Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Альтернативная история » Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]
Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]

Электронная книга - «Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]». Краткое содержание книги:

Żydowscy wygnańcy z Europy ogarniętej II wojną światową osiedlili się na Alasce. W 1948 r. dołączyli do nich Żydzi, którzy przegrali walkę o Erec Israel i zostali wyrzuceni z Palestyny. Amerykański Kongres przyznał jednak Żydom prawa do Kolonii Sitka jedynie na 60 lat, który to termin właśnie upływa i niebawem alaskańscy Żydzi znów staną się bezdomni. Niektórzy policjanci być może zachowają swoje miejsca pracy, pod warunkiem, że nie będą się zbytnio przejmować swoją pracą. Na przykład tragicznie zmarłym Emanuelem Laskerem, który był wprawdzie genialnym szachistą, ale nie tym, który urodził się w 1868 r. Uparty Lansman podąża tropem fałszywego Laskera, a przy okazji także śladami starszego kolegi po fachu, Philipa Marlowe’a. Pije, pali, obrywa i filozofuje jak on; szachów wprawdzie nienawidzi, ale nienawiścią bardzo zbliżoną do miłości. Pozornie zwykłe śledztwo zatacza coraz szersze kręgi. Ze zmarłym związani są chasydzcy gangsterzy, byli i aktualni agenci rozmaitych służb wywiadowczych, a także mnóstwo zwykłych ludzi, którym nie odmówił swojego błogosławieństwa. Sprawdzając kolejne domysły, Landsman pakuje się w kabałę, z której naprawdę trudno ujść z życiem.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 95
Перейти на страницу:

Ależ z niej była egoistka! Dopiero później przyszło jej do głowy, że chociaż przez chwilę powinna pożałować świata, którego Mendel nie mógł już zbawić.

Płakała kilka minut, gdy wtem niechlujna wdowa z drugiego fotela wstała i podeszła do niej.

— Proszę — odezwała się grubym głosem i położyła na ramieniu pani Szpilman ciężką dłoń, porośniętą z wierzchu delikatnymi złotymi włoskami. Nie do wiary, że zaledwie dwadzieścia lat temu coś takiego mieściło się w ustach pani Szpilman.

— Zabawy sobie urządzasz! — powiedziała pani Szpilman, odzyskawszy zdolność racjonalnego myślenia. Po pierwszym szoku, od którego niemal stanęło jej serce, zalała ją fala dziwnej ulgi. Jeśli dusza Mendla składała się z dziewięciu warstw, to osiem z nich stanowiła czysta dobroć, znacznie większa, niż ona i jej mąż, twardzi ludzie, którzy przeżyli i odnieśli sukces w nieprzyjaznym świecie, zdołaliby spłodzić bez boskiej interwencji. Lecz dziewiątą warstwą, najbliższą jądra, istoty Mendla Szpilmana zawsze rządził diabełek, urwis, który lubił przywodzić matkę na skraj ataku serca. — Zabawy sobie urządzasz?

— Nie.

Uniósł woalkę i pozwolił jej zobaczyć swój ból i niepewność. Zrozumiała jego obawę, że popełnia błąd. Rozpoznała własną determinację, żeby jednak go popełnić.

— Nie, mamo — powtórzył Mendel. — Przyszedłem się pożegnać. — Po czym, odczytując wyraz jej twarzy, z drżącym uśmiechem dodał: — I nie, nie jestem transwestytą.

— Czyżby?

— Nie!

— Dla mnie wyglądasz jak transwestyta.

— Jaka znawczyni.

— Chcę, żebyś wyniósł się z tego domu. — Ale naprawdę chciała, żeby został, ukryty w jej części budynku, przebrany w tandetne szmaty: jej chłopczyk, jej książątko, jej diabełek.

— Już idę.

— Nie chcę cię nigdy więcej oglądać. Nie chcę do ciebie dzwonić i nie chcę, żebyś ty do mnie dzwonił. Nie chcę wiedzieć, gdzie jesteś.

Wystarczyło zawołać męża, a Mendel by został. Nie byłoby w tym nic bardziej niesłychanego niż w innych sekretnych aspektach jej wygodnego życia. Zmusiliby go, żeby został.

— Dobrze, mamo — powiedział.

— Nie mów tak do mnie.

— Dobrze, pani Szpilman — w jego ustach te słowa zabrzmiały serdecznie, wręcz poufale.

Znowu zaczęła płakać.

— Ale do twojej wiadomości: mieszkam u przyjaciela.

Był jakiś kochanek? Czy to możliwe, żeby wiódł aż tak sekretne życie?

— „Przyjaciela”?

— U starego przyjaciela. Po prostu mi pomaga. Tu obecna pani Bruch też mi pomaga.

— Mendel mnie ocalił — wyjaśniła pani Bruch. — Kiedyś, dawno temu.

— Wielkie mi rzeczy! — sarknęła pani Szpilman. — No i co, że cię ocalił? Niewiele mu z tego przyszło.

— Pani Szpilman — powiedział Mendel, ujmując jej ręce i ściskając je ciepłymi dłońmi. Jego rozpalona skóra była o dwa stopnie gorętsza niż u innych ludzi. Gdy mierzyła mu temperaturę, termometr zawsze wskazywał 38°C.

— Zabierz te ręce — wykrztusiła. — Natychmiast.

