Żelazna rada [Iron Council - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-352-3
- Переводчик: Tomasz Bieron
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żelazna rada [Iron Council - pl]». Краткое содержание книги:
Skutki? Nie ma spowolnienia tempa robót ani protestów, nie dzieje się nic oprócz tego, że wzbiera gniew, który zbyt długo był tłumiony. Tunelowcy kują, a nowi przybysze ścinają drzewa, żeby zrobić z nich kiepskiej jakości podkłady.
Jeden z tunelowców zostaje ranny — kiedy ktoś stale używa czarnego prochu, musi liczyć się z takim ryzykiem, ale on reaguje takim oburzeniem, jakby to był pierwszy tego typu wypadek.
— Patrzcie — mówi, pokazując zakrwawioną dłoń. Czerwony kolor jaskrawo odcina się od białego kurzu, który pokrywa mężczyznę. — Wjebali nas do tego tunelu, żebyśmy tutaj wykitowali.
Tego wieczoru Judasz schodzi do doliny, w której spotykają się mężczyźni spółkujący z mężczyznami. Kiedy stamtąd wraca, czeka na niego Grubogoleń.
— Jest zebranie — mówi. — Nie u nas, tylko u nich. — Pokazuje na światła w wieży strzelniczej wiecznego pociągu. — Musimy się namyślić. Wysyłają do tyłu jeźdźców z informacją dla Wrightby’ego, żeby jak najprędzej przysłał pieniądze.
Następnego dnia dochodzi do bójki na kafary między dwoma kaktusami. Nadzorcy mogą się tylko przyglądać, jak te wegetatywne kolosy miażdżą sobie nawzajem kości z włókna roślinnego.
— Coś wisi w powietrzu — mówi Ann-Hari do Judasza. Siedzą na poczerniałej, kamiennej platformie, która pękła od ognia, zimnej wody i uderzeń młota najsilniejszego z przetworzonych. — Dziewczyny się boją.
Przy wejściu do tunelu leży kilka ręcznie napisanych egzemplarzy „RR”. Każdego dnia, każdej nocy gniew znajduje swoje ujście w bójce albo jakimś akcie wandalizmu, ktoś rozbija reflektor wiecznego pociągu albo wydrapuje w farbie wulgaryzmy.
Niwelatorzy zbierają się codziennie rano i odmawiają przejścia na drugą stronę wąwozu. Brygadziści znajdują dla nich inną pracę. Niwelatorzy nie strajkują, tylko odmawiają wykonywania swojego podstawowego zadania. Zgadzają się zamiatać odłamki skalne w tunelu czy nosić narzędzia, ale przekroczenie wąwozu oznaczałoby rozpoczęcie budowy ostatniego odcinka linii kolejowej do położonego Ponad sto pięćdziesiąt kilometrów dalej Cobsea. A tego nie zrobią. Nie zrobią tego, póki żelazna droga wstrzymuje im wypłatę ciężko zarobionych pieniędzy. Byłaby to kapitulacja.
Jest noc. Wzdłuż pociągu i w ciemnościach tunelu płoną ogniska. Wędrowne gwiazdy jasno świecą, spacerując obok swoich stacjonarnych kuzynek. Judasz zrobił golema z ostów.
— Co to jest?
Judasz podnosi wzrok. Ludzie się gapią, wchodzą na skałę. Poruszają się małymi, szarpanymi krokami jak pociągane za sznurki marionetki.
— Co się dzieje? — docieka Judasz, ale mężczyzna, któremu zadał to pytanie, pokazuje tylko do góry i krzyczy:
— Patrzcie, patrzcie! Chodźcie, jest!
Zza grzbietu wzgórza spływa jakaś melodia, jakby krzaki i kamienie dostały głos i śpiewały jakiś aberracyjny hymn. Ludzie wchodzący na zbocze zaczynają krzyczeć i wracać, uruchamiając lawinę kamyków. Przewracający się ludzie wpadają na kolegów. Judasz przytrzymuje się korzeni i nie traci równowagi.
Rozedrgany śpiew, chorał wystraszonej przyrody, jest głośny. Nad Judaszem wisi pająk. Nie, to nie pająk, za duży, rozmiarów drzewa, grubego drzewa z gałęziami rozchodzącymi się idealnie symetrycznie, to nie może być pająk, ale to jest pająk, o wiele większy od największego człowieka.
— Tkacz.
— Tkacz.
Wypowiedzieli to słowo. Ich głosy przekroczyły granicę strachu, zgroza odarła je z wszelkiej tonalności.
Tkacze. Pająki, które nie są bogami, ale prawie, mają zupełnie inny status ontologiczny od ludzi i zwierząt, są od nich znacznie bardziej oddalone niż obce rasy, niż demony, niż archony, ich moc, ich motywy, ich sens istnienia jest nieprzenikniony jak żelazo. Stworzenia, które walczą, mordują, umierają i tak wszystko przerabiają, aby odpowiadało ich wyobrażeniom o pięknie, o misterności sieci, która jest całym uniwersum, splotem nici nacechowanym spiralną symetrią wykraczającą poza granice tego, co możliwe.
W głowie Judasza rozbrzmiewają piosenki o Tkaczach. Rymowanki grozy dla dzieci:
Purnonsens, pantomimowe błazeństwa. Patrząc na to stworzenie, które emanuje quasi-światłem, Judasz wie, że te piosenki są nieskończenie małymi drobinami głupoty.
Tkacz zawisł w skomplikowanym bezruchu. Cielsko smoliście czarne, kula wyciągnięta w łzę, z głową pochłaniającą cały blask wokół siebie. Cztery długie odnóża zakończone sztyletami stóp, cztery krótsze wyżej sprawiają wrażenie, jakby wisiały na niewidzialnej sieci. Jest długi na trzy, może cztery metry, a teraz — co to? — obraca się powoli, nieznacznie i świat jest jakby schwytany w pajęczą sieć. Judasz czuje szarpnięcie, znak, że Tkacz zaprzągł do siebie świat za pomocą nici, które wytwarza podczas obrotu.
Z ust Judasza dobywa się nieartykułowany, gardłowy dźwięk, wyrwany przez niewidzialne nici Tkacza. Jest to forma kultu.
Na całym zboczu kolejarze stoją sparaliżowani tym spektaklem. Niektórzy próbują uciec, paru idiotów podpełza bliżej, ale większość, do której należy Judasz, stoi bez ruchu i patrzy.
— Nie dotykać, nie zbliżać się, to jest Tkacz, do cholery! — krzyczy ktoś z dołu.
Skały nadal śpiewają. Teraz dołącza do nich Tkacz.
Jego głos wychodzi spod kamieni. Jego głos jest wibracją w pyle.
… JEDEN I JEDEN I JEDEN I DWA I CZERWONY CZERWONO-CZARNY CZERWONO-NIEBIESKI CZARNY PRZEZ KANION DRUCIANY WŁOK CIACH ROZCIĘCIE WYDECH ROZWARCIE LEGAT I KONSTRUKT MOJE WIĘZI MOJE OCZY DZIECI MILSZE JAKIE KAMIENNE CIĘCIE I PYLNY BĘBEN TY BRZMISZ POWOLNIAK PUŁAPKA POTRZASK DLA RYTMU W NARZĘDZIU I KAMIENIU…
Głos z czasem staje się coraz donośniejszy, kamyczki na zboczu tańczą do taktu.
… JEDZ MUZYKĘ JEDZ DŹWIĘK PCHAJ PULS PULS I LOGUM MAGIA…
Myśli i faktury rzeczy są chwytane jak ryby w sieć i wciągane w Tkacza.
…ROZKRUSZ I SCAL ZATROSZCZ SIĘ ODKRUSZ CO JEST WCZEŚNIEJ ODKRUSZ TWOJE IMIĘ JEST RAKAMADEVA SKAŁA MÓJ DEMON WZDRYGNIJ SIĘ SUŃ KU TEMU CO BĘDZIE TWĄ BUDOWLĄ…
Tkacz wciąga wszystkie swoje ramiona i delikatnie opada odkręcony od swojej zawieszonej w powietrzu osi obrotu. Nadal zasysa resztki światła i pęcznieje, jakby światło było jedyną realną substancją. Judasz, ziemia, na której stoi, ażurowe drzewa, których się przytrzymuje — wszystko to są obrazy z dawnych czasów, wyblakłe od słońca, maszeruje po nich energiczny pająk.
Tkacz kolejno unosi nogi w podniesionym do ósmej potęgi balecie, tanecznym krokiem zmierza na krawędź wąwozu, wyprani z kolorów ludzie podążają za nim. Odwraca figlarnie głowę, aby spojrzeć na nich konstelacją oczu podobnych do czarnych jajeczek. Za każdym razem, kiedy to robi, ludzie zastygają, a potem ruszają znowu, jakby byli do niego uwiązani.
Prześlizguje się nad krawędzią wąwozu. Podbiegają, żeby popatrzeć, jak pajęczak z gracją dziewczyny w szpilkach schodzi po pionowej skarpie. A raczej zbiega, wielki, groteskowy kształt po chwili jest już przy korzeniach mostu, dźwigarach wyskakujących ze skały w połowie wysokości skarpy. Jednym susem, pomijając przestrzeń pomiędzy, Tkacz znajduje się na szkielecie konstrukcji. Zaczyna wirować, zamienia się w pozbawione obwodu koło — z tej odległości niewielkie — i jedzie po dźwigarach, na których za dnia wiszą prze-tworzone mostowe małpy.
…I ŁAM I ŁAM… — głos rozbrzmiewa tak głośno, jakby Tkacz był tuż koło Judasza. — …PRZYJ TRZYJ CZEKAJĄ ODDECH TRZYMAJĄC I OCIEKAJĄC NA TWOJĄ INTERWENCJĘ DEMONY RUCHU UNIESIENIA CYTOWANIA PRZYTACZAJĄ BUDOWA WIEŻA WESTCHNĄĆ WKRÓTCE ZAWRÓCIĆ GWIAZDA I CZYSTY JESTEŚ I JESTEŚ BEZPIECZNY Z CZASEM Z DALA OD RÓWNIN PAROWY CZŁOWIEK… Tkacz znika i w oczy Judasza ponownie wlewa się nikłe światło nocy. Tkacza nie ma, ale upływa wiele chwil, zanim kolejarze wpatrzeni w pająkokształtną nieobecność na moście odwracają się i odchodzą. Ktoś zaczyna płakać.