Młodość dla wybranych
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Młodość dla wybranych». Краткое содержание книги:
Kilkanaście dni później do szpitala trafia mężczyzna z takimi samymi objawami, jak u nadal nie odnalezionego Harry’ego Slotkina. Obu wcześniej leczył doktor Carl Wallenberg. Pacjent umiera, a Toby, wbrew woli Wallenberga, aranżuje sekcję zwłok. Diagnoza nie pozostawia wątpliwości co do przyczyny śmierci: zarażenie chorobą szalonych krów.
Kilka innych tajemniczych zgonów, których wyjaśnieniem zajmuje się Toby, wskazuje coraz wyraźniej, że to nie epidemia, lecz rezultat czyjegoś świadomego działania. Tropy prowadzą do luksusowego domu opieki, w których Wallenberg i jego współpracownicy przeprowadzają eksperymenty medyczne na starcach, wszczepiając im hormony…
Spotkali się wzrokiem. Dmuchnął wiatr znad stawu, zatrzeszczały gałęzie drzew. Toby zadrżała.
– Czuję, że jesteś do niej bardzo podobna.
– Ja? Nie, ja nie jestem dobra. I bardzo tego żałuję. – Popatrzyła na drobne fale tańczące na wodzie. – Jestem zbyt niecierpliwa. Podchodzę do wszystkiego zbyt emocjonalnie, a to nie sprzyja dobroci.
– To fakt, pani doktor. Przekonałem się o tym już w trakcie naszej pierwszej rozmowy. Nawet teraz dostrzegam emocje, które malują się na twojej twarzy.
– Przerażające, co?
– Za to zdrowe dla ducha. Przynajmniej potrafisz je z siebie uwalniać. Szczerze mówiąc, przydałoby mi się trochę twojej uczuciowości.
– A mnie twojej powściągliwości – odrzekła ze smutkiem. Ostatni kawałek pizzy został zjedzony. Pudełko trafiło do kosza na śmieci, a oni poszli na spacer. Zdawało się, że Dvorak nie zauważa zimna. Poruszał się swobodnie, z wdziękiem stawiał długie nogi, a ponieważ nie zapiął płaszcza, szalik fruwał za nim jak niesiony wiatrem suplement.
– Chyba nie spotkałam jeszcze patologa, który nie byłby powściągliwy. Wszyscy jesteście takimi pokerzystami?
– Pytasz, czy nasza osobowość różni się czymś od osobowości człowieka w stanie śpiączki?
– Ci, których znam, są tacy spokojni. I bardzo kompetentni, jakby znali odpowiedzi na wszystkie pytania.
– Bo tak jest.
Spojrzała na jego kamienną twarz i wybuchnęła śmiechem.
– Jesteś dobrym aktorem, Dan, nabrałeś mnie.
– Powiem ci prawdę: uczą nas tego na stażu. Jak wywierać na ludziach wrażenie osób inteligentnych. Ci, którzy obleją egzamin, zostają chirurgami.
Odchyliła głowę i roześmiała się jeszcze głośniej.
– Ale masz rację – przyznał. – Na patologię idą cisi i spokojni. To nauka przyciąga tych, którzy lubią pracować w podziemiach. Którzy czują się lepiej, gdy spoglądają przez mikroskop niż gdy mają rozmawiać z ludźmi.
– Ty też taki jesteś?
– Niestety, chyba tak. Nie radzę sobie z ludźmi. Pewnie dlatego się rozwiodłem.
Chwilę spacerowali, milcząc. Wiatr nawiał kilka chmur, tak że szli to w słońcu, to w cieniu.
– Ona też była lekarzem? – spytała Toby.
– Patologiem, tak samo jak ja. Bardzo błyskotliwym i bardzo powściągliwym. Nawet nie zauważyłem, że coś się między nami popsuło. Dotarło to do mnie dopiero po jej odejściu. Co potwierdzałoby fakt, że oboje byliśmy świetnymi pokerzystami.
– Małżeństwu to chyba nie służy.
– Naszemu nie służyło. – Nagle przystanął, spojrzał na swój pasek do spodni i zmarszczył brwi. – Ktoś do mnie dzwoni – mruknął, zdejmując pager.
– Tam jest budka.
Podczas gdy telefonował, Toby stała z zamkniętymi oczami, spijając z nieba przebłyski słońca spoza chmur. Krótkie chwile czystej radości życia. Z budki docierał do niej przytłumiony głos Dvoraka, ale go nie słuchała. Dopiero na dźwięk słów „Brant Hill” odwróciła się i spojrzała na niego przez szybę z pleksiglasu.
Odwiesił słuchawkę i wyszedł.
– Co się stało? – spytała. – Chodzi o Robbiego, prawda? Kiwnął głową.
– Dzwonił Sheehan. Był w Wicklin, przesłuchiwał personel. Powiedzieli mu, że doktor Brace był tam wczoraj wieczorem. W archiwum i w patologii. Wypytywał o stare akta, o protokóły sekcji zwłok jednego z podopiecznych Brant Hill. Człowieka nazwiskiem Stanley Mackie.
