Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:

Wiktoria – reporterka telewizyjna około trzydziestki, niespodzianie, tuż przed wyjazdem na zdjęcia, dowiaduje się, że zostanie mamusią. Mamusią – proszę bardzo, tylko gdzie jest tatuś do kompletu?

Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.

Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…

„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 71
Перейти на страницу:

– Ty, Wika – zainteresował się Michał. – Co to jest milion na milion?

– To takie lotnicze określenie idealnych warunków. Widoczność milion metrów, podstawa chmur milion metrów. Kiedyś się przyjaźniłam z pilotami, zapamiętałam parę powiedzonek i jak tylko mam okazję, to się nimi popisuję. Rozumiesz, taki pan pilot od razu wie, że jestem swoja.

Maciek oglądał z uwagą swój zegarek i coś obliczał.

– Jest ósma trzydzieści pięć. Wejście mamy o dziewiątej trzydzieści osiem. Jeżeli ten pilot za piętnaście minut nie wystartuje, to może w ogóle nie startować.

Zacisnęłam zęby i poszłam do wozu dźwiękowego na kawę. Gdańszczaki ekspres miały w ciągłym użytku.

Plaża zaludniała się, przeważnie naszymi ludźmi i gośćmi przewidzianymi do wejścia. O tej porze mało kto tu przychodzi z własnej woli.

Po kwadransie zadzwoniłam do pilota.

– To samo, proszę pani.

– Maciek, damy mu jeszcze parę minut? Sam wiesz, to nasze mocne wejście.

– Wikuś, antena jest za czterdzieści minut, on tu musi dolecieć zabrać Rocha, wylądować, my to musimy nagrać i zmontować!

– Kurczę blade. Maciek, a jeżeli zrobimy tak: nagramy samo tylko lądowanie, powiemy, że to Rochu przyleciał, a jego samego zrobimy na żywca! Jedno, dwa ujęcia z puszki! Może nawet bez montażu… A antena jest za… czterdzieści pięć minut.

– Spróbujemy. Ja bym też nie chciał z niego rezygnować. W ostateczności pokażemy tylko Rocha z latarnią i nie będziemy nic mówić o śmigłowcu.

– Kurczę blade.

Zaczęliśmy już poważnie przygotowywać pierwsze wejście. Prezenterzy zostali uzbrojeni w słuchaweczki zleceniowe, bardzo dobry wynalazek, słyszą nas, ale nie mogą odpowiedzieć. Mają przyjąć do wiadomości i wykonać. Operatorzy mają podobne. Mówi do nich realizator, czasami do prezenterów ja. Kiedy pracuję z Maćkiem, to on przeważnie myśli o wszystkim. Ja tylko sprawdzam czas, żebyśmy nie przewalili, a zmieścili się ze wszystkim, co jest zaplanowane.

– Pamiętajcie, kochani – powiedziałam do nich jeszcze – dzisiaj waszym najważniejszym zadaniem nie jest podetkanie mikrofonu rozmówcy, tylko jego zabranie w porę. Wszystkie wejścia są bardzo krótkie, obstawa zawsze wam przypomni, ile macie czasu. Nie wolno przewalić, bo coś się nie zmieści. Warszawa jest bezwzględna! Zejdą z nas, jak tylko wykorzystamy swoje minuty i nie będzie się można wytłumaczyć, że nie zdążyliśmy, bo nas śmiechem zabiją. Aha! Broń Boże nie dawajcie żadnemu rozmówcy mikrofonu do ręki! Moja – twoja. Bo możecie nie zdołać odebrać! No to powodzenia…

Prezenterzy z obstawą i operatorzy poszli na swoje stanowiska. Roch powlókł się za Michałem. Czas już był, bo nasz wóz transmisyjny stał w uliczce na tyłach sceny, a wszystko, co się miało wydarzyć teraz, zaplanowane było o kilkaset metrów od nas, na drugim końcu plaży. A prezenterzy nie mogli przecież zasapani wchodzić na antenę.

Zrobiła się znienacka dziewiąta dziesięć. Popatrzeliśmy na siebie z Maćkiem. Pokręcił głową.

