Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Puchar Amrity - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Puchar Amrity

Электронная книга - «Puchar Amrity». Краткое содержание книги:

Ukraiński astrofizyk Mychajło Sahajdak, indyjski biolog Swami Rishideva, amerykański astronauta Harry Thawn... Oni zaprzyjaźnili się jeszcze w faszystowskim kacecie, skąd młodym żołnierzom wojsk związkowych poszczęściło się prawie cudem uciec.
Powojenne lata nie przyćmiły, nie zachwiali dawnej przyjaźni. Harry przygotowuje się do polotu na Księżyc, Mychajło odsłonia tajemnicy dalekich galaktyk, Swami studiuje złożoność psychiki ludzkiej. Lecz obok szczytów naukowych odkryć często działają przepaści rozpaczy i rozczarowania. Tylko w tytanicznej walce ducha i serca można odszukać jasną drogę do wiekopomnych wartości prawdy i miłości.
Powieść feeryczna „Puchar Amrity” Ołesia Berdnyka dotyka ważnych pytań etyki, tajemnic bytu.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 74
Перейти на страницу:

— Skąd się wzięła ta twoja maszyna? — z rozdrażnieniem przerwał Sahajdak. — Gdzie jest ten cybernetyk, który ją zaprogramował? Może znów ujawnicie jakiegoś megainżyniera, bożka, który bawi się wszechświatem jak kotek kłębkiem?

— Po co? — uśmiechnął się leniwie Lihosow. — Obejdziemy się. Nieskończoność to, bracie mój, skomplikowana rzecz. Spontanicznie może w niej powstać wszelakie diabelstwo. Czasu i wieczności jest pod dostatkiem, materiału również. Ślepa gra żywiołów i sił; istnieje prawdopodobieństwo pewnych połączeń, węzełków. Jednym z tych węzełków jesteśmy my, nasza galaktyka, nasza Ziemia, twój pokorny sługa, taki sam metafizyk jak ty…

— Wiesz co? Chciałbym zakończyć tę rozmowę, bo mnie głowa zaczyna boleć…

— No, to jedźmy. Nie pożałujesz…

— Przecież ci powiedziałem: nie będę patrzeć na szczury. Szanuję mimo wszystko ludzi, a twoje szczurze eksperymenty nie przekonają mnie! Słuchaj, Eugeniuszu, czy ty odczepisz się ode mnie? Przestań grać rolę Mefistofelesa dwudziestego wieku. Nie jestem twoim Faustem. Całuj się z twoimi szczurami, a mnie pozostaw z moimi, jak powiadasz, „mistyfikacjami”.

— Jakie tam szczury. Mam cudowny eksponat. Wiele odsłoni przed tobą. Przestaniesz się ze mną sprzeczać…

— Nie rozumiem.

— Właśnie chcę, żebyś zrozumiał. Cudowne studium psychologiczne. Jedźmy. Nie na długo. Samochód czeka.

Sahajdak zgodził się niechętnie.

Podjechali do Instytutu Fizjologii. Weszli do hallu, zaczęli schodzić do piwnicy.

— Prowadzisz mnie do mordowni, czy co? — zażartował posępnie Sahajdak.

— Prawie — odpowiedział tym samym tonem Lihosow. — Do komory anabiozy. Dawno czekałem na taki eksponat. Wreszcie zdobyłem. Śmierć kliniczna, zamrożenie…

— Po co ci to? — zdziwił się Mychajło, patrząc na rząd owalnych drzwiczek w ścianie.

— Przygotowania — lakonicznie wyjaśnił Lihosow, otwierając drzwi. — Wejdź. Nauczymy się wyprowadzać ze śmierci klinicznej. Wskrzesimy. Zrozumiałeś? O, popatrz — ślicznotka. Młoda, piękna, raz — i nie ma! Samochód uderzył ją prosto pod serce. Oto masz i rozsądek, radość, i duszę. Wszystko tutaj — w tej lodówce. Włączam…

Pstryknął kontaktem, pod betonowym sklepieniem zapłonęła neonowa rurka, oświetlając przezroczystą kopułę nad wanną anabiotyczną. Mychajło z zapartym tchem podszedł bliżej. Zajrzał pod pokrycie. Błysnęła czarna błyskawica, przesłoniła świadomość. Hanusia!!!

