, Wieża Thimina, oto Pole Wielkich Kości. Dom! Niesłychana żywotność i siła Stee, której doświadczył podróżując z dworca do domu na przedmieściach, podtrzymała go na duchu. Z pewnością tu, w mieście, które miało szansę stać się największe na Majipoorze — mieście stale rozrastającym się dzięki staraniom pochodzącego stąd Koronala Lorda Kinnikena — będzie bezpieczny, uchroni się przed mrocznymi konsekwencjami szalonego czynu popełnionego w Vugel, niezależnie od tego, jakie miałyby to być konsekwencje. Uściskał żonę, dwie młodsze córki oraz wysokiego, silnego syna. Rodzina z pewnością dostrzegła jego zmęczenie i napięcie, potraktowano go bowiem z aż przesadną delikatnością, jakby po powrocie z podróży zrobił się kruchy i wrażliwy. Przynieśli mu wino, fajkę i kapcie, krzątali się wokół niego, nie zadawali żadnych pytań, za to zasypali lokalnymi ploteczkami. Przy kolacji Haligome oznajmił:

— Mam wrażenie, że załatwiłem z Gleimem wszystko. Sądzę, że jest nadzieja na szczęśliwe rozwiązanie naszych problemów.

I sam prawie w to uwierzył.

Czy da się w jakiś sposób udowodnić mu to morderstwo, jeśli po prostu będzie milczał? Wątpił, by istnieli jacyś świadkowie. Władze bez problemu mogłyby ustalić, że on i Gleim zgodzili się na spotkanie w Vugel, na neutralnym gruncie, celem przedyskutowania rozbieżności w ocenie pewnych problemów w interesach, lecz co dalej? „Zjedliśmy lunch, wypiliśmy sporo wina, doszliśmy do porozumienia, a potem poszedłem sobie. Kiedy odchodziłem, sprawiał wrażenie mocno podpitego”. I biedny Gleim, zarumieniony, z żołądkiem pełnym mocnego wina z Muldemar, pewnie zbytnio wychylił się z okna, może chciał obejrzeć sobie jakąś piękną arystokratyczną damę, zażywającą przejażdżki po rzece… Nie, nie, niech sami się nad tym zastanawiają, powiedział sobie Haligome. „Spotkaliśmy się na lunchu, doszliśmy do porozumienia, a potem odszedłem” — i nic ponadto. Któż może udowodnić, że było inaczej?

Następnego dnia poszedł do biura i zajął się interesami, jakby w Vugel nie zdarzyło się nic szczególnego. Nie mógł pozwolić sobie na luksus rozważania w kółko sprawy morderstwa. Miał kłopoty, niemal zbankrutował, zaciągnął zbyt wielkie pożyczki, stosunki z głównymi klientami nie układały się najlepiej. A wszystko przez Gleima. Jeśli raz sprzedasz towar kiepskiej jakości, masz kłopoty przez bardzo długi czas i nikogo nie obchodzi, że jesteś niewinny. Bez rekompensaty od Gleima — i nie mogąc już na nią liczyć — jedynym wyjściem, jakie widział przed sobą Haligome, była ciężka praca, próba odbudowania zaufania klientów, których zaopatrywał w maszyny precyzyjne, i powstrzymywanie wierzycieli do czasu, aż sprawy ułożą się lepiej.

Trudno było mu nie myśleć o Gleimie. W ciągu pierwszych kilku dni jego imię pojawiało się często i za każdym razem Haligome musiał czynić wysiłki, by ukryć swoją reakcję. Wszyscy wokół wydawali się rozumieć, że Gleim zrobił z niego durnia, i wszyscy starali się okazać mu sympatię. Samo to już dodawało mu odwagi. Lecz każda rozmowa wydawała się obracać wokół Gleima — skąpstwa Gleima, sprytu Gleima, bezwzględności Gleima — i Haligome ciągle czuł się wyprowadzony z równowagi. Imię Gleima oblegało go ze wszystkich stron. „Gleim!” — mówił ktoś, i Haligome sztywniał. „Gleim!” — i napinały mu się mięśnie policzków. „Gleim!” — i chował za siebie dłonie, jakby można było po nich poznać, że należą do mordercy. Wyobrażał sobie, jak po prostu ze zmęczenia wyjawia któremuś klientowi: „Zabiłem go, wie pan? Wypchnąłem go z okna gospody w Vugel”. Jak łatwo byłoby mu wypowiedzieć te słowa, gdyby choć na chwilę się zapomniał!

Myślał o oczyszczającej duszę pielgrzymce na Wyspę. Ale nie teraz, może później, teraz każdą chwilę musiał poświęcić interesom, inaczej jego firma upadnie, a rodzina będzie żyła w ubóstwie. Myślał także o wyjawieniu wszystkiego władzom i o dojściu z nimi do porozumienia, które pozwoli mu dokonać jakiegoś zadośćuczynienia za morderstwo bez konieczności wycofania się z interesów. Grzywna? Ale jak teraz mógłby pozwolić sobie na grzywnę? I czy skończyłoby się tylko na tym? Ostatecznie Haligome nie zrobił nic, próbował tylko zapomnieć o morderstwie. Przez jakiś tydzień czy dziesięć dni myślał nawet, że może mu się to udać. A potem nadszedł pierwszy sen.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 83
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)