Zapiski Stanu Poważnego
- Автор: Szwaja Monika
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:
Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.
Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…
„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
Zaczynaliśmy się domyślać.
– Całe niebo jasne – powiedziała dramatycznie szefowa. – Całe niebo. Nad morzem. Jasno jak w dzień. I to, cholera, z różowym odcieniem! I taka łuna wali… Ja sobie myślę: pali się czy co? Ale co się pali? Morze się pali? Piasek na plaży się pali? Wybuch atomowy? To by przecież było słychać. No i w tym momencie wjechałam prosto w słup, szlag by to trafił. Dobrze, że mi się nic nie stało, tylko samochód mi się trochę sfilcował z boku. Z lewej, więc prawą wysiadłam. I jak tylko wysiadłam, to wszystko zgasło.
I teraz nie wiem, co to było, czy może miałam halucynacje…
Chlapnęła sobie jeszcze koniaczku, najwyraźniej wstrząśnięta do głębi, po czym zamilkła.
Powstrzymywany dotąd ryk uciechy wydobył się ze wszystkich naszych gardeł. Szefowa spojrzała na nas jak na bandę wariatów.
– Pani szefowo – piał Marcin – nie miała pani halucynacji! To wszystko przez niego, przez tego faceta… – Tu zwalił się na wyniosłą pierś kolegi od światła w paroksyzmie radości.
– Nic nie rozumiem. – Pani szefowa patrzała na podstawionego jej Szymona z lekkim zdumieniem. – Co ten pan zrobił?
Wyjaśniliśmy jej. Oczekiwaliśmy, że teraz na mur wywali nas z lokalu i jeszcze oskarży o spowodowanie demolki samochodu. Nie doceniliśmy szefowej. Też była artystką.
– Ho, ho – powiedziała. – To dla mnie zaszczyt, gościć człowieka, który potrafi zrobić coś takiego. Panie… Szymonie, dawno już nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. Musicie być moimi gośćmi, pan i pańscy koledzy. Nie, proszę nie protestować. Ja zapraszam.
Po czym okazało się, że jednak żarcie w lokalu jest i to w dużych ilościach. Oraz niezłe asortymentowo. „Stoliczku, nakryj się”, które zaprezentowała nam wrażliwa na piękno dama, zawierało kawior, szampan, koniaczki, szyneczki, jajeczka w majonezie, sałatki, galaretki, łakocie najróżniejsze. Dama namawiała nas do spożywania i z wszystkimi przeszła na ty.
Najbardziej, oczywiście, pokochała Szymona. Chyba z wzajemnością. W końcu nikt jeszcze nie dał mu takiego dowodu uznania dla jego trudnej sztuki.
W połowie bankietu zarządziliśmy z Maćkiem odwrót dla realizacji obrazu i dźwięku, prezenterów i ich obstawy. Bardzo nie chcieli iść, ale sami wiedzieli, że obowiązek ich wzywa. Koledzy, którzy pozostawali na placu boju, zgodnie ogłosili, że nie ruszą się, dopóki nie wróci Marta i nie zatańczy na rurze.
Ewa, która była z nami pierwszy raz na takiej dużej transmisji, nie bardzo wiedziała, dlaczego psujemy wszystkim zabawę.
– Nie możecie tego omówić jutro?
– Jutro nie będzie szans – pokręcił głową Maciek. – Sama zobaczysz.
Fakt.
Bite trzy godziny siedzieliśmy w hotelu przy kawie i omawialiśmy drobiazgowo, sekunda po sekundzie, wszystkie osiemnaście wejść. I te warszawskie, i te lokalne. Na początku odbyło się losowanie kto kogo obstawia. Bartek wylosował Martę, Tomek, syn Krysi, Elżbietę, a niejaki Wiesio, na co dzień człowiek z biura, Michała.
– Po co właściwie ta obstawa? – znowu chciała wiedzieć Ewa. – Po co mnożyć byty na planie?