Pocałował ją w czubek głowy i ślad tego pocałunku zdawał się trwać mimo obcej warstwy włosów. Potem uwolnił jej dłonie, opuścił woalkę i ciężkim krokiem, w opadających pończochach, wyszedł z pokoju, a ta Bruch pośpieszyła w ślad za nim.

Pani Szpilman siedziała na krzesełku w stylu Ludwika XIV przez długie godziny i lata. Przepełniał ją chłód, lodowate obrzydzenie do wszelkiego stworzenia, do Boga i Jego poronionych dzieł. Na początku uczucie odrazy dotyczyło przede wszystkim jej syna oraz grzechu, którego nie chciał się wyrzec, ale potem zwróciło się przeciw własnej osobie. Rozmyślała nad zbrodniami i krzywdami, z których, choćby pośrednio, odnosiła korzyść. Całe zło to przecież tylko kropla w wielkim czarnym morzu: okropne było to morze, ten rozziew między Zamiarem a Działaniem, który ludzie nazywają „światem”. Ucieczka Mendla nie świadczyła o niechęci do wyrzeczeń: przeciwnie, to było wyrzeczenie. Cadyk ha-Dor podał się do dymisji. Nie mógł być tym, kim świat i Żydzi, moknący na deszczu ze swymi smutkami i parasolami, pragnęli, żeby był, ani tym, kim chcieli go widzieć ojciec i matka. Nie mógł nawet być tym, kim sam chciał zostać. Miała nadzieję — siedziała i modliła się o to — żeby pewnego dnia znalazł sposób, by przynajmniej być tym, kim jest.

Modlitwa uleciała z jej serca i od razu zatęskniła za synem. Boleśnie go zapragnęła. Zaczęła czynić sobie gorzkie wyrzuty, że odprawiła Mendla, nie dowiedziawszy się najpierw, gdzie się zamierza zatrzymać, dokąd chce się udać, jak mogłaby się z nim zobaczyć lub usłyszeć czasem jego głos. Wtedy rozwarła palce, które ściskał po raz ostatni, i zobaczyła w prawej dłoni króciutki kawałeczek sznurka.

26

Tak — mówi teraz. — Kontaktował się ze mną. Czasami. Nie chcę, by zabrzmiało to cynicznie, panie śledczy, ale zwykle się odzywał, kiedy miał kłopoty albo potrzebował pieniędzy. Jeśli chodzi o Mendla, niech błogosławieństwo spłynie na imię jego, to na ogół na jedno wychodziło.

— Kiedy ostatnim razem?

— Na początku roku. Na wiosnę. Tak, pamiętam, że było to w przeddzień Erew Pesach.

— A więc w kwietniu. Około…

Panna Rudaszewska wyjmuje wypasiony szojfer mazik, naciska kilka guzików i podaje datę poprzedzającą pierwszy dzień święta Paschy. Landsman z lekkim zdumieniem konstatuje, że był to również ostatni pełny dzień życia jego siostry.

— Skąd dzwonił?

— Może ze szpitala? Nie wiem. Słyszałam w tle jakiś głośnik. Mendel powiedział, że musi zniknąć na jakiś czas i nie będzie mógł dzwonić. Poprosił, żebym przesłała pieniądze na adres skrytki w Poworotnym, z której niekiedy korzystał.

— Odniosła pani wrażenie, że się bał?

Woalka faluje jak kurtyna w teatrze, za którą trwają jakieś tajemnicze ruchy. Pani Szpilman powoli kiwa głową.

— Mówił, dlaczego musi zniknąć? Powiedział, że ktoś go ściga?

— Chyba nie. Nie. Tylko że potrzebuje pieniędzy i zamierza się ukrywać.

— I to wszystko.

— O ile… Nie. Tak. Zapytałam, czy coś je. On czasem… Oni zapominają o jedzeniu.

— Wiem.

— A on na to: „Nie martw się, właśnie zjadłem wielki kawał placka z wiśniami”.

— Placka — powtarza Landsman. — Placka z wiśniami.

— To coś znaczy?

— Nigdy nic nie wiadomo — odpowiada, lecz żebra aż mu dygoczą pod uderzeniami serca, które wali jak młotem. — Pani Szpilman, powiedziała pani, że było słychać głośnik. Sądzi pani, że mógł dzwonić z lotniska?

— Teraz, skoro pan o tym wspomniał… chyba tak.

Samochód zwalnia. Landsman spogląda przez przyciemnianą szybą. Stoją przed hotelem Zamenhof. Pani Szpilman naciska guzik, wpuszczając do auta szary podmuch popołudnia. Unosi woalkę i długo wpatruje się we fronton budynku. Dwaj niechlujni mężczyźni, alkoholicy, z których jeden, gdyby nie Landsman, kiedyś nasikałby drugiemu w mankiet spodni, wytaczają się z holu uwieszeni na sobie, osłaniając się od deszczu jak żywe daszki. Odgrywają niemal wodewilowy skecz z pomocą gazety i wiatru, po czym chwiejnie odchodzą w mrok niczym para obszarpanych ciem. Królowa Wierzbowskiej Wyspy opuszcza woalkę i zamyka okno. Przez czarną tkaninę Landsman czuje żar jej pełnych wyrzutu pytań. Jak on może mieszkać w takiej norze? Dlaczego nie postarał się lepiej chronić jej syna?

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)