Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Róża Yorku». Краткое содержание книги:

Jesień 1922 roku. Tajemniczy kolekcjoner z Warszawy - Szymon Aronow zwany Kulawym - powierza księciu Morosiniemu, znawcy starych klejnotów, niebezpieczną misję odszukania czterech kamieni szlachetnych skradzionych niegdyś ze Świątyni Jerozolimskiej. Po odnalezieniu szafiru zwanego Błękitną Gwiazdą książę wyrusza do Anglii, gdzie ma się znajdować bezcenny diament - Róża Yorku. Zaczyna się szalona przygoda pełna niebezpieczeństw i emocji, bowiem ów kamień jest obiektem pożądania wielu osób, które zrobiłyby wszystko, aby go zdobyć. Jaką rolę odgrywa w tej sprawie młodziutka Polka - Anielka Solmańska, która pragnąc miłości i pomocy Morosiniego, zarazem zdaje się prowadzić własną, podwójną grę?
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 75
Перейти на страницу:

Spojrzała z rozpaczą w dumną twarz tego, który siedział naprzeciw. Wpatrywała się w jego oczy, jakby się chciała w nich utopić.

- Wydaje mi się, że już mówiłam kilka razy: kocham pana i chcę do pana należeć. Zapomniał pan o naszym spotkaniu w ogrodzie zoologicznym? Chciałam zostać pańską kochanką nawet przed ślubem z Erykiem. Napisałam też o tym w liście...

- Trudno mi w to wszystko uwierzyć, Anielko. John Sutton twierdzi, że Władysław ponownie został pani kochankiem i że widział go wychodzącego z pani pokoju.

Znużona kobieta osunęła się na oparcie krzesła, cofnęła ręce z dłoni Aida i zamknęła oczy.

- Jeśli woli pan wierzyć temu podłemu kłamcy, to proszę bardzo. W takim razie sądzę, że nie mamy o czym rozmawiać... Proszę mnie zostawić losowi, jakikolwiek by miał być, i więcej o tym nie rozmawiajmy!

Wykonała ruch, jakby chciała wstać, ale Aldo, pochylając się w jej stronę, powstrzymał ją mocnym uściskiem dłoni.

- Ależ nie, będziemy rozmawiać! Nie sądzi pani chyba, że przebyłem taki szmat drogi, aby odejść z niczym? Gdyby nawet istniała tylko niewielka szansa, też spróbuję pani pomóc. A po odzyskaniu wolności zrobi pani z niej dowolny użytek. Czy jest takie miejsce, w którym, jak pani przypuszcza, mógłbym znaleźć Władysława? Może wrócił do Polski?

- Nie. Jestem pewna, że nadal jest w Anglii, gdyż uśmiercenie mego małżonka nie kończyło jego misji. Ale jeśli dam panu pewien adres, czy przysięgnie mi pan, że nie powie o tym ani mojemu ojcu, ani nikomu z policji, ani nawet mojemu adwokatowi?

- Nic nikomu nie powiem. Ma pani na to moje słowo.

- Czy będzie pan działać sam?

- Niekoniecznie. Ma pani coś przeciw Adalbertowi Vidal-Pellicorne'owi? Przecież już pani pomagał.

- Ten trochę postrzelony egiptolog? To on też jest tutaj?... - Uśmiechnęła się. - Jeśli chce panu pomóc, tym lepiej; okazał się dobrym przyjacielem w czasie tego okropnego ślubu, a Władysław go nie zna. Najlepiej by było, gdyby udało się panu uprowadzić Władysława, tak aby się wydawało, że ma pan z nim jakieś osobiste porachunki. Może wtedy uniknęłabym zemsty ze strony jego przyjaciół.

- Najlepiej by było, gdyby schwytała go policja, nawet przy udziale sir Desmonda. Ale proszę się nie niepokoić. Rozumiem, o co pani chodzi. Będę działał w taki sposób, aby nie znalazła się pani w niebezpieczeństwie. Dokąd mam się udać?

- Do Shadwell. To są przedmieścia Londynu. Przy Mercer Street jest polski kościół. Zakrystianinem jest tam przyjaciel Władysława. Jedyny, o którym mi wspominał. Z pewnością również jedyny, którego Scotland Yard nigdy by nie podejrzewał, bo to święty człowiek. Władysław powiedział mi o nim na wypadek, gdybym musiała się pilnie skontaktować lub znalazła, się w niebezpieczeństwie.

- Myślał o tym, aby zapewnić pani schronienie? - powiedział Aldo z nieukrywaną pogardą.

- Nawet wtedy, gdy mnie szantażował, nie przestawał powtarzać, że mnie kocha i chce być ze mną.

- Ale nie chciał umrzeć zamiast pani!... Cudownie! Cóż za wielkie serce! A według pani, na co teraz czeka, zamiast ruszyć z pomocą? Na proces? Nawet nie wpadł na pomysł, aby wysłać na policję list, choćby anonimowy, z informacją, że jest pani niewinna. Zbyt się obawiał, że nadawca zostanie odnaleziony? Nie tylko jest mordercą, ale i tchórzem!

Trzask otwieranych drzwi powiedział im, że nadchodzi strażniczka. Czas widzenia minął. Morosini musiał odejść. Nie próbował przedłużać spotkania.

