Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]
Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]

Электронная книга - «Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]». Краткое содержание книги:

Służba na Straży Nocnej bynajmniej nie należy do zajęć zapewniających splendor i powszechny szacunek, a cóż dopiero mówić o dowodzeniu tą formacją.
Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym nie pozostaje zaś nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta — akurat wtedy, gdy do miasta przybywa smok.
Powieść tłumaczy, dlaczego z pewnych względów można to uznać za zdarzenie pozytywne, z innych za negatywne. Marchewa nie ma co do tego wątpliwości.
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 78
Перейти на страницу:

— A gdzie się podział nasz podejrzany?

— Tamten? Tego, no… Uciekł, kapitanie — przyznał zakłopotany Colon.

— Dlaczego? Nie wyglądał, jakby mógł gdziekolwiek uciekać.

— Kiedy wróciliśmy tutaj, posadziliśmy go przy kominku, bo cały się trząsł — opowiadał sierżant, gdy Vimes dopinał półpancerz.

— Mam nadzieję, że nie jedliście jego pizzy?

— Errol zjadł. To przez ten ser, kapitanie, kiedy wystygnie, robi się…

— Mówcie dalej.

— No więc… — zaczął Colon. — On się cały czas trząsł i bełkotał coś o smokach i w ogóle. Szczerze mówiąc, żal nam się go zrobiło. I nagle podskoczył i rzucił się do drzwi, bez żadnego powodu.

Vimes zerknął na szeroką, otwartą, nieszczerą twarz sierżanta.

— Bez powodu?

— Bo chcieliśmy coś przegryźć, więc posłałem Nobby’ego do piekarza, i tego, wie pan… Pomyśleliśmy, że więzień też powinien dostać jedzenie…

— I co? — zachęcił go Vimes.

— No… Nobby go spytał, czy przypiec mu figgina, a on wrzasnął i uciekł.

— Tylko tyle? Nie groziliście mu?

— Słowo, kapitanie. Tajemnicza sprawa, gdyby mnie pan pytał. I cały czas gadał o kimś, kogo nazywał Najwyższym Wielkim Mistrzem.

— Hm… — Vimes wyjrzał przez okno. Szara mgła otulała świat słabym blaskiem. — Która godzina?

— Piąta, sir.

— Dobrze. Zanim się ściemni… Colon odchrząknął.

— Piąta rano, sir. Już jest jutro, sir.

— Pozwoliliście mi przespać całą noc?

— Nie miałem serca pana budzić, sir. Ale żadnej smoczej aktywności, jeśli o to panu chodzi, kapitanie. Martwy spokój dookoła.

Vimes rzucił mu gniewne spojrzenie i otworzył okno. Mgła wlała się do wnętrza niby powolny, żółtawy na brzegach wodospad.

— Myślimy, że sobie poleciał — odezwał się z tyłu głos sierżanta. Vimes przyglądał się ciężkim kłębom chmur.

— Mam nadzieję, że przejaśni się na koronację — podjął zmartwiony Colon. — Dobrze się pan czuje, sir?

Nie odleciał, myślał Vimes. Po co miałby odlatywać? Nie możemy zrobić mu krzywdy, a ma tu wszystko, czego mu trzeba. Jest gdzieś tam, w górze.

— Dobrze się pan czuje? — powtórzył Colon. Musi się chować we mgle. W mieście jest mnóstwo wież i dachów.

— O której jest koronacja, sierżancie?

— W południe, sir. A pan Wonse przysłał wiadomość, że powinien pan zjawić się w najlepszej zbroi wśród najważniejszych obywateli.

— Doprawdy?

— Sierżant Hummock z dzienną zmianą mają obstawić trasę, sir.

— Czym? — zapytał odruchowo Vimes, wpatrzony w niebo.

— Słucham, sir?

Vimes wychylił się, żeby dokładniej obejrzeć dach.

— Hmm? — powiedział.

— Mówiłem, że będą obstawiać trasę, sir.

— On tam jest, sierżancie. Prawie go czuję.

— Tak jest, sir — odparł karnie sierżant.

— Zastanawia się, co robić dalej.

— Tak, sir?

— One, wiecie, nie są nieinteligentne. Po postu myślą inaczej niż my.

— Tak jest, sir.

— Więc zapomnijcie o obstawianiu trasy. Wszyscy trzej macie siedzieć na dachach, zrozumiano?

— Tak jest, sir… Co?

— Na dachach. Wysoko. Kiedy się ruszy, pierwszy chcę o tym wiedzieć.

Colon starał się wyrazem twarzy dać do zrozumienia, że on wcale nie chce.

— Myśli pan, sir, że to dobry pomysł? — zaryzykował. Vimes spojrzał na niego zimno.