Pokręciła głową.
– Nigdy o nim nie słyszałam.
– Ci z Wicklin twierdzą, że Mackie zmarł w marcu od rozległych urazów czaszki po upadku z dużej wysokości. Ale Sheehana zainteresowała diagnoza, jaką postawiono po autopsji. Choroba, o której usłyszał nie dalej jak wczoraj.
Słońce zniknęło za chmurą, świat pogrążył się w półmroku. Twarz Dvoraka poszarzała.
– To była choroba Creutzfeldta-Jakoba.
Z okna sali konferencyjnej na dwudziestym piętrze Carl Wallenberg widział ozdobną kopułę starego bostońskiego Kapitolu, a za nią drzewa przy Common, nagie niczym szkielety pod surowym, błękitnym niebem. A więc takim widokiem sycą oczy ci na wysokich stołkach – pomyślał. Podczas gdy my harujemy w Brant Hill, zajmując się naszymi pacjentami, Kenneth Foley i jego księgowi siedzą sobie w luksusowych gabinetach opiekując się gotówką, która stamtąd płynie. Bo płynie, i to w coraz zawrotniejszym tempie. Klony Foleya w garniturach od Armaniego – pomyślał, spoglądając na siedzących wokół stołu. Nie pamiętał nawet, jak się nazywają i kim są, nie zawracał sobie tym głowy. Facet w niebieskim garniturze w jodełkę był chyba pierwszym wiceprezesem. Ruda snobka była główną księgową. Nie licząc Wallenberga i Russa Hardawaya, adwokata i doradcy prawnego spółki, w sali zgromadzili się najznamienitsi zarządcy i gryzipiórki.
Sekretarka wniosła ozdobny dzbanek z kawą, z wdziękiem rozlała ją do pięciu filiżanek z cieniutkiej porcelany i postawiła na stole wraz z kryształową cukiernicą i kryształowym dzbaneczkiem na śmietankę. Cukier w papierowych torebkach? Nie na tym spotkaniu, tu nie miejsce na śmietnik. Sekretarka przystanęła, dyskretnie czekając na dalsze polecenia. Szef nie miał żadnych. Zebrani poczekali, aż dziewczyna wyjdzie i zamknie za sobą drzwi.
Wtedy przemówił Kenneth Foley, dyrektor naczelny Brant Hill.
– Dziś z rana znowu dzwoniła do mnie doktor Harper. Po raz kolejny przypomniała mi, że Brant Hill nie spełnia swojego zadania. Że chorować może znacznie więcej mieszkańców. Okazuje się, że to problem o wiele poważniejszy, niż myślałem. – Potoczył wzrokiem po twarzach zebranych i wpatrzył się w Wallenberga. – Carl, zapewniał mnie pan, że sprawa jest rozwiązana.
– Bo jest – odparł Wallenberg. – Rozmawiałem z doktorem Dvorakiem. Rozmawiałem z przedstawicielami wydziału zdrowia publicznego. Wszyscy zgodnie uważamy, że nie ma powodu do niepokoju. Nasz kompleks restauracyjny odpowiada wszelkim wymogom. Wodę czerpiemy z wodociągu komunalnego. A co do kuracji hormonalnej, o którą jest tyle krzyku, dysponujemy dokumentacją, potwierdzającą fakt, że hormony te pochodzą z absolutnie pewnego źródła i że są całkowicie bezpieczne. Doktor Dvorak jest przekonany, że to zwykły zbieg okoliczności. W żargonie naukowym jest na to określenie: „zbitka statystyczna”.
– A więc ma pan pewność, że pańskie wyjaśnienia zadowoliły anatomopatologa stanowego i przedstawicieli wydziału zdrowia?
– Tak. Ponieważ nie ma najmniejszego powodu do niepokoju, zgodzili się sprawy nie upubliczniać.
– A jednak doktor Harper o tym wie. Musimy się zastanowić, co jej odpowiedzieć, bo jeśli ona wie, wkrótce mówić będą o tym wszyscy.
– Czy zainteresowały się tym media? – spytał Hardaway.
– Jak dotąd, nie. Ale nie można wykluczyć, że niebawem się zainteresują, że grozi nam wielce niepożądana reklama. – Foley przeszył wzrokiem Wallenberga. – Dlatego niech pan powtórzy jeszcze raz, Carl, niech pan powtórzy, że nie ma powodów do niepokoju.
– Nie ma żadnych powodów do niepokoju – powiedział Wallenberg. – Te dwa przypadki są zupełnie od siebie niezależne. To zwykły zbieg okoliczności.
– Jeśli pojawi się ich więcej, nikt nie uwierzy w przypadek – spekulował Hardaway. – Dojdzie do publicznego skandalu, ponieważ wyjdzie na to, że zlekceważyliśmy poważny problem.
– Właśnie dlatego bardzo martwi mnie telefon od doktor Harper – odrzekł Foley. – W gruncie rzeczy dała nam do zrozumienia, że o tym wie. I że nas obserwuje.