Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Góra trzech szkieletów
Góra trzech szkieletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Góra trzech szkieletów

Электронная книга - «Góra trzech szkieletów». Краткое содержание книги:

Wielbiciele Raymonda Chandlera i Alistaira MacLeana – czas zrpbić miejsce na półce: nadchodzi Artur Baniewicz!
Góra Trzech Szkieletów to zaskakująca do ostatniej strony, trzymająca w napięciu historia polsko-bałkańskich przygód detektywa Małkosza, nawiązująca do najlepszych tradycji kryminału i powieści sensacyjnej. Dynamiczna, filmowa wręcz akcja, wyraziste postaci, pełne humoru dialogi, brawura i… miłość – fascynująca powieść Artura Baniewicza to dobitny dowód na to, że… Polak potrafi!
Marcin Małkosz jest człowiekiem o bujnej przeszłości, saperem i byłym oficerem Wojska Polskiego, wyrzuconym z armii za to, że dopuścił do śmierci trzech podwładnych podczas wojny na Bałkanach.
Kiedy postanawia spróbować swych sił jako prywatny detektyw, nie podejrzewa, że już pierwsze zlecenie będzie dla niego początkiem prawdziwych kłopotów, a także burzliwego romansu.
Jego klientką jest Jovanka, cierpiąca na amnezję młoda Bośniaczka, która usiłuje odnaleźć ojca swej chorej na białaczkę córki. Poszukiwania prowadzą Małkosza na tereny byłej Jugosławii, trafia też na ślad wielkiej afery, w którą wplątani są jego dawni zwierzchnicy, prominentni polscy politycy, a nawet piękna Jovanka.
Historia skomplikowanego śledztwa, obfitująca w liczne niespodzianki i zaskakujące zwroty akcji, odwołuje się do najlepszych wzorów powieści sensacyjnej.
Ironiczny, chandlerowski, styl narracji, wyraziste sylwetki bohaterów i wierność realiom czynią z Góry trzech szkieletów pasjonującą lekturę.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 84
Перейти на страницу:

Wycofałem się na czworakach – nie zapomniałem o tym drugim, wypatrującym czubka mojej głowy z góry na południu. Nie miał szansy na pewny strzał, ale nie zamierzałem dawać mu okazji. Jego ogień informował tych dwóch, stanowiących sekcję granatnika.

– Wyłaź z bunkra! – zawołałem stłumionym głosem po dotarciu do głównej transzei. Przycupnięty w gnieździe strzeleckim Błażejski był na tyle blisko, że zdołał chwycić mnie za rękę.

– Ostrożnie – wyszeptał, a mnie poniewczasie przypomniała się własna instrukcja w tej kwestii. – On może widzieć drzwi. Niech pan spojrzy, jak biegnie ten rów.

Lodowate ciarki przemknęły mi po kręgosłupie.

– Stój! – Tym razem niemal się wydarłem. – Nie wychylaj się z bunkra! Okop jest pod obstrzałem!

Wcale nie próbowała wychodzić. Miotała się pewnie po pełnym dymu i trupów wnętrzu, po omacku szukając… No właśnie, na dobrą sprawę, nie wiedziała nawet czego. Granaty do podlufowego pallada wyglądały jak bardzo duże naboje pistoletowe i było niemal pewne, że nawet jeśli je wymaca, zwyczajnie ich nie rozpozna.

Okazało się, że narobiłem wystarczająco dużo hałasu. Granat przeleciał nad resztkami dachu i pacnął miękko o zewnętrzną stronę workowego szańca. Potem odtoczył się chyba i nim zapalnik zainicjował wybuch, zdążył oddalić się o następny metr, ale mówiąc o celności, nie należało brać go pod uwagę. Błąd wyniósł więc kilkadziesiąt centymetrów. O tyle bliżej powinien upaść, by wylądować nam na kolanach.

– Są za blisko! – Teraz już i mogłem, i musiałem krzyczeć, jako że obaj lekko ogłuchliśmy. – Nie wychylaj się! Idę na tamtą stronę! Stąd się nie da strzelać!

– Wykończy pana!

Trochę za późno próbował mnie chwycić. Nie pokazałem snajperowi więcej niż kawałek potylicy – ale to wystarczyło. Pocisk wyczesał mi przedziałek we włosach. Natychmiast runąłem z powrotem pod ścianę.

– Może… Gdybyśmy wszyscy razem skoczyli… – Błażejski kiwnął głową ku zachodowi i skarpie, która już raz dała schronienie mnie i Jovance. – Was nie trafił, a biegaliście wte i wewte.

– Nie – mruknąłem. Zastanawiałem się gorączkowo.

– Ale tu nas wykończą granatami!

– Nie – powtórzyłem, już stanowczo. – Za schronem jest facet z automatem. Ten drugi też nie przylazł z samym granatnikiem. Skoszą nas, nim przejdziemy przez worki.

– Ale oni mają granaty! Mamy tak siedzieć i czekać?!

– Bez paniki – warknąłem. – Widzisz ten deszcz granatów? Mają może jeden albo dwa. Nie będą ich marnować. – Chciał mi wierzyć, więc nie skomentował. – Słuchaj, muszę wejść do środka. Przejdź dalej i jak dam znak, postrzelaj trochę w tę górę.

Nie był zbytnio przekonany. Pokiwał jednak głową, ścisnął karabin i zaczął przesuwać się ku wschodniemu końcowi rowu. Był przy pierwszej z dwóch strzelnic tego odcinka, kiedy znad jego głowy ryknął krótką serią karabin maszynowy. Padł jak długi, a ja potrzebowałem drugiej serii, by zrozumieć, że kaem tłucze z wnętrza schronu, a celem jest góra na południu. Zaskoczenie było kompletne.

