Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Kochaj albo rzuć». Краткое содержание книги:

Trzecia i ostatnia część sagi o Pawlaku i Kargulu.Tym razem Kargul i Pawlak wraz z wnuczką Anią odbywają daleką podróż- aż do Chicago. Jadą tam na zaproszenie brata Pawlaka, Johna. Niestety, na miejscu okazuje się, że Jaś niedawno zmarł. Nasi ulubieńcy dowiadują się także, że miał nieślubną córkę. Shirley… jest Mulatką. Ania szybko się z nią zaprzyjaźnia, natomiast jej dziadkowie długo nie mogą pozbyć się uprzedzeń… Znakomita komedia, młodym ludziom powinna przypaść do gustu najbardziej właśnie ta część trylogii o przesiedleńcach zza Buga.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 59
Перейти на страницу:

– Przez niego świętej pamięci brat mój do Ameryki musiał uciekać! – All right! – ucieszył się Mike, któremu oświadczenie Pawlaka dało argument do ręki.

– Więc właśnie przemówi człowiek, któremu John tak wiele zawdzięczał! Kargul poczuł wielką satysfakcję, że oto sprawdziło się jego przekonanie, że John dlatego zaprosił właśnie jego, że mikra postura rodzonego brata wydała mu się zbyt nędzna jak na obowiązujący w Ameryce format. Ten cały Mike zna się na ludziach, skoro nie do Kaźmierza lecz do niego zwrócił się z pytaniem, czy znajakąś piosenkę, którą lubił w młodości John Pawlak.

– Znam! – Zagramy, żeby mu zrobić przyjemność – oświadczył Mike, notując coś na kartce.

– Taż on nie żyje! – wyrwał się Pawlak, ale stojący obok Steve Fay rozproszył jego obiekcje: – Dont worry! Przez tę piosenkę on będzie tu z nami! Twarz prezydenta Podhalan wyrażała niewzruszone przekonanie, że zaśpiewanie ulubionej piosenki zrobi Johnowi niebywałą frajdę. Ale Kaźmierz nie mógł sobie jakoś przypomnieć żadnej wzniosłej pieśni, dzięki której Jaśko już w młodości mógłby nabrać odpowiedniego dla Ameryki formatu. A wtedy Kargul, rozgrzany coctailami, zapowiedział wykonanie utworu, który Jaśko najchętniej śpiewał na wygonie przy pasionce. Nabrał powietrza, przytupnął dziarsko i trzymając za statyw mikrofonu jak za kibić dziewczyny, wykonał pół obrotu i huknął dziarsko: Hej, kochałem cię dziewczę, Oj, kochałem skrycie, Hej, chciałem pożartować, A zrobiło się dziecię! Rozległ się śmiech i oklaski. Pawlak swoją interwencją przerwał karierę Kargula jako showmana: wskoczył na estradkę i chwycił go za klapy.

– Ty bambaryło! To ty przyjechał w gości wstyd mnie przy-nosić?! – Awo! Co ciebie użądliło?! Tak Jaśko śpiewał w tu poru! – Taż on ze wstydu w grobie przewraca sia! Ty cabanie! Takiego hardabasa na otwarcie ja nie wpuszczę! – Czep się swojej czekolady! Żeby nie ona, naszej Ani by my nie zgubili! To twój, Jaśko nas do kolaboracji z czarnymi zmusił! – Żeby jego wilcy! Ja w osobistej swej postaci tu stojący oświadczam, że rasizm to dla mnie prosto niepojęta rzecz! – Blacks to problem – wtrącił się Steve Fay.

– Taż muszą być czarni, jak biały ma być biały! – Ich problemy najlepiej rozstrzygać bez nich! – zawyrokował Steve, uzyskując głośną aprobatę kobiety, przed którą świat nie miał tajemnic.

– Nu, kłopot serdeczny – Pawlak potoczył wzrokiem po twarzach obecnych.

– To czym się różni amerykańska demokracja od, przeprosiwszy za słowo, socjalizma? U nas też o nas decydują bez nas.

– Wy nie macie u siebie czarnej mniejszości – pojednawczo wystąpił mister September, a wtedy Pawlak popatrzył na niego jak na naiwne dziecko.

– Spróbowałby mister dać sobie radę z czerwoną! – To gorsze jak stonka! Tym razem Kargul poparł Kaźmierza. Mogli się różnić w swoich poglądach co do kolorów, ale nie co do ustroju, w jakim przyszło im żyć. Znowu przez moment poczuli się solidarni. Na znak Mike'a stroiciel uderzył w klawisze, korowód dzieci ruszył w rytmie poloneza i oni znowu poczuliby się tu zbędni, gdyby w tej chwili nie rozległ się dzwonek telefonu. Katastrofistka wyciągnęła słuchawkę w stronę Pawlaka: – For you! Kaźmierz przyłożył słuchawkę do ucha i nagle wybałuszył oczy. Zamiast ludzkiego głosu usłyszał w słuchawce straszliwy jazgot sfory psów. Potrząsnął słuchawką, jakby chciał z niej wysypać piasek i jeszcze raz przyłożył do ucha. Dobiegł go głos Ani: – Nie martwcie się o mnie, wszystko jest okey! Wrócę, jak zarobię trochę pieniędzy! – Ot, koczerbicha jedna -mruknął Kargul, pochylony nad ramieniem Kaźmierza.