Stał skamieniały, bez ruchu, a Lihosow, nie spostrzegając nic, wyjaśniał spokojnie:

— Przedwczoraj oburzyłeś się na mnie. Chciałeś mnie trzasnąć w gębę. A za co? Tu masz ilustrację. Czy istnieje logika w przyrodzie? Byle swołocz żyje, a taka uroda — ginie. Jestem człowiekiem oschłym, ale wzruszyłem się, kiedy ją zobaczyłem. Boski eksponat. Wystarczy spojrzeć na nią, a wszelkie mętniactwo romantyczne znika jak proch. Ot, tak. Nie wiadomo nawet, kim jest. Dokumentów przy niej nie było, nikt się nie zwracał, nie pytał. Zadzwoniono do mnie z kostnicy — oni wiedzą, że interesuję się zwłokami nadającymi się do badań. Możę minie pięćdziesiąt, sto lat i zostanie przywrócona do życia…

Słowa Lihosowa bulgotały głucho w wielkim oddaleniu. Przed Mychajłą była tylko ona. Ona czy nie ona? Nagusieńka jak nowo narodzone dziecko, z rękami bezsilnie wyciągniętymi wzdłuż ciała. Spokojna twarz, mądry uśmiech wokół ust. „Niektóre wianki przybiły do brzegu, a mój — płynie i płynie. Ja za nim, a on wciąż dalej i dalej” — usłyszał Mychajło. Zimne ostrze przebiło mu serce. Jęknął, runął na cementową podłogę. Lihosow zamilkł, rzucił się na pomoc. Posadził Mychajłę na stołku, zakrzątnął się koło niego, mamrocąc:

— Co ci jest? No, Misiu, nie wiedziałem, że jesteś taki wrażliwy! Nigdy bym cię nie przyprowadził…

— Hanusia — wyszeptał Mychajło. — To jest Hanusia…

— Co? Znasz ją?

— Znałem… Czekałem… Nie przyszła… Eugeniuszu, rozumiesz mnie… Eugeniuszu, skąd taki absurdalny splot okoliczności?

Mychajło na wpół leżał na krześle, miał zamknięte oczy, a Lihosow trąc w zakłopotaniu twardą szczecinę na policzku, mamrotał:

— Tak. Naprawdę… Szkoda… Co robić? Misiu, chodźmy stąd. Nie możesz tu zostać. Chodźmy, mój drogi…

Zgasił lampę, wyprowadził Sahajdaka z podziemia, zamknął się z nim w gabinecie. Posadził Mychajłę na tapczanie i przemierzał pokój z kąta w kąt. Mychajło tępo spoglądał przed siebie, usta mu zsiniały, ręce trzęsły się, z oczu płynęły łzy — nieme i straszne.

— Co teraz będzie? — rozłożył ręce Lihosow. — Hm, Nina. Ty. Kim ona jest? A zresztą — rozumiem. Zdarza się… Nagle — nieszczęście. Tragedia. Grymas szatana. A ty mówiłeś piękno. Co teraz? Obrona rozprawy. Musisz się uspokoić. Jutro posiedzenie, a ty jesteś jak trup…

— Trzeba ją pochować, Eugeniuszu — wyszeptał Mychajło. — Jak człowieka…

— Nie można — odparł Lihosow, kiwając głową. — Jest zainwentaryzowana…

— Co powiedziałeś? — żachnął się Mychajło.

— To, co usłyszałeś. Nie jesteś dzieckiem. Przekazano nam ją z kostnicy jako zwłoki do reanimacji. Jest zainwentaryzowana i ma swój numer. Własność państwowa. Gdyby się zgłosili krewni, to co innego…

— Ja ją zabiorę — rzekł posępnie Mychajło.

— Nie masz prawa. Jakie dowody? Nie znasz nazwiska. Nie wiesz, skąd pochodzi. A może wiesz?

— Nie.

— No, popatrz. I na co ci ten pogrzeb? Nina, przełożeni. Dowiedzą się, wszystko się wyda. Nie trzeba. Może później naprawdę kiedyś ją ożywią. Ha? Taką urodziwą ożywią. Niech leży. A w ziemi — robaki zjedzą… Stój, dokąd idziesz?

Sahajdak wstał, podszedł do drzwi. Było mu niedobrze, miał chaos w głowie. Zatrzymał się na progu, powiedział błagalnie:

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 74
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)