Nogi same poniosły mnie ku drzwiom. Jeżeli nawet snajper próbował mnie zabić, nie spostrzegłem tego: kaem zajazgotał akurat kolejną serią. Przeskoczyłem próg i zderzyłem się z Jovanką. Opasana taśmą amunicyjną, tuląc do piersi masywny karabin, próbowała właśnie pokonać drzwi w przeciwnym kierunku.

– Na dwór! – krzyknęła mi w twarz.

– Snajper! – Zastąpiłem jej drogę, całkiem niepotrzebnie, bo nie tyle sama rwała się na zewnątrz, co wypychała mnie.

– A tu granatnik! Wyłaź!

Nie wiem, dlaczego to jej wola wzięła górę. Byłem oficerem, a ona nawet nie szeregowym, snajper miał mnóstwo kul, a ten z RPG-7 mógł dysponować już tylko bezużyteczną rurą bez rakiet. A jednak dałem się wypchnąć. Błażejski nie strzelał i nie działo się nic, co mogłoby odwrócić uwagę tego drania na górze. Mogłem tylko grzmotnięciem między łopatki posłać dziewczynę w stronę północnego ramienia okopu i pobiec za nią, licząc na łaskawość losu. Gdybyśmy dopadli zakrętu naprawdę szybko…

Trzeci wystrzał z granatnika wyleczył mnie z nadziei. Jovanką pognała dalej, ale mnie podmuch eksplozji dopadł za blisko drzwi. Fala sprężonego powietrza rzuciła mną o ściankę z worków, obaliła, splątała ręce z nogami i karabinem. Na domiar złego upadłem w poprzek okopu i zaklinowałem się beznadziejnie. Wtedy nadleciała pierwsza kula. Usłyszałem ją. Warknięcie, uderzenie, szelest piasku. Blisko. Wyszarpnąłem nogę spod karabinu i zacząłem się obracać, w pełni świadom żółwiego tempa swych ruchów. Dwa, może trzy mierzone strzały – tyle wybuch w bunkrze podarował snajperowi i tyle musiałbym przetrwać, by dotrzeć za zakręt rowu. To znaczy: gdyby Jovanka zachowała się rozsądnie. Zawracając i wbiegając z powrotem do odsłoniętego odcinka transzei, przekreśliła ostatecznie moje szanse.

– Chowaj się! – krzyknąłem, przewracając się na plecy. Następny nabój trafił do komory. Pocisk powinien równie łatwo dosięgnąć celu, ale nagle snajper zaczął się spieszyć. Broń powtarzalna jest stosunkowo powolna i jeśli strzelec chciał wykorzystać okazję i trafić także Jovankę, musiał zrezygnować z jakości mierzenia na rzecz ilości.

– Szybko! – usłyszałem jej krzyk. Podciągnąłem kolana jeszcze bliżej nosa i jakimś cudem wykonałem przewrót w tył, lądując na łokciach i kolanach. Właśnie wtedy zrozumiałem, jak strasznie zawaliłem sprawę.

– Chowaj się!!! – ryknąłem, rzucając się w kierunku Jovanki i niemal natychmiast waląc z powrotem na brzuch, zdradzony przez źle ustawioną stopę.

Stała i była bliżej kryjówki! To na nią musiał polować każdy rozsądny strzelec. Trzeba być ostatnią idiotką, by zrobić to, co zrobiła, czyli poderwać do ramienia ciężki jak cholera karabin maszynowy i stojąc w szerokim wykroku, zacząć się przestrzeliwać z ukrytym pół kilometra dalej snajperem.

Jedna pięciostrzałowa seria, druga, następna… Jeżeli celowała we właściwą górę – a wcale nie byłem tego pewny – to musiała mierzyć dość nisko. Nie mogłem nawet porządnie pobiec, bo gdybym się wyprostował, ta wariatka rozniosłaby mi głowę, pognałem więc w jej stronę jak własny praprzodek, nieufający jeszcze dolnym kończynom na tyle, by nawet w biegu nie podpierać się górnymi. A ona strzelała, strzelała i strzelała… Wciąż żywa. Nie rozumiałem tego.

Prawdziwy cud dane mi jednak było obejrzeć parę sekund później, kiedy Jovanka płynnym, cudownie skoordynowanym ruchem zeskoczyła mi z drogi, otwierając przejście do północnej odnogi transzei, zamarła na ułamek sekundy, po czym podniosła dymiącą lufę kaemu i króciutką, dwustrzałową serią odłupała czubek wychylającej się zza worków głowy.

Potem okazało się, że były to ostatnie dwa naboje w taśmie. Ale cudu nie umniejszyło to w żaden sposób.

Major Olszewski wszedł do kontenera, nie pukając.

– A już myślałem, że to dyżurny – westchnąłem, dźwigając się z łóżka. – Pół godziny temu zamówiłem kolację.

– Jest w drodze – stwierdził beznamiętnie. Chyba czekał, aż wyrażę mu szacunek, siadając porządnie. – Mam dla pana nieciekawą wiadomość. Okazuje się, że jest pan poszukiwany przez policję.

– Ciekawa wiadomość – udałem zaintrygowanie. Nie spodobała mu się taka reakcja.

– Podobno jest pan zamieszany w morderstwo. Nie ma w tym nic zabawnego.

– Mogę zapytać, jak uzyskał pan tę informację? Podsłuchujecie policyjne częstotliwości?

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 84
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)