Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Dreszcz - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dreszcz

Электронная книга - «Dreszcz». Краткое содержание книги:

Oferta, jaką Dan Roke – właściciel stadniny w malowniczych krajobrazach Australii – usłyszał z ust hrabiego Octobra, wydawała mu się zbyt kusząca finansowo, by z niej nie skorzystać. Wystarczyło zaszyć się jako stajenny w Yorkshire w Wielkiej Brytanii i wyświetlić sprawę tajemniczych dopingów na wyścigach konnych. Faworyci bowiem przegrywali tam podejrzanie często pewne gonitwy. Problemem było tylko to, że węszący już wcześniej wokół tej sprawy dziennikarz, Tommy Stapleton, miał dziwny wypadek samochodowy, z którego nie wyszedł cało…
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 65
Перейти на страницу:

Wtedy właśnie zorientowałem się, że się boję, i to mi się nie podobało. Straciłem większość wieczoru na podjęcie decyzji, że sam przeprowadzę doświadczenie. Na Mickeyu. Następnego ranka. Przerzucenie tego na Octobra byłoby z pewnością bardziej rozsądne, ale musiałbym jakoś potem dojść do ładu z sobą. Po co właściwie porzuciłem dom, jeśli nie po to, by przekonać się, co mogę, a czego nie mogę zrobić?

Kiedy następnego ranka przyszedłem z wiadrem pod drzwi kantoru, żeby dostać ostatnią dawkę fenobarbitonu dla Mickeya, w słoiku pozostało go już bardzo niewiele. Cass przechylił szklany pojemnik dnem do góry i uderzał nim o brzeg wiadra, żeby nie zmarnowała się żadna drobina białego proszku.

– Taka jego dola, biednego drania – rzekł zamykając z powrotem pusty pojemnik. – Szkoda, że nic już nie zostało, moglibyśmy tym razem dać mu podwójną dawkę. No, zmiataj z tym – dodał ostro – nie stercz tu z ponurą miną. To przecież nie ty zostaniesz zastrzelony dziś po południu.

W każdym razie miałem taką nadzieję.

Podszedłem do kranu, nalałem do wiadra trochę wody, wymieszałem natychmiast rozpuszczający się fenobarbiton i wylałem wszystko do ścieku. Napełniłem następnie wiadro czystą wodą i zaniosłem Mickeyowi do wypicia.

Koń dosłownie zdychał. Pod skórą sterczały wyraźnie kości, łeb miał zwieszony w dół. W jego oczach czaiła się jeszcze jakaś dzikość, ale wykańczał się tak szybko, że nawet nie miał siły nikogo atakować. Po raz pierwszy nawet nie próbował mnie ugryźć, kiedy stawiałem wiadro; opuścił łeb i wysączył kilka niechętnych łyków.

Poszedłem następnie do pokoju z uprzężą, wziąłem z koszyka z zapasami nowe chomąto. Było to niezgodne z przepisami, jedynie Cass miał prawo wydawania nowej uprzęży. Założyłem Mickeyowi nowe chomąto chowając tymczasem stare, nadwerężone przez jego dwutygodniowe szarpania, pod stertę słomy. Odczepiłem łańcuch od starego chomąta i przypiąłem do nowego. Pogłaskałem szyję Mickeya, co nie bardzo mu się podobało, wyszedłem z boksu i zamknąłem jedynie dolną część drzwi.

Pojechaliśmy na trening z pierwszą pardą koni, potem z drugą, i uznałem, że o tej porze Mickey pozbawiony porannej dawki narkotyku, wyzwolił się spod ich działania.

Prowadząc Dobbina, na którym właśnie jeździłem, poszedłem zajrzeć do Mickeya przez drzwi stajni. Kiwał głową z boku na bok i wydawał się bardzo niespokojny. Biedne stworzenie, pomyślałem. Przez kilka sekund miałem powiększyć jego cierpienie.

W drzwiach kantoru stał Humber, rozmawiał z Cassem. Stajenni kręcili się w tę i z powrotem doglądając swoich koni, dzwoniły wiadra z wodą, rozlegały się nawoływania, zwykły stajenny hałas – już nigdy nie będę miał lepszej okazji.

Ruszyłem z Dobbinem przez stajnię do jego boksu. W połowie drogi wydobyłem gwizdek z kieszeni pasa, odkręciłem nakrętkę, po czym rozejrzałem się dokoła, by się upewnić, że nikt mnie nie obserwuje, obróciłem głowę, włożyłem do ust gwizdek i mocno dmuchnąłem. Wydobył się jedynie cień dźwięku, tak wysoki, że zaledwie mogłem go usłyszeć poprzez szczęk kopyt Dobbina na podłodze stajni.

Rezultat jednak był natychmiastowy i straszny.

Mickey rżał w przerażeniu. Jego kopyta uderzały dziko o podłogę i ściany, a łańcuch, którym był przywiązany, dzwonił za każdym ruchem.

Odprowadziłem szybko Dobbina do boksu, przywiązałem, schowałem gwizdek do kieszeni pasa i pobiegłem przez stajnię do boksu Mickeya. Wszyscy inni zrobili to samo. Humber kuśtykał szybko przez stajnię. Mickey ciągle jeszcze rżał i walił kopytami o ścianę, kiedy zajrzałem do jego boksu przez ramiona Cecila i Lenny’ego. Biedne zwierzę stało na tylnych nogach, najwyraźniej próbując utorować sobie drogę do przodu przez ceglaną ścianę. I nagle, z całą resztką siły, jaka mu pozostała, opuścił na ziemię przednie nogi i rzucił się w tył.

– Uwaga – krzyknął Cecil, cofając się instynktownie spod szaleńczo rozbieganych tylnych kopyt, mimo że znajdował się w bezpiecznej odległości za drzwiami.

Łańcuch Mickeya nie był zbyt długi. Kiedy wyciągnął go do końca rozległ się nieprzyjemny trzask, i ruch konia w tył został gwałtownