Nie licząc psa [To Say Nothing of the Dog - pl]
- Автор: Уиллис Конни
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-501-2
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Nie licząc psa [To Say Nothing of the Dog - pl]». Краткое содержание книги:
— No więc co proponujesz?
Położył się, opierając pysk o butelkę mleka. Niezły pomysł. Wyjąłem spodek z sakwojażu i nalałem do niego mleka.
— Chodź, kotku — zawołałem i postawiłem spodek pod ścianą. — Śniadanie!
Jak mówiłem, to był niezły pomysł. Niestety nie przyniósł pożądanych rezultatów. Ani przeszukiwanie ruin. Ani rynku. Ani uliczek z domkami z muru pruskiego.
— Wiesz, jakie są koty — powiedziałem do Cyryla. — Dlaczego mnie nie ostrzegłeś?
Ale to była moja wina. Wypuściłem ją i pewnie powędrowała już do Londynu, żeby spotkać się z Gladstone’em i spowodować upadek Mafekingu.
Dotarliśmy na obrzeża wioski. Droga kończyła się na łące, poprzecinanej wąskimi strumykami.
— Może Księżniczka wróciła na łódź — powiedziałem z nadzieją do Cyryla, ale on nie słuchał. Patrzył na ścieżkę, prowadzącą do mostu nad wąskim strumieniem.
A tam, przy mostku, stał profesor Peddick, po kolana w wodzie, Podwiniętymi spodniami i dużą siatką w ręku. Za nim na brzegu zoczyłem blaszany czajnik pełen wody i niewątpliwie ryb. Oraz Księżniczkę Ardżumand.
— Zostań tutaj — rozkazałem Cyrylowi. — Mówię poważnie.
Podkradłem się do zaczajonego kota, żałując, że okazałem się mało przewidujący i nie kupiłem takiej samej siatki.
Księżniczka Ardżumand skradała się do czajnika, bezgłośnie stawiając białe łapki na trawie, a profesor, równie skupiony jak kot, pochylił się i powoli opuścił sieć nad wodę. Księżniczka Ardżumand zajrzała do czajnika i na próbę włożyła tam łapkę.
Skoczyłem, nakryłem ją otwartym sakwojażem i podebrałem jak rybę, na którą polowała. Również profesor Peddick opuścił sieć i wyciągnął z wody trzepoczącą rybę.
— Profesorze Peddick! — zawołałem. — Wszędzie pana szukaliśmy.
— Ciernik — oznajmił, wydobył rybę z sieci i wrzucił do czajnika. — Tu są doskonałe stanowiska na pstrągi.
— Terence przysłał mnie po pana — powiedziałem i wyciągnąłem rękę, żeby pomóc mu wejść na brzeg. — Spieszno mu do Pangbourne.
— Qui non vult fieri desidiosus amet — zacytował profesor. — Owidiusz. „Kto nie pragnie bezczynności, niech się zakocha”.
Jednak wylazł z wody, usiadł na brzegu, nałożył buty i skarpetki.
— Szkoda, że nie spotkał mojej siostrzenicy, Maudie. Spodobałaby mu się.
Podniosłem czajnik i sieć. Na rączce miała wydrukowany napis: PAMIĄTKA ZNAD RZEKI TAMIZY. Cyryl wciąż siedział tam, gdzie kazałem mu zostać.
— Dobry piesek! — pochwaliłem go, a on przybiegł pędem i podciął mi kolana. Woda chlusnęła z czajnika.
Profesor Peddick wstał.
— Naprzód. Minęło już pół dnia — oświadczył i dziarskim krokiem ruszył do wioski.
— Wysłał pan telegram? — zapytałem go, kiedy mijaliśmy urząd pocztowy.
Włożył rękę do kieszeni surduta i wyjął dwa żółte kwitki.
— Z opactwem są związane drobne historyczne ciekawostki — oznajmił, wsadzając kwitki z powrotem do kieszeni. — Ludzie Cromwella splądrowali je podczas Protektoratu. — Zatrzymał się przed wejściem. — Jest tutaj piętnastowieczna brama, którą powinieneś zobaczyć.
— Podobno profesor Overforce uważa, że Protektorat spowodowały siły natury — powiedziałem i zaprowadziłem perorującego profesora na przystań, gdzie starowinka w czepku próbowała sprzedać Terence’owi kubek z widoczkiem śluzy Boulter.
— Taka miła pamiątka z wycieczki po rzece — mówiła. — Za każdym razem, kiedy będzie pan pił herbatę, wspomni pan ten dzień.
— Właśnie tego się obawiam — mruknął Terence i zwrócił się do mnie: — Gdzieżeście byli?
— Na rybach — odparłem. Wszedłem do łodzi, postawiłem sakwojaż i wyciągnąłem rękę do profesora Peddicka, który, pochylony nad czajnikiem, oglądał ryby przez pince-nez.
— On na pewno wysłał ten telegram? — zapytał mnie Terence. Przytaknąłem.
— Widziałem kwity.
Cyryl rozłożył się na nabrzeżu i zapadł w głęboki sen.
— Chodź, Cyrylu — zawołałem. — Profesorze? Tempus fugit!
— Wiesz, jak już późno? — jęknął Terence, machając mi zegarkiem przed nosem. — Do licha! Już prawie jedenasta.
Usiadłem przy wiosłach i postawiłem sakwojaż między nogami.
— Nie martw się — pocieszyłem go. — Dalej pójdzie jak po maśle.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Nie ma nic — absolutnie nic — lepszego do roboty, niż pływać sobie łódką…