Nie licząc psa [To Say Nothing of the Dog - pl]
- Автор: Уиллис Конни
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-501-2
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Nie licząc psa [To Say Nothing of the Dog - pl]». Краткое содержание книги:
Zdecydowanie wolałem uniknąć spotkania z Verity, ale nie miałem innego wyjścia. Cyryl, chociaż strząsał z siebie wodę na nas, był przemoczony, podobnie jak profesor Peddick, a Terence przemarzł do kości.
— „Taki był Hesperusa wrak — zacytował, szczękając zębami tak, że ledwie mógł mówić — w zimową śnieżną noc”.
Musieliśmy wysuszyć się i przebrać, a w pobliżu nie było innego domu poza Muchings End. Powinniśmy zbudzić domowników i poprosić o gościnę, nawet gdybym musiał spojrzeć Tossie w oczy i odpowiedzieć na pytanie, czy znaleźliśmy jej „najdroższą Dziudziu”. Nawet gdybym musiał powiedzieć Verity.
— Chodź — wziąłem Terence’a za ramię. — Pójdziemy do domu. Ani drgnął.
— „Chryste, strzeż nas przed taką śmiercią — wyrecytował — na rafie Norman’s Woe”. Jabez zedrze z nas pięćdziesiąt funtów.
— Później będziemy się tym martwić. Chodź. Spróbujemy najpierw przez oszklone drzwi. Pod nimi widać linię światła.
— Nie mogę tak się pokazać rodzinie dziewczyny, którą kocham — zaprotestował Terence. — Nie mam surduta.
— Masz — powiedziałem, ściągając blezer i wyżymając wodę. — Nałóż mój. Wybaczą nam, że nie mamy wieczorowych strojów. Nasza łódź zatonęła.
Podszedł profesor Peddick, chlupocząc przy każdym kroku.
— Uratowałem trochę bagażu — oznajmił i podał mi sakwojaż. — Chociaż moje okazy przepadły, niestety. Ach, mój albinos Ugiibio fluwatilis.
— Nie mogę wejść do tego domu bez butów — upierał się Terence. — Nie mogę pokazać się półnagi dziewczynie, którą kocham.
— Masz, weź moje. — Z trudem rozwiązałem mokre sznurowadła jedną ręką. — Profesorze, niech pan mu pożyczy skarpetki.
Podczas gdy obaj walczyli z problemem zdjęcia i nałożenia mokrych skarpetek, pobiegłem za belwederek i otworzyłem sakwojaż.
Księżniczka Ardżumand, tylko trochę wilgotna, przez długą chwilę mierzyła mnie wzrokiem, po czym wdrapała się po nogawce spodni prosto w moje ramiona.
Podobno koty nienawidzą wilgoci, ona jednak umościła się wygodnie na przemoczonym, ociekającym rękawie i przymknęła oczy. — To nie ja uratowałem ci życie — powiedziałem. — To profesor Peddick.
Ale jej to nie przeszkadzało. Wtuliła się mocniej w moje objęcia i — zadziwiające — zaczęła mruczeć.
— O, dobrze, Księżniczka Ardżumand jest tutaj — powiedział Terence obciągając blezer, który jakoś się skurczył. — Miałem rację. Była tutaj przez cały czas.
— Sądzę, że oksfordzki don powinien nosić skarpetki — odezwał się profesor Peddick.
— Banialuki — odparłem. — Profesor Einstein nigdy nie nosił.
— Einstein? — powtórzył. — Chyba o nim nie słyszałem.
— Usłyszy pan — zapewniłem go i ruszyłem po spadzistym trawniku.
Terence słusznie odgadł, że zaciągnęli zasłony. Kiedy wchodziliśmy po trawniku, zasłony rozsunęły się, zamigotało słabe światełko i rozległy się głosy.
— To strasznie ekscytujące — przemówił męski głos. — Od czego zaczniemy?
— Złączcie dłonie — rozkazał kobiecy głos, podobny do głosu Verity skoncentrujcie się.
— Ach, mamo, zapytaj o Dziudziu — to na pewno była Tossie. — Zapytaj, gdzie ona jest.
— Cii.
Zapadło milczenie, a my tymczasem pokonaliśmy resztę drogi.
— Czy jest tutaj duch? — zawołał stentorowy głos, a ja mało nie upuściłem Księżniczki Ardżumand. Brzmiał zupełnie jak głos lady Schrapnell, ale to nie mogła być ona. To pewnie była matka Tossie, Pani Mering. — O, duchu z zaświatów — zaintonowała, a ja pohamowałem chęć ucieczki — przemów do nas tutaj, na tym ziemskim planie.
Ostrożnie stąpając wśród ozdobnych roślin, przeszliśmy przez obrzeże trawnika na ścieżkę wykładaną kamiennymi płytami, prowadzącą do oszklonych drzwi.
— Objaw nam nasze losy — zagrzmiała pani Mering, a Księżniczka Ardżumand wdrapała się wyżej i wbiła mi pazury w ramię.
— Wejdź, o Duchu — zaintonowała pani Mering — i przynieś nam wieści o naszych drogich zaginionych.
Terence zapukał w szybę.
Znowu zapadło milczenie, a potem pani Mering zawołała nieco słabszym głosem:
— Wejdź!
— Czekaj — powiedziałem, ale Terence już otworzył drzwi. Zasłony wydęły się do środka, a my mrugając patrzyliśmy na żywy obraz w blasku świec.
Wokół okrągłego stolika nakrytego czarną draperią siedziały cztery osoby, z zamkniętymi oczami, trzymając się za ręce: Verity w bieli, Tossie w falbankach, blady młody człowiek w koloratce i z zachwyconą miną oraz pani Mering, która na szczęście nie wyglądała jak lady Schrapnell. Była znacznie okrąglejsza, z obfitym biustem i licznymi obfitymi podbródkami.
— Wejdź, o Duchu z zaświatów — powtórzyła, a Terence rozsunął zasłony i wszedł.
— Przepraszam najmocniej — odezwał się, a wtedy wszyscy otworzyli oczy i zagapili się na nas.
Z pewnością sami również przedstawialiśmy interesujący żywy obraz: krwawiące pasy blezera Terence’a, moje stopy w skarpetkach i ogólny wygląd zmokłych szczurów, nie licząc psa, który wciąż wykaszliwał z siebie rzekę. Oraz kota.
— Przybyliśmy… — zaczął Terence, a pani Mering wstała i przyłożyła dłoń do obszernego łona.
— Przybyli! — wykrzyknęła i zemdlała.
ROZDZIAŁ JEDENASTY