Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-86868-07-4
- Переводчик: Krzysztof Sokolowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]». Краткое содержание книги:
Dzięki specjalnym urządzeniom do odtwarzania myslowych zapisów można tam przeżyć to, czego kiedyś doświadczały miliony rozumnych istot zamieszkujacych planetęprzez kilkanaście tysięcy lat. Wcielająca się na krótko w rozmaite postacie — władców, bohaterów, a także zwykłych mężczyzn i kobiet — Hissume w ciągu czterech lat zdobyła doswiadczenie, które pozwoli mu zrozumieć Majipoor…
Pewnego deszczowego popołudnia wyszedł, by sprawdzić pułapki, a kiedy wrócił po godzinie, od razu wiedział, że stało się coś złego. Gdy zbliżył się do chaty, wyszło z niej czterech Metamorfów. Wśród nich musiała być Sarise, nie potrafił jej jednak rozpoznać. „Czekajcie!” — krzyczał, gdy znikali mu z oczu. Próbował biec za nimi. „Czego od niej chcecie? Puśćcie ją! Sarise! Sarise? Kim oni są, czego chcą od nas?”
Tylko na chwilę jeden z Metamorfów zmienił się, przez moment Nismile widział dziewczynę o kasztanowatych włosach — i znów było tylko czterech Zmiennokształtnych, uciekających w głąb dżungli. Padał ulewny deszcz. W gęstej mgle nic już nie było widać. Nismile zatrzymał się na skraju polany, rozpaczliwie próbując usłyszeć coś przez szum ulewy i strumienia. Wydawało mu się nawet, że słyszy szloch; wyobraził sobie, że dobiegł go krótki krzyk bólu, lecz mogły być to zwykłe leśne odgłosy. Ścigać się wśród mgły z Metamorfa-mi było przedsięwzięciem beznadziejnym.
Nigdy więcej nie zobaczył Sarise ani żadnego innego Metamorfa. Przez pewien czas pocieszał się nadzieją, że spotka Zmiennokształtnych w lesie, że zabiją go swymi krótkimi sztyletami z polerowanego drewna. Pragnął tego, ponieważ ciężar samotności był już nie do zniesienia. Lecz nie nastąpiło nic aż tak dramatycznego. Okazało się, że obejmuje go swego rodzaju kwarantanna, że odcięty jest nie tylko od Sarise — jeśli Sarise jeszcze żyła — lecz od całej społeczności Metamorfów. Nie potrafił mieszkać dłużej na polanie przy strumieniu. Zwinął więc jej portrety, rozebrał chatę do ostatniego pręta i rozpoczął długi, trudny powrót do cywilizacji. Na tydzień przed swymi pięćdziesiątymi urodzinami dotarł do podnóży Zamkowej Góry. Podczas jego nieobecności, jak stwierdził, Lord Thraym został Pontifexem, a Koronalem mianowano Lorda Vildivara, niezbyt ceniącego sztukę. Nismile wynajął pracownię nad brzegiem Stee i znów malował. Pracował wyłącznie z pamięci; malował ciemne, niespokojne sceny z życia dżungli, często ukazujące Metamorfów ukrytych wśród drzew na pierwszym planie. Nie był to ten rodzaj malarstwa, który mógł liczyć na popularność w pogodnym, słonecznym świecie Majipooru, i początkowo Nismile niewiele sprzedawał. Jednak po pewnym czasie jego płótna zainteresowały księcia Quraina, którego znudziły słoneczny wdzięk i bezbłędne proporcje. Dzięki patronatowi księcia dzieła Nismile'a znów stały się modne i pod koniec życia bez trudu znajdował kupców na to, co namalował.
Naśladowano go powszechnie, choć bez powodzenia. Jego malarstwo stało się przedmiotem wielu krytycznych esejów, on sam zaś — bohaterem licznych biografii.
— Pańskie dzieła są tak niespokojne, tak zdumiewające — powiedział mu kiedyś pewien badacz. — Czy stworzył pan metodę pracy na podstawie snów?
— Pracuję wyłącznie z pamięci.
— Bolesnej pamięci, jeśli wolno zgadywać.
— Wręcz przeciwnie — odpowiedział Nismile. — Wszystkie moje prace powstały po to, by przypomnieć mi chwile radości, czas, gdy kochałem, najszczęśliwszy i najcenniejszy okres mego życia.
Ponad ramieniem gościa patrzył w mgłę, gęstą i miękką jak wełna, kłębiącą się wśród wysokich drzew, splecionych pajęczą siecią pnączy.
