Miecz przeznaczenia
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #2
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-037-6
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miecz przeznaczenia». Краткое содержание книги:
Sapkowski zawładnie Waszą wyobraźnią i marzeniami.
To nie jest cykl opowiadań, to cały świat!
Literacki fenomen lat dziewięćdziesiątych!
Nowe Książki
Andrzej Sapkowski jest pisarzem formatu Tolkiena, choć odeń różnym, bo zdecydowanie bliższym współczesności i obdarzony gorętszym słowiańskim temperamentem.
Czytając Sapkowskiego jesteśmy zarazem gdzieś w świecie Tolkiena, na seansie u przeinaczonego Disneya, w średniowieczu, u Sienkiewiczowskiego Zagłoby, na seminarium ekonomicznym, w krainie ponurych pogańskich obrzędów, w przemalowanej na baśniową scenerii z czarnego kryminału.
Polityka
— Agloval już wie — powiedziała. - Widziano was, powracających, a Drouhardowa, gdy zobaczyła krew na schodach, poleciała na plotki. Naród kopnął się ku skałom w nadziei, że fale coś wyrzucą, kręcą się tam do tej pory, ale, o ile wiem, niczego nie znaleźli.
— I nie znajdą — rzekł wiedźmin. - Do Aglovala wybiorę się jutro, ale uprzedź go, jeśli możesz, by zabronił ludziom kręcić się koło Smoczych Kłów. Tylko ani słowa, proszę, o tych schodach ani o Jaskrowych fantazjach o mieście Ys. Zaraz znaleźliby się poszukiwacze skarbów i sensacji i padłyby nowe trupy…
— Nie jestem plotkarką — Essi nadąsała się, gwałtownie odrzuciła lok z czoła. - Jeżeli cię o coś pytam, to nie po to, by natychmiast biec z tym pod studnię i rozpowiadać praczkom.
— Przepraszam.
— Muszę wyjść — zakomunikował nagle Jaskier. - Umówiłem się z Akerettą. Geralt, biorę twój kubrak, bo mój jest nieludzko uświniony i ciągle jeszcze mokry.,
— Wszystko tu jest mokre — rzekła z przekąsem Oczko, z odrazą trącając czubkiem trzewiczka porozrzucane części odzieży. - Jak tak można? To trzeba rozwiesić, porządnie wysuszyć… Jesteście okropni.
— Samo wyschnie — Jaskier naciągnął wilgotną kurtkę Geralta i z lubością przyjrzał się srebrnym ćwiekom na rękawach.
— Nie pleć. A to, co to jest? No nie, ta torba ciągle jeszcze pełna jest szlamu i wodorostów! A to… Co to takiego? Pfuj!
Geralt i Jaskier w milczeniu przyglądali się kobaltowe niebieskiej skorupie trzymanej przez Essi dwoma palcami. Zapomnieli. Małż był lekko otwarty i wyraźnie cuchnął.
— To prezent — powiedział trubadur, wycofując się ku drzwiom. - Jutro są twoje urodziny, prawda, Pacynko? No, to to jest prezent dla ciebie.
— To?
- Ładna, prawda? — Jaskier poniuchał i dodał szybko. - To od Geralta. To on dla ciebie wybrał. Och, już późno. Bywajcie…
Po jego wyjściu Oczko milczała przez chwilę. Wiedźmin patrzył na śmierdzącego małża i wstydził się. Za Jaskra i za siebie.
— Pamiętałeś o moich urodzinach? — spytała wolno Essi, trzymając muszlę daleko od siebie. - Naprawdę?
— Daj mi to — rzekł ostro. Wstał z siennika, chroniąc zabandażowaną rękę. - Przepraszam cię za,tego idiotę…
— Nie — zaprotestowała, wyciągając mały nożyk z pochwy przy pasku. - To rzeczywiście ładna muszelka, zachowam ją na pamiątkę. Trzeba ją tylko umyć, a przedtem pozbyć się… zawartości. Wyrzucę oknem, niech zjedzą koty.
Coś stuknęło o podłogę, potoczyło się. Geralt rozszerzył źrenice i zobaczył to coś znacznie wcześniej niż Essi.
To była perła. Pięknie opalizująca i połyskliwa perła blado błękitnej barwy, wielka jak spęczniało ziarnko grochu.
— Bogowie — Oczko dostrzegła ją również. - Geralt… Perła!
— Perła — zaśmiał się. - A więc jednak dostałaś prezent, Essi. Cieszę się.
— Geralt, ja nie mogę jej przyjąć. Ta perła warta jest…
— Jest twoja — przerwał jej. - Jaskier, chociaż zgrywa głupka, naprawdę pamiętał o twoich urodzinach. Naprawdę chciał sprawić ci radość. Mówił o tym, mówił głośno. Cóż, los usłyszał i spełnił, co należało.
— A ty, Geralt?
— Ja?
— Czy ty.. Też chciałeś sprawić mi radość? Ta perła jest taka piękna… Musi być ogromnie wartościowa… Nie żałujesz?
— Cieszę się, że ci się podoba. A jeżeli żałuję, to tego, że była tylko jedna. I tego, że…
— Tak?
