Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Łups! [Thud! - pl]
Łups! [Thud! - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Łups! [Thud! - pl]

Электронная книга - «Łups! [Thud! - pl]». Краткое содержание книги:

Dolina Koom to właśnie tam trolle złapały w zasadzkę krasnoludów, a krasnoludy złapały w zasadzkę trolle. To było daleko stąd. To było dawno temu.Sam Vimes ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork znowu zobaczy wojnę, tym razem przed własnym biurem, jeśli nie rozwiąże zagadki morderstwa przynajmniej jednego krasnoluda. Kiedy jego ukochana Straż się rozsypuje, kiedy grzmią werble bojowe, musi odsłonić każdy ślad, przechytrzyć każdego skrytobójcę, pokonać każdą ciemność, by znaleźć rozwiązanie. Aha codziennie o szóstej, niezawodnie, bez żadnych wykrętów, musi wrócić do domu i poczytać synkowi Gdzie jest moja krówka ze wszystkimi odpowiednimi odgłosami podwórka. Są pewne rzeczy, które zwyczajnie trzeba załatwić.Pomysłowe, dowcipne, logiczne…
Wszystko, czym powinna być kolejna powieść w cyklu fantasy, a nawet więcej.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 87
Перейти на страницу:

— Obawiam się, że potrzebny będzie silniejszy strumień — stwierdził Vimes. — Nie sądzę, żeby grupka ludzi grających w jakąś grę zdołała w rozsądnym czasie zniwelować górę.

— Zależy od tego, gdzie upadnie kropla. Z czasem może uda się im przynajmniej wypłukać dolinę. Powinien pan sam siebie zapytać, czemu tak panu zależało, żeby dostać się do tej kopalni.

— Bo tam popełniono morderstwo!

— To był jedyny powód? — zapytał pan Błysk.

— Oczywiście!

— A wszyscy wiedzą, że krasnoludy to straszni plotkarze. No cóż, na pewno zrobi pan wszystko, co możliwe, komendancie. I mam nadzieję, że schwyta pan morderców, zanim dopadnie ich XCiemność.

— Panie Błysk, niektórzy z moich funkcjonariuszy zapalili świece przy tym nieszczęsnym symbolu!

— Dobry pomysł, uważam.

— Więc naprawdę pan wierzy, że to jakieś zagrożenie? A niby skąd pan tyle wie o znakach górniczych?

— Studiowałem je. Akceptuję fakt ich istnienia. Niektórzy z pańskich ludzi w nie wierzą. Większość krasnoludów wierzy gdzieś w głębi ich sękatych duszyczek. Szanuję to. Można wyprowadzić krasnoluda z ciemności, ale nie da się usunąć ciemności z krasnoluda. Te symbole są bardzo stare. Mają prawdziwą moc. Kto wie, jakie pradawne zło istnieje w głębokiej ciemności pod górami? Żadna inna ciemność jej nie dorówna.

— Ale gliniarzy też da się nabrać — stwierdził Vimes.

— Panie Vimes, miał pan ciężki dzień. Tyle się działo, a tak mało było czasu na myślenie. Pora na refleksję nad wszystkim, co pan wie. Ja sam jestem osobą skłonną do refleksji.

— Komendant Vimes? — Głos należał do panny Pickles/Pointer stojącej w połowie schodów. — Taki wielki troll o pana pyta.

— Jaka szkoda — westchnął pan Błysk. — To na pewno sierżant Detrytus. Obawiam się, że nie ma dobrych wieści. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że trolle posłały taka-taka. Musi pan iść, panie Vimes. Jeszcze się spotkamy.

— Nie sądzę, żebym się z panem zobaczył — rzekł Vimes. Wstał. — Jeszcze tylko jedno pytanie, dobrze? Tylko żadnych pokrętnych odpowiedzi. Dlaczego pomógł pan Cegle? Czemu się pan przejął jakimś naćpanym rynsztokowym trollem?

— A czemu pan się przejmował zabitymi krasnoludami? — zapytał pan Błysk.

— Bo ktoś musi!

— No właśnie. Do widzenia, panie Vimes.

Vimes wbiegł po schodach i wszedł za panną Pickles/Pointer do sklepu. Detrytus stał między kawałkami minerałów i wydawał się niepewny jak człowiek w kostnicy.

— O co chodzi? — spytał Vimes.

Detrytus niepewnie przestąpił z nogi na nogę.

— Przepraszam, panie Vimes, ale żem był jedyny, co wiedział, gdzie…

— Tak, w porządku. Chodzi o taka-taka?

— Skąd pan to wie, sir?

— Nie wiem. Co to jest taka-taka?

— To taka sławna wojenna maczuga trolli.

Vimes, wciąż jeszcze myśląc o tym, co widział na dole, zapytał odruchowo:

— A jak nie ma czuga, to co ma?

Jednak takie hasła marnowały się przy Detrytusie. On dowcipy uważał za ludzką aberrację, którą można pokonać, mówiąc powoli i cierpliwie.

— Nic, sir. Kiedy klany trolli przesyłają sobie taka-taka, to jest wezwaniem na wojnę.

— Niech to… Dolina Koom?

— Tak, sir. I żem słyszał, że dolny król i krasnoludy z Überwaldu są już w drodze do doliny Koom. W mieście wszyscy o tym mówią.

— Ehm… dzyń, dzyń, dzyń…? — odezwał się cichy, nerwowy głosik.

Vimes wyjął Gooseberry’ego i spojrzał groźnie. W takiej chwili…

— Co jest? — warknął.

— Jest dwadzieścia dziewięć minut po piątej, Wstaw Swoje Imię — odparł niepewnie chochlik.

— Więc?

— Pieszo, o tej porze, musisz ruszyć już teraz, żeby zdążyć na szóstą do domu.

— Patrycjusz chce pana widzieć, sir, i sekary przychodzą, i w ogóle — nalegał Detrytus.

Vimes patrzył nieruchomo na wyraźnie zakłopotanego chochlika.

— Idę do domu — oznajmił i ruszył naprzód.

Ciemne chmury przewalały się po niebie, zwiastując kolejną letnią burzę.

— Znaleźli trzy zabite krasnoludy niedaleko studni, sir — opowiadał Detrytus, człapiąc za nim. — Wygląda, że te inne krasnoludy ich pozabijały, jasna sprawa. Wszystkie gragi zniknęły. Kapitan Marchewa ustawił straże przy wszystkich wyjściach, co je znalazł…

Ale oni kopali, myślał Vimes. Kto wie, dokąd sięgnęły tunele?

— …i prosi o zgodę na wywalenie tych wielkich żelaznych drzwi przy Melasowej, sir — ciągnął Detrytus. — Bo tamtędy się mogą dostać do ostatniego krasnoluda.

— A co na to krasnoludy? — rzucił przez ramię Vimes. — Znaczy te żywe?

— No, dużo ich widziało, jakżeśmy wynosili zabite krasnoludy. Se myślę, że większość to mu chętnie poda łom.

Zróbmy przedstawienie dla motłochu. Chwyćmy go za sentymentalne serce. A zresztą nadchodzi burza, nie ma co się martwić o dodatkową kroplę deszczu.

— No dobra — rzekł. — Przekaż mu, że wiem, że na pewno jest tam Otto z tym swoim przeklętym obrazkowym pudełkiem, więc kiedy wyrwą te drzwi, niech to robią krasnoludy, jasne? Obrazek pełen krasnoludów?

— Tajest, sir!

— A jak tam młody Cegła? Złoży zeznanie pod przysięgą? Zrozumie, o co chodzi?

— Se myślę, że może, sir.

— Przed krasnoludami?

— Tak, jak go poproszę, sir — stwierdził Detrytus. — Tyle mogę obiecać.

— Dobrze. I niech ktoś pchnie sekarami wiadomość do każdej straży miejskiej i każdego wiejskiego posterunku stąd do gór. Niech wypatrują grupy czarnych krasnoludów. Jestem pewien, że znalazły to, czego szukały, a teraz próbują uciec.

— Pan chce, żeby oni ich zatrzymali? — spytał sierżant.

— Nie! Niech nikt nawet nie próbuje! Przekaż, że mają broń, która strzela ogniem! Niech tylko dadzą znać, dokąd tamci się kierują.

— Tak im powiem, sir.

A ja idę do domu, powtórzył w myślach Vimes. Każdy czegoś chce od Vimesa, chociaż nie jestem najostrzejszym nożem w szufladzie. Do demona, pewnie jestem raczej łyżką. Ale mam zamiar być Vimesem, a o szóstej Vimes czyta Młodemu Samowi „Gdzie jest moja krówka?”. Ze wszystkimi odgłosami.

Dotarł do domu raźnym krokiem, wykorzystując wszystkie znane sobie niewielkie skróty. Jego umysł falował wte i wewte jak rzadka zupa, a żebra szturchały go od czasu do czasu, by powiedzieć: Tak, nadal tu jesteśmy i kłujemy. Stanął przed drzwiami w chwili, gdy Willikins je otworzył.

— Przekażę lady Sybil, że już pan wrócił, sir! — zawołał, gdy Vimes biegł na górę po schodach. — Czyści zagrody smoków.

Młody Sam stał w swoim łóżeczku i obserwował drzwi. Dzień Vimesa stał się miękki i różowy.

Na krześle leżały ulubione chwilowo zabawki — szmaciana piłeczka, nieduża obręcz i wełniany wąż z jednym okiem z guzika. Vimes zepchnął je na dywan, usiadł i zdjął hełm. A potem ściągnął wilgotne buty. Kiedy Sam Vimes ściągał buty, nie trzeba już było ogrzewać pokoju. Na ścianie tykał zabawkowy zegar, a z każdym Łyknięciem i Łaknięciem nad parkanem przeskakiwała tam i z powrotem mała owieczka.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)