– Wika, tam już trzeba konie podprowadzać pod pirs, ten cały wóz z kupą dzieciaków. A jeśli konie spłoszą się, jak im ten śmigłowiec przeleci nad głowami i dadzą w długą razem z dziećmi?

– Maciuś, jeszcze mamy szansę!

Wydzwoniłam pilota.

– Jak???

– Tak samo…

– Cholera ciężka! To nie do pana, oczywiście.

– Jasne, rozumiem. Przykro mi.

– Trudno, rezygnujemy. Dziękujemy panu serdecznie za życzliwość.

– Zaraz, niech pani poczeka. Wołają mnie radiem. Jakiś pożar… niedaleko was! Jesteście gotowi? Jak jest wezwanie na ratunek, to mnie wolno startować w każdych warunkach, na moją odpowiedzialność! Ale ja mogę najwyżej usiąść na tym pirsie na pięć sekund i zaraz będę leciał!

– Panie kochany, a czy ktoś z panem jest?

– Jest, a po co wam?

– Czy on może na tym pirsie wysiąść na dziesięć sekund? Potrzebujemy faceta, który wysiada!

– Dobrze, powiem mu. Jak tylko wyląduję, on wyjdzie, ale zaraz musi wrócić i lecimy dalej!

W tle słyszałam wizg silników. Już kręcił.

– Dobrze! Wystarczy! Kamera czeka, niech pan leci! Powodzenia!

Odwróciłam się do Maćka. Skinął głową.

– Wszystko wiem. Niech Krysia wydzwoni faceta z końmi i uprzedzi, że zawołamy ich w ostatniej chwili. Chodźmy do wozu.

Wbiliśmy się w ciasną przestrzeń między konsoletą a ścianą wozu. Kamery już pokazywały, że prezenterzy są na stanowiskach.

– Pawełku, uważaj – powiedział Maciek do mikrofonu w konsolecie. – Za chwilę śmigłowiec będzie lądował na pirsie. Wyjdzie z niego facet i będziemy udawali, że to Roch. Pokaż go jakoś inteligentnie, żeby nie można było rozpoznać. Bądź czujny, nie będzie możliwości zrobienia dubla. Siądzie i zaraz się poderwie. Uważajcie wszyscy, czy nie leci. Już wystartował z Goleniowa, zaraz będzie u nas. Jak tylko go zobaczycie, melduj. Michał, słyszysz mnie?

Michał na jednym z ekranów przed naszymi nosami skinął głową energicznie.

– Jak będzie twoje wejście, rób wrażenie, że Roch przyleciał tym śmigłowcem przed sekundą, śmigłowiec będzie z puszki. Pokażę śmigłowiec, pogadaj chwilę i po paru sekundach przedstawiasz Rocha. Rozumiemy się?

Michał ponownie skinął głową z zapałem.

– No, niech on już lepiej będzie – mruknął Maciek. – Mateusz jesteś gotów do nagrania?

– Tak, oczywiście – potwierdził niewzruszony Mateusz, który dzisiaj usiadł przy magnetowidach.

Usłyszeliśmy podniecony głos Michała, wołającego do swojego mikrofonu:

– Leci! Widzę go, tam…

– Start, Beta – powiedział Maciek, a Mateusz uruchomił magnetowid. – Paweł, widzisz go?

– Widzę, ale jest jeszcze bardzo mały. – Paweł, jedyny na planie, miał słuchawki z mikrofonem i mógł rozmawiać z realizatorem. – Uważaj, Maciek, zaraz mi wleci w kadr…

Intensywnie wgapialiśmy się w ekrany. Jest!

– Prowadź go, Pawełku, prowadź! O skubany, rajdowiec, fasoniarz… Bardzo ładnie. Bliżej z tym piachem, bliżej! Ślicznie! Nie chcę widzieć, kto wysiada! Dobrze. Spróbuj pokazać pilota, niech ci pomacha łapką! Dobrze, bardzo dobrze! Prowadź go, jak startuje, prowadź. Jeszcze leci, leci, wypuść go z kadru. Dobrze, dziękuję, mamy! Mateusz, za cztery minuty wchodzimy!