— Owszem, sierżancie, tak myślę. To mój pomysł. A teraz bierzcie się do roboty.

Kiedy został sam, umył się i ogolił w zimnej wodzie, po czym przeszukał swój kufer i wyciągnął z niego ceremonialny półpancerz i czerwony płaszcz. Właściwie płaszcz był kiedyś czerwony i zachował tę barwę tu i tam, ale w większej części przypominał drobną siatkę, skutecznie wykorzystywaną do łapania moli. Był też hełm z wyzywającym brakiem pióropusza; gruba na molekułę warstwa pozłoty starła się z niego już dawno.

Kiedyś zaczął oszczędzać na nowy płaszcz. Ciekawe, co się stało z pieniędzmi?

Na posterunku nie było nikogo. Errol leżał w szczątkach czwartej skrzynki po owocach, którą zdobył dla niego Nobby. Reszta została zjedzona albo się rozpuściła.

W ciszy wyjątkowo głośno rozlegało się jego zwykłe burczenie w brzuchu. Od czasu do czasu pojękiwał.

— Co z tobą, mały? — spytał Vimes.

Zaskrzypiały drzwi. Wszedł Marchewa, zauważył pochylonego nad połamaną skrzynką Vimesa i zasalutował.

— Martwiliśmy się o niego, kapitanie — oświadczył. — Nie chciał jeść węgla. Leży tylko, drży i pojękuje. Nie sądzi pan, że coś z nim jest nie tak?

— Możliwe — zgodził się Vimes. — Ale to dla smoków całkiem normalne. Zawsze jakoś sobie z tym radzą. Tak albo inaczej.

Errol spojrzał na niego żałośnie i zamknął oczy. Vimes okrył go strzępkiem koca.

Coś zapiszczało. Vimes sięgnął za drżącego smoka i znalazł małego gumowego hipopotama. Przyjrzał mu się zdumiony, po czym ścisnął kilka razy na próbę.

— Pomyślałem, że będzie miał się czym bawić — przyznał zawstydzony Marchewa.

— Kupiłeś mu zabawkę?

— Tak jest, sir.

— To ładnie z twojej strony.

Vimes miał nadzieję, że Marchewa nie zauważył piłki z gąbki, wciśniętej pod brzeg skrzynki. Była dość droga.

Zostawił obu i wyszedł.

Wszędzie było jeszcze więcej flag. Ludzie zaczynali już ustawiać się przy głównych ulicach, chociaż do ceremonii pozostały jeszcze długie godziny. Wciąż go to martwiło.

Nagle poczuł głód, i to taki, którego nie da się zaspokoić jednym czy dwoma drinkami. Z przyzwyczajenia ruszył więc w stronę Najlepszych Żeberek Hargi, gdzie czekała go kolejna przykra niespodzianka. Normalnie jedyną dekoracją wnętrza była kamizelka Shama Hargi, a do jedzenia dostawało się solidne, pożywne dania, same kalorie, tłuszcz, białka i może czasem jakaś witamina płacząca cicho z powodu samotności. Teraz na suficie krzyżowały się pracowicie wycięte papierowe wstęgi, a na ścianie ktoś kwarcową kredą wypisał menu, gdzie w każdej krzywej linii powtarzały się słowa „Koronasyjny” i „Króllewski”.

Vimes znużonym gestem wskazał sam szczyt menu.

— Co to jest? — zapytał.

Harga spojrzał na napis. Byli sami w brudnych ścianach lokalu.

— Tam pisze „Dostawcy króllewskiego dworu”, kapitanie — wyjaśnił z dumą.

— Co to znaczy?

Harga podrapał się chochlą po głowie.

— To znaczy — rzekł — że gdyby król wszedł tu z dworu, toby mu smakowało.

— A czy masz coś, co nie jest dla mnie nazbyt arystokratyczne? — spytał kwaśnym tonem Vimes.

Zdecydował się na plebejski smażony chleb i proletariacki stek tak krwisty, że niemal słychać było, jak rży. Zjadł go przy ladzie.

Jego uwagę zwróciło ciche skrobanie.

— Co robisz? — spytał.

Zawstydzony Harga podniósł głowę, przerywając pracę.

— Nic, kapitanie — zapewnił.

Kiedy Vimes zajrzał za podrapaną nożami ladę, Harga usiłował schować dowody za plecami.

— Daj spokój, Sham. Pokaż.

Wielkie dłonie Hargi z ociąganiem pojawiły się w polu widzenia.

— Ja… ja tylko zeskrobywałem stary tłuszcz z patelni — wymamrotał.

— Rozumiem. Jak dawno już się znamy, Sham? — zapytał Vimes z przerażającą łagodnością,.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)