- Że nie znam cię tak długo jak Jaskier, tak długo, żeby móc wiedzieć i pamiętać o twoich urodzinach. Żeby móc dawać ci prezenty i sprawiać ci radość. Żeby móc… nazywać cię Pacynką.
Zbliżyła się i nagle zarzuciła mu ręce na szyję. Zręcznie i szybko uprzedził jej ruch, umknął przed jej ustami, pocałował chłodno w policzek, obejmując ją zdrową ręką, niezręcznie, z rezerwą, delikatnie. Czuł, jak dziewczyna sztywnieje i cofa się powoli, ale tylko na długość rąk, wciąż spoczywających na jego ramionach. Wiedział, na co czeka, ale nie zrobił tego. Nie przyciągnął jej do siebie.
Essi puściła go, odwróciła się w stronę uchylonego, brudnego okienka.
— Oczywiście — powiedziała nagle. - Ledwie mnie znasz. Zapomniałam, że ty ledwie mnie znasz…
— Essi — rzekł po chwili milczenia. - Ja…
— Ja też ledwie cię znam — wybuchnęła, przerywając mu. - I co z tego? Kocham cię. Nic na to nie mogę poradzić. Nic.
— Essi!
— Tak. Kocham cię, Geralt. Jest mi wszystko jedno, co pomyślisz. Kocham cię od momentu, w którym cię zobaczyłam, tam, na zaręczynowym przyjęciu…
Zamilkła, opuściła głowę.
Stała przed nim, a Geralt żałował, że to ona, a nie rybiooki z szablą ukrytą pod wodą. Z rybiookim miał szansę. Z nią nie.
— Nic nie mówisz — stwierdziła fakt. - Nic, ani słowa. Jestem zmęczony, pomyślał, i cholernie słaby. Muszę usiąść, ćmi mi się w oczach, straciłem trochę krwi i nic nie jadłem… Muszę usiąść. Przeklęta izdebka, pomyślał, oby spłonęła w czasie najbliższej burzy, trafiona piorunem. Przeklęty brak mebli, dwóch głupich krzeseł i stołu, który dzieli, przez który tak łatwo i bezpiecznie się rozmawia, można nawet trzymać się za ręce. A ja muszę usiąść na sienniku, muszę poprosić ją, by usiadła przy mnie. A wypchany grochowinami siennik jest niebezpieczny, stamtąd nie można się niekiedy wywinąć, wykonać uniku…
— Usiądź przy mnie, Essi.
Usiadła. Z ociąganiem. Taktownie. Daleko. Za blisko.
— Kiedy się dowiedziałam — szepnęła, przerywając długie milczenie — gdy usłyszałam, że Jaskier przywlókł cię, pokrwawionego, wybiegłam z domu jak szalona, gnałam na oślep, na nic nie zwracając uwagi. I wtedy… Wiesz, o czym pomyślałam? Że to magia, że rzuciłeś na mnie urok, potajemnie, zdradziecko oczarowałeś mnie, zauroczyłeś Znakiem, twoim wilczym medalionem, złym okiem. Tak pomyślałam, ale nie zatrzymałam się, biegłam dalej, bo zrozumiałam, że pragnę… pragnę znaleźć się w twojej mocy. A rzeczywistość okazała się straszniejsza. Nie rzuciłeś na mnie uroku, nie użyłeś żadnych czarów. Dlaczego, Geralt? Dlaczego mnie nie zauroczyłeś?
Milczał.
— Gdyby to była magia — podjęła — wszystko byłoby takie proste i łatwe. Uległabym twojej mocy i byłabym szczęśliwa. Atak… Muszę… Nie wiem, co się ze mną dzieje…
Do diabła, pomyślał, jeśli Yennefer, gdy jest ze mną, czuje się jak ja teraz, to współczuję jej. I nigdy nie będę się już dziwił. Nigdy nie będę już nienawidził jej… Nigdy.
Bo może Yennefer czuje to, co ja teraz, czuje dogłębną pewność, że oto powinienem spełnić to, co jest niemożliwe do spełnienia, jeszcze bardziej niemożliwe do spełnienia niż związek Aglovala z Sh'eenaz. Pewność, że nie wystarczyłoby tu trochę poświęcenia, że trzeba by poświęcić wszystko, a i to nie wiadomo, czy wystarczyłoby. Nie, nie będę już nienawidził Yennefer za to, że nie może i nie chce dać mi więcej, niż trochę poświęcenia. Teraz wiem, że trochę poświęcenia to ogromnie dużo.
— Geralt — jęknęła Oczko, wciągając głowę w ramiona. - Tak bardzo mi wstyd. Wstydzę się tego, co czuję, tego, co jest jak jakaś przeklęta niemoc, jak zimnica, jak krótki oddech…
Milczał.
— Myślałam zawsze, że to piękny i wzniosły stan ducha, szlachetny i godny, nawet, jeżeli unieszczęśliwia. Przecież tyle ballad ułożyłam o czymś takim. A to jest organiczne, Geralt, podle i przejmująco organiczne. Tak może się czuć ktoś chory, ktoś, kto wypił truciznę. Bo tak, jak ktoś, kto wypił truciznę, jest się gotowym na wszystko w zamian za odtrutkę. Na wszystko. Nawet na poniżenie.