Podniósł się i ucałował dłoń kobiety.

- Poruszę niebo i ziemię, żeby pani pomóc. Proszę się nie niepokoić.

- Niech mi pan tylko powie, że mnie kocha.

- Czyż pani tego nie wie? Kocham panią, Anielko, i uratuję! A jak nazywa się ten zakrystianin?

- Dąbrowski, Stefan Dąbrowski.

* * *

Shadwell stanowiło, w pewnym stopniu, pamiątkę po morskim imperium Anglii. Można się było cieszyć wspaniałym widokiem na ruch rzeczny, a poza tym otwarto tutaj, kilka miesięcy wcześniej, King Edward Memoriał Park, w którym znajdował się pomnik poświęcony wielkim marynarzom, takim jak sir Martin Frobisher, sir Hugh Willoughby i wielu innych, przemierzającym w XVI wieku morza i oceany ku chwale swojego kraju. Wszystko to dodawało pewnej szlachetności tej raczej spokojnej dzielnicy.

Mercer Street była krótka, a polski kościół raczej niewielki. Po wejściu do niego Morosini zmówił modlitwę, co pozwoliło mu rozejrzeć się po wnętrzu. Na szczęście było pusto. Znajdował się tu jedynie jasnowłosy, tęgi mężczyzna w zniszczonym, czarnym ubraniu, który zbierał resztki świec i kawałki wosku z jednej z tac przed figurką Najświętszej Panienki.

Domyślając się, że właśnie jego szuka, Aldo wyposażony w największą świecę, jaką udało mu się znaleźć, zbliżył się do ołtarza. Zapalił knot, nabił świecę na środkowe ostrze i przez chwilę milczał. Zakrystianin, odwrócony plecami, nie zwracał na Morosiniego najmniejszej uwagi, kontynuując pracę.

W końcu Aldo go zagadnął.

- Czy pan Stefan Dąbrowski? - zapytał po francusku.

Mężczyzna się odwrócił. Aldo przyglądał się jego potężnej posturze.

Spojrzenie brązowych oczu było dumne, szczere i spokojne.

Odpowiedział w tym samym języku.

- Tak, to ja. A kim pan jest?

- Moje nazwisko nic panu nie powie. Nazywam się Aldo Morosini, jestem wenecjaninem i antykwariuszem. Chciałbym z panem porozmawiać na osobności, aby nikt nie mógł nas usłyszeć.

- Możemy zostać tutaj. Nie ma tu nikogo z wyjątkiem tej, która może usłyszeć wszystko, ale niczego nie powtórzy - dodał, kłaniając się w stronę figury.

- Ma pan rację, szczególnie że w takiej obecności liczy się tylko szczerość. Powiem więc prosto z mostu: chciałbym zobaczyć się ze Stanisławem Rasockim, którego prawdziwe nazwisko brzmi Władysław Wosiński. Powiedziano mi, że pan go zna, więc proszę nie zaprzeczać, bo byłoby to kłamstwem.

- Rzeczywiście, znam go. Czego pan od niego chce?

- Chcę z nim tylko porozmawiać.

- A o czym?

- Jeśli pan pozwoli, ta sprawa dotyczy tylko nas obu.

- Kto pana do mnie skierował?

Pytania i odpowiedzi następowały z dużą prędkością. Aldo pomyślał, że ten młody człowiek wyglądający na bardzo spokojnego, był twardszy, niż można by go o to podejrzewać. Zerknąwszy szybko w stronę Madonny, jakby chciał ją przeprosić za kłamstwa, które będzie musiał wypowiedzieć, Aldo uśmiechnął się do Dąbrowskiego jak grzeczne dziecko.

- Pewien Polak, który pracuje w biurze poselstwa przy Portland Place. Ale równie dobrze mogłem się zwrócić do kogokolwiek z tej dzielnicy. Wszyscy pańscy rodacy z Londynu, a nie ma ich zbyt wielu, znają ten kościół, wikariusza i zakrystianina, bo to jedyny polski kościół. Jeśli się kogoś szuka, to z pewnością najlepsze miejsce, by o niego tutaj zapytać. Czy więc powie mi pan, gdzie znajdę Władysława?

- Czy jest pan jednym z jego przyjaciół?

- Powiedzmy, że mamy wspólnych przyjaciół, ale spotkałem go ostatniej wiosny w Wilanowie. Czy mam go opisać?

- Nie ma takiej potrzeby. Jeśli chce pan się z nim spotkać, musi pan pojechać do Warszawy. Wyjechał do Polski. Dobranoc!

Zdumiony Morosini uniósł brew, gdyż nie spodziewał się takiej odpowiedzi. - To wszystko?

- Tak. Jeśli pan pozwoli, muszę przygotować następną mszę.

- Tak po prostu wyjechał? A kiedy wraca?

- Z całym szacunkiem, proszę pana, niech pan nie zadaje głupich pytań. Dlaczego miałby wracać?

Odwrócił się i chciał się oddalić w stronę zakrystii, ale Aldo powstrzymał go mocnym uściskiem dłoni. Miał zamiar zakończyć te gierki słowne. Trzeba było działać stanowczo.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 75
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)