– To ona rodzinę dla dolarów rzuciwszy? – Ania, dziecko! – krzyczał Pawlak.

– Gdzie ty jesteś? Co ty robisz? – Ja?… Ja pracuję w biurze! Głos Ani w słuchawce został znów zagłuszony wściekłym ujadaniem, jakby była zającem, za którym goni sfora psów.

– A cóż tam taki gwałt?! – krzyczał do słuchawki Kaźmierz.

– Bo to jest… travell office i pełno tu klientów! – A po jakiemu oni gadają?! – Pawlak musiał aż odsunąć słuchawkę od ucha, bo psi jazgot rozsadzał mu bębenki – Ania, dziecko, wracaj ty do domu! – Nie szukajcie mnie – brzmiała odpowiedź.

– Wrócę, jak ciocię przekonam, że u nas nie ma rasistów! September-Junior zbliżył się do telefonu i czujnie śledził przebieg rozmowy. Kiedy dobiegł go jazgot psów, wyrwał z ręki Pawlaka słuchawkę i przyłożył do ucha: – Ania?! Ania?! – Ale głos Ani zaniknął, przykryty szczekaniem, warczeniem i charkotem stada gryzących się psów. Daremnie wciąż wywoływał Anię. Słuchawkę wypełniały psie głosy.

– Wiem, gdzie ona jest! – wykrzyknął, ruszając ku wyjściu.

– Tam, gdzie znalazłem Shirley! Pawlak i Kargul bez wahania ruszyli za nim. W słuchawce, którą podjął teraz z baru mister September, dalej rozlegało się kłapanie psich zębów i skowyt pogryzionych psów…

Rozdział 43

Słuchawka telefonu w hotelowym holu dyndała na sznurze, łowiąc piekielne dźwięki, jakie wypełniły cały „Columbus-Hotel”. Między obrotowymi drzwiami a recepcją, wśród palm i foteli, kłębiły się na dywanie sczepione w śmiertelnej walce psy wszelkiej rasy. Każde piekło zaczyna się od dobrych intencji… Ania po powrocie ze spaceru chciała skorzystać, że nikogo nie ma w recepcji i wykręciła prędko numer domu Johna Pawlaka. W tej samej chwili, kiedy po tamtej stronie drutu usłyszała przejęty głos dziadka Kaźmierza, zauważyła schodzącego ze schodów angorskiego kota; wszystkie psy, których smycze dzierżyła w swoim ręku równocześnie wystartowały w stronę kota, ciągnąc ją za sobą; daremnie Ania, rzuciwszy w popłochu słuchawkę, starała się opanować sytuację; kot uciekł na góre, a psy goniły go, póki na podeście schodów nie dopadły i ku rozpaczy właściciela nie rozdarły go na strzępy; najgorsze, że właścicielem kota był dyrektor „Columbus-Hotel”; teraz stał nad tym, co zostało po angorskim kocie; stał i płakał. Ania widziała go tak płaczącego już drugi raz: pierwszy raz było to w dniu, w którym została przyjęta do pracy na miejsce miss Shirley-Glynesse Wright w charakterze opieki dla psów. Wtedy- jak się dowiedziała od Shirley – płakał, bo rzucił go kochanek, którego ściągnął na własny koszt z Wenezueli, gdzie hotelarz bawił na urlopie. Smagły kochanek po tygodniu zostawił go dla czeskiego marynarza, który wybrał wolność i żył z pogadanek w radio. Teraz dyrektor stracił drugi obiekt swej miłości. Ktoś musiał ponieść za to konsekwencje. To, co zostało z kota, kazał recepcjoniście zanieść do wypchania, Ani zaś wskazał obrotowe drzwi: niech się więcej nie pokazuje w jego hotelu! Musiał chyba stracić rozum, by raz zaufać kobiecie! Nie upłynęło nawet dziesięć minut od próby skomunikowania się z rodziną, kiedy Ania znalazła się na ulicy. Na szczęście wiedziała, gdzie może znaleźć ciocię Shirley…

Rozdział 44

Lincoln mister Septembra z jego synem za kierownicą przemknął przez chicagowski loop jak wicher i z piskiem opon zahamował przed wejściem do „Columbus-Hotel”. September-Junior odsunął portiera i wpadł do środka. Pawlak i Kargul zaklinowali się w obrotowych drzwiach i dopiero portier w generalskiej czapce uratował ich z pułapki. Znaleźli się w holu, na miękkim jak puch dywanie. Gdzie jest Ania? Ani w holu, ani na korytarzach tego hotelu nie widzieli żadnej kobiety. Napotkali dziwne postacie, witające ich życzliwym spojrzeniem: policzki blond chłopców były uróżowane, rzęsy uczernione, kręcili ciasno opiętymi biodrami i czule obejmowali innych mężczyzn, którzy z oddaniem zaglądali im w oczy. Kiedy minęła ich para z kolczykami w uszach, Pawlak, widząc jak blondyn w peruce wysuwa ku niemu koniuszekjęzyka i prowokacyjnie nim rusza ńiczym wąż w raju, chwycił Kargula za rękę.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 59
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)