Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]
- Автор: Кресс Нэнси
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-86868-93-7
- Переводчик: Kinga Dobrowolska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]». Краткое содержание книги:
W zaciszu stworzonej przez siebie wyspy opracowują własny porządek świata, od czasu do czasu zadziwiając ludzkość wynalazkami. Ameryka, przytłoczona ciężarem wielomilionowej populacji bezczynnych trutni, wstrząsana nieodpowiedzialnymi eksperymentami genetyków i nanotechników, pogrąża się w chaosie i chyli ku upadkowi.
— Hej! Trochę wolniej!
Zwolniła; bezczelnie wlekła się teraz noga za nogą. Już się nie wykłócałem. Próbowałem za to dokładnie zapamiętać drogę.
A nie było to łatwe. Wszystkie tunele wyglądały tak samo: białe, pozbawione wszelkich cech indywidualnych — długie szeregi na przemian brudoodpornych płyt i identycznych, nie oznakowanych drzwi. Próbowałem więc zapamiętać okruchy upuszczonego jedzenia, ślady butów. Raz zobaczyłem przytrzaśnięty drzwiami prostokącik koronki i wiedziałem, że musiała tędy przechodzić Abigail. Peg pchała mnie jak robot, beznamiętnie i niezmordowanie. Zacząłem tracić rozeznanie w tym, co próbowałem zapamiętać.
Po trzech kwadransach minęliśmy robosprzątaczkę, która wymiatała wszystkie moje punkty orientacyjne.
Podczas całej tej wycieczki widziałem tylko dwoje otwartych drzwi. Jedne prowadziły do wspólnej łazienki. Inne otwarły się na moment, umożliwiając mi jeden szybki rzut oka na rzędy kanistrów o wysokich parametrach zabezpieczeń. Czy to dysymilator duragemowy? Albo jakiś inny niszczyciel, który według Jimmy’ego Hubbleya godzi się wypuścić na nieprzyjaciół?
— Co to było? — spytałem Peg.
— Zamknij się.
Po godzinie wróciliśmy w rejony dla plebsu. Lunch wciąż trwał. Peg pchnęła mnie do pustego stolika i rzuciła przede mną jeszcze jedną miskę gulaszu. Nie czułem się głodny.
Po kilku minutach przysiadł się do mnie Jimmy Hubbley.
— No, synu, spodziewam się, że usatysfakcjonowała cię ta mała wycieczka?
— Tak, tak, było wspaniale — odparłem. — Widziałem, jak ludzie pracują dla dobra rewolucji.
Roześmiał się.
— Och, przygotowania do rewolucji mają się dobrze. Ale nie mam zamiaru dać się sprowokować i pokazać panu wszystko, zanim będę gotów. Mamy dość czasu.
— Nie boi się pan, że armia stanie się niespokojna, tkwiąc w nieróbstwie? Co generał Marion robił ze swoim wojskiem między jedną a drugą bitwą?
Odłożyłem łyżkę; nienawidziłem go tak strasznie, że w jego obecności nie chciało mi się nawet udawać, że jem. Mój Boże, ależ bym się napił.
Wydawał się zaskoczony.
— Panie Arlen, normalnie nikt nie tkwi tu w nieróbstwie. Mamy wszak niedzielę, dzień sabatu. Przyjdziesz pan jutro, a zobaczysz normalne ćwiczenia. Generał Marion wiedział dobrze, jakie znaczenie dla ducha armii ma dzień odpoczynku i wytchnienia.
Popatrzył wkoło z zadowoleniem. Tylko trzy twarze w tej cholernej izbie wykazywały jakieś ślady życia: uśmiechający się do siebie Joncey i Abigail — ta ostatnia nadal zszywająca swoje koronki — oraz Peg.
— Jedz swój gulasz, synu — odezwał się życzliwie Hubbley. — Potrzebujesz jedzenia, żeby wzmocnić siły.
— Nie — odparłem. — Nie potrzebuję.
Rzecz jasna, nie miał pojęcia, o czym mówię. Ale Peg, czujna jak dzikie zwierzę, wychwyciła coś z tonu mego głosu. Rzuciła mi twarde spojrzenie, a potem znów zwróciła oczy na Jimmy’ego Hubbleya. Jej wiecznie skwaszona twarz stopniała teraz w szacunku i nabożnym podziwie, no i w tej beznadziejnej, pełnej tęsknoty miłości, jaką ktoś tak zwyczajny jak ona może żywić wobec kogoś, kto stoi nad nią równie wysoko, jak sam Bóg.
KSIĘGA TRZECIA
Październik 2114
Miarą naszego postępu jest nie to, że dodamy dóbr tym, którzy już mają ich nadmiar, ale to, czy damy dość tym, którzy mają ich zbyt mało.