ZBRODNIA I KARA
Ta przygoda przypomniała Hissunemu pierwszą wizytę w Rejestrze Dusz. Powtórzenie historii Thesme i Ghayroga, kolejny romans w dziczy, miłość człowieka i nie-człowieka. Jednak podobieństwa tych dwóch opowieści byty wyłącznie powierzchowne, bowiem obie dotyczyły zupełnie innych ludzi, postawionych wobec zupełnie innych okoliczności. Hissune miał nadzieję, że dobrze zrozumiał Theriona Nismile, którego dzielą, o czym już wiedział, nadal wiszą w galeriach Zamku Lorda Valentina. Lecz Metamorfowie ciągle stanowili dla niego tajemnice — taką samą, jaką byli dla Nismile'a. Przejrzał indeks, poszukując nagrań przeżyć Metamorfów. Nie zdziwił się, kiedy nie znalazł ani jednego. Czy Zmiennokształtni nie chcieli się nagrywać, czy też urządzenie nie było w stanie zarejestrować pracy ich mózgów, a może nagrań nieprzyjęta do archiwum? Hissune nie znał odpowiedzi na te pytania i nie potrafił ich znaleźć. Trzeba poczekać, pomyślał, z czasem dowiem się wszystkiego. A na razie tyle mam jeszcze do zbadania. Na przykład, w jaki sposób osiąga swoje cele Król Snów f Przez tysiące lat Barjazidowie nawiedzali śpiące umysły zbrodniarzy, lecz Hissune nie wiedział, co właściwie z nimi czynili. Zaczął studiować archiwa i w niedługim czasie los pozwolił mu poznać duszę zbrodniarza, która w sposób nieudolny została umieszczona w ciele handlarza z miasta Stee…
Zdumiewająco łatwo przyszło mu popełnić morderstwo. Mały Gleim stał przy otwartym oknie w niewielkim pokoju na pięterku gospody w Vugel, gdzie zgodził się spotkać z Haligomem. Nie potrafili się dogadać. Haligome poprosił, by Gleim raz jeszcze rozważył całą sprawę. Gleim wzruszył ramionami i powiedział:
— Marnujesz swój i mój czas. Nie sądzę, żebyś zdołał cokolwiek udowodnić.
W tamtej chwili Haligome był całkowicie pewien, że to Gleim i tylko Gleim stoi między nim a spokojnym, dostatnim życiem, na które on, Haligome, tak ciężko pracował. To Gleim jest jego wrogiem, jego prześladowcą, jego nemezis. Podszedł do niego tak spokojnie, że nie wzbudził najmniejszego podejrzenia, i jednym silnym ruchem wypchnął go przez okno.
Gleim sprawiał wrażenie zdumionego. Przez zaskakująco długą chwilę wisiał nieruchomo w powietrzu, a potem zaczai spadać ku bystrej rzece, płynącej tuż obok gospody, wpadł do niej z ledwie słyszalnym pluskiem i woda poniosła go ku dalekiej Zamkowej Górze. Błyskawicznie znikł z oczu Haligome'a.
Haligome spojrzał na swoje ręce, jakby przed sekundą wyrosły mu z ramion. Nie potrafił uwierzyć, że zrobił to, co zrobił. Przed oczami znów miał tę scenę: podchodzi do Gleima — zdumiony Gleim zawisa w powietrzu — Gleim znika w ciemnym nurcie rzeki. Prawdopodobnie już nie żyje, a jeśli żyje, umrze za minutę, może za kilka minut. Haligome zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później ktoś odnajdzie ciało na jakiejś kamienistej plaży w Canziliane lub Perimori, że zostanie ono zidentyfikowane jako ciało handlarza z Gimkandale, zaginionego przed tygodniem czy przed dziesięciu dniami… Czy jednak władze będą miały jakikolwiek powód, by podejrzewać, że Gleim został zamordowany? Morderstwo to zbrodnia rzadka na Majipoorze. Mógł wpaść do rzeki przypadkiem. Mógł popełnić samobójstwo. Nawet jeśli uda się im udowodnić — jedna Bogini wie, jak — że Gleim zginął z czyjejś ręki, to czy zdołają dojść, że został wypchnięty z okna gospody w Vugel przez Sigmara Haligome'a z miasta Stee? Nie zdołają — upewnił się Haligome. Ale w najmniejszym stopniu nie zmienia to prawdy, a prawda jest taka, że Gleim został zamordowany i że to on jest mordercą.
Mordercą? Słowo to zdumiało Haligome'a. Nie przybył tu zamordować Gleima, tylko się z nim rozmówić, lecz negocjacje od początku skazane były na klęskę. Gleim, drobny, schludny człowieczek, zdecydowanie odmówił przyjęcia odpowiedzialności za niesprawne urządzenia, twierdząc, że wina leży całkowicie po stronie inspektorów Haligome'a. Nie miał zamiaru wypłacić ani grosza, nie okazał nawet odrobiny sympatii dla tragicznej sytuacji finansowej, w której znalazł się jego rozmówca. Po tej ostatniej, kategorycznej odmowie jego postać w oczach Haligome'a zaczęła się rozrastać aż przesłoniła cały horyzont; Gleim stał mu się tak nienawistny, że Haligome myślał już tylko o tym, jak się go pozbyć, niezależnie od ceny, którą przyjdzie mu za to zapłacić. Gdyby tylko, choć przez moment, zastanowił się nad tym, co właściwie ma zamiar zrobić i jakie będą tego konsekwencje, oczywiście nie wypchnąłby go za okno. W Haligome nie było nic z mordercy. Lecz nie zastanowił się nawet przez moment, a teraz Gleim zginął, a życie Haligome'a w jakiś koszmarny sposób zmieniło się całkowicie: nie był już handlarzem, zajmującym się precyzyjnymi instrumentami, lecz mordercą. Taka nagła, dziwna, przerażająca odmiana!