– To jest bardzo potrzebne, Ewuniu – wyjaśnił Maciek, uprzejmy, jak zawsze, do obłędu. – Nasi prezenterzy na planie mają mieć komfort psychiczny. Obstawa dba o nich, doprowadza do nich rozmówców, lata po kawę, pilnuje godzin i tak dalej. Oni ma ją być świetni na antenie.
– Będziemy, Maciusiu, będziemy! – zapewniła gorąco Marta.
– Jak chcesz, to ja się rozbiorę na wejście.
Maciek pokiwał głową.
– A potem odlecisz tym śmigłowcem od razu do szpitala.
– Czekajcie – powiedziałam. – To jest pomysł. A jakby tak na początek, tylko w pierwszym wejściu, które jest króciutkie, Marta była w podkoszulku? Rozumiecie? Styczeń, zima nad morzem, a u nas atmosfera gorąca…
– Bardzo dobrze – zawołała Marta, która z zasady jest nieustraszona. – Tak zrobimy! Będę w podkoszulku i będę wywijać kurtką nad głową!
– Wariat – powiedziała Ewa.
– Nie wariaci. Czekaj – zastanawiałam się dalej. – To trzeba tak zrobić, że Marta będzie czekała na wejście ubrana. Potem, jak wam powiemy z wozu, że wchodzimy na antenę, Bartek ściągnie z niej kurtkę. No i ile czasu będzie goła? Pół minuty? Nie umrze.
– Oczywiście – poparła mnie Krysia. – A jak tylko zejdzie z anteny, Bartek ją ubierze. I natychmiast dostanie łyk koniaczku.
– Ja też tak chcę – zażądał stanowczo Michał. – Też mogę być w podkoszulku. Jak ona, to i ja. Nie będę robił za mięczaka. Jak by to wyglądało: dziewczyna bez ubrania, a ja w futrze!
– To ja też chcę. – Ela była solidarna.
– No, no, kochani – Maciek był wyraźnie stropiony. – To ja za was nie odpowiadam…
– Ty nie masz za nas odpowiadać – zawołała Marta. – Ty masz nas ładnie pokazać!
– Ciebie trudno brzydko pokazać. Ciebie też, Elu. Co innego Michał…
– O ty podlecu – powiedział Michałek z goryczą, bo miał kompleksy na tle własnej urody, niesłuszne zresztą. – Ja ci to kiedyś przypomnę.
Wróciliśmy do scenariusza. W zasadzie nie było niespodzianek, trzeba było tylko przewidzieć bardzo dokładnie wszystko, co się będzie działo.
Dla mnie to już właściwie koniec – no, prawie koniec – pracy. Nawymyślałam, nawymyślałam, zgromadziliśmy ludzi, którzy mają zrobić to, co zostało wymyślone i przygotowane… teraz już będą działać ludzie na planie. Impreza pójdzie tak, jak ją zaplanowali organizatorzy z naszą pomocą. Prezenterzy zaprezentują, obstawa zadba o to, żeby było jak w scenariuszu, operatorzy pokażą, Maciek zmiksuje. A ja będę siedzieć obok niego w wozie transmisyjnym i obgryzać paznokcie.
Bez przesady. Przeważnie nieźle się trzeba nauganiać, nawet jeśli mamy drobiazgowo przemyślane wszystko.
Niedziela, 7 stycznia
Najważniejsza jest pogoda.
No więc wyglądało, że będzie nieźle. Trochę mgiełek snuło się nad morzem, ale słońce też było widać. Wiatru zero. Fala zerowa, to znaczy spokojnie możemy czekać na naszą obiecaną kanonierkę, to jest, przepraszam, okręt minowo-desantowy. Śmigłowiec też nie powinien mieć problemów.
Pierwsze wejście mamy parę minut po wpół do dziesiątej, więc umówiliśmy się z Rochem, że nagramy jego lądowanie o wpół do dziewiątej.
O ósmej byliśmy wszyscy już przy wozach.
O ósmej piętnaście pojawił się Roch, piastując pod pachą sporą latarnię nawigacyjną w kolorze czerwonym.
– Rochu, a co ty tu robisz? – zdziwiłam się. – Właśnie miałam do ciebie dzwonić, Maciek już wysłał operatora na pirs, za kwadrans powinieneś lądować!
– Jest kłopocik – powiedział Roch. – Śmigłowiec nie może wystartować.
– Skąd nie może?
– Z Goleniowa.
– Co się stało, na litość boską? Maciek – wrzasnęłam. – Maciek! Chodź tu do nas!
Maciek wyskoczył z wozu.
– W Goleniowie jest mgła – tłumaczył Roch. – Pilot mówi, że mowy nie ma o starcie.
– Jaka mgła? – Z niedowierzaniem spojrzeliśmy na siebie, a potem na rozsłonecznioną plażę.
– No, jest. Zero widoczności. Zero, to może przesadzam, ale najwyżej kilka metrów. Nie wystartuje, mówię ci.
– Cholera – powiedziałam brzydko. – Zaczyna się.
Maciek zareagował spokojniej.
– Odwołajcie Pawła z pirsu – zawołał w stronę wozu. – Słuchajcie, nie jest jeszcze tak źle. Może przez pół godziny ta mgła zejdzie… Ile czasu on tu będzie leciał?
– Piętnaście minut. Miał mnie zabrać z lądowiska pod latarnią morską, tam jest taka łączka.
– Dobrze – ochłonęłam. – To musimy być na stand by, jak on da znać, że leci, to ty szybko jedziesz na lądowisko, on cię zabiera i robimy. Daj mi numer do niego.
Pojawili się prezenterzy, cała trójka, w obstawie swoich bodyguardów. Humorki mieli rozkoszne po prostu i wszyscy poubierani byli nieco westernowo. Nie tyle, żeby to była przebieranka, ale taki akcencik każde z nich posiadało. Pod akcencikiem cała trójka miała podkoszulki… Marta wywijała ogromnym stetsonem.
– Cześć robaczki! – zawołała na powitanie. – Czemu to pani redaktorka nie przyszła wczoraj obejrzeć, jak ja tańczę na rurze?
– Mieliście jeszcze siły na balangę?!
– My zawsze mamy siły na balangę!
– Marcia, Marcia… dla mojego potomka byłoby to doświadczenie niestosowne, w jego młodym wieku.
– Przecież nic by nie widział! Gdzie ty go trzymasz? Nie w brzuchu?
– Ona ma rację – wtrącił Michał, też w kapeluszu, tylko nieco mniejszym niż młyńskie koło. – Śpiewy były. I okrzyki. Młody mógłby się zgorszyć. A co tu robi mój partner do wywiadu? Już myślałem, że przyjdę na ostatnią chwilę i leciałem na pirs, ale mnie Paweł zawrócił. Coś walnęło?
– Na razie połowicznie – odpowiedziałam i wywołałam numer na komórce. Pilot zgłosił się od razu. – Wiktoria Sokołowska, Telewizja, dzień dobry. Jakieś dziwne rzeczy pan Solski nam tu opowiada. Co z tą pogodą u was? Naprawdę taka mgła?
– Naprawdę. Ja już siedzę w maszynie, mogę startować w każdej chwili, jeżeli tylko mgła się podniesie albo opadnie, choćby na parę sekund. Ale od rana jest kompletne mleko.
– Nie do wiary… u nas jest pełne słońce, milion na milion!
– Wie pani, to lotnisko jest położone tak dziwnie, że czasami wszędzie pogoda, a tutaj nic nie widać. W każdej chwili może być zmiana.
– No trudno. Będziemy w kontakcie. Jeśli tylko poprawią się warunki, proszę, niech pan natychmiast da znać panu Solskiemu. Ma pan jego telefon?
– Tak, oczywiście. Dobrze, to na razie…