Mateusz już montował to, co nagraliśmy przed chwilą. Minutę przed anteną był gotowy.

Tymczasem Maciek wydawał ostatnie polecenia operatorom i prezenterom, czekającym na planie.

Na antenie już szalała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.

Z głośnika rozległ się miły, spokojny baryton kolegi z Warszawy.

– Niechorze, Warszawa woła, słyszycie nas?

– Bardzo dobrze – odpowiedział Maciek.

– Wchodzicie za minutę, wywołamy was. Jesteście gotowi oczywiście?

– Oczywiście.

Warszawiak wyłączył się. Maciek powiedział do mikrofonu:

– Uwaga, za pół minuty antena. Za chwilę, jak powiem, rozbieramy prezenterów!

Śledziliśmy, co się dzieje w warszawskim studiu. Kończyła się jakaś rozmowa. Kiedy już wyraźnie zanosiło się na postawienie kropki, Maciek zawołał:

– Marta, rozbieraj się! Reszta towarzystwa za parę sekund!

Marta błyskawicznie ściągnęła z siebie wierzchnie okrycie.

Maciek pod wydmą i Ela na wozie zrobili to samo.

– Uwaga – powiedziała Warszawa.

– Uwaga, Marta – powtórzył Maciek. – Jesteś!

W tejże chwili nasza Martusia pojawiła się w milionach polskich domów, budząc z pewnością przyspieszone bicie serc wszystkich prawdziwych mężczyzn. Wyglądała jak lala, w żółtym podkoszulku z dużym dekoltem. Kazaliśmy jej też dopiąć bujne loki, co wydatnie podnosiło jej urodę i westernowy wdzięk. Taka Dolly Parton, tylko młodsza i o niebo ładniejsza.

Wymachując kapeluszem, zawołała ekspresyjnie:

– Witamy wszystkich w Polsce! Witamy z plaży w Niechorzu! Jest zima, styczeń, u nas jest minus pięć stopni… – Zawahała się na ułamek sekundy i prawdomównie sprostowała. – A może plus pięć, nieważne, ważne, że atmosfera jest gorąca, myśmy się tu porozbierali, temperatura uczuć rośnie z każdą chwilą! Na tej wielkiej scenie będzie dzisiaj wielki koncert, a ponieważ w stosunku do reszty kraju jesteśmy na zachodzie, niech więc dzisiaj będzie to Dziki Zachód!

Maciek przemiksował się na wóz, wjeżdżający właśnie na plażę. Na wozie siedziało trzydzieścioro wolontariuszy – oczywiście okutanych w kurtki nieprzemakałki – pozawijana w szale kapela irlandzka oraz nasza druga prezenterka, Ela, też w podkoszulku.

Powiedziała, co miała powiedzieć, błysnęła hollywoodzkim uśmiechem i wywołała Michała.

Michał, oczywiście w podkoszulku, gadał coś o śmigłowcu. Śmigłowiec wylądował w chmurze pyłu wodnego i piachu, ktoś tam z niego wyleciał – przysięgłabym, że Roch! – po czym helikopter wystartował z dużym wdziękiem. Jeszcze mignęła nam twarz pilota, który pozdrawiał wszystkich uniesieniem ręki.

Nie wiem, czy Roch sam chciał, czy moi kochani koledzy go zmusili łagodną perswazją, dosyć, że nie miał na sobie ani mundurowego płaszcza, ani nawet mundurowej kurtki, tylko koszulę z podwiniętymi rękawami! Reprezentację munduru stanowiła czapka ze złotym emblematem Urzędu Morskiego. Pod pachą trzymał imponującą lampę nawigacyjną. Michałek zaprezentował Rocha i jego latarnię, zaprosił cały świat do nas na plażę, po czym Warszawa z nas zeszła.

Rzuciliśmy się sobie z Maćkiem w objęcia.

– Pierwsze wejście za nami – powiedział. – Teraz już będzie coraz lepiej.

– Wiesz, Maciusiu, ja tak sobie myślę, że dobrze, że to pierwsze wejście było z kłopotami. Bo jak za dobrze żre od początku, to w końcu kłopoty i tak się pojawią. A my je mamy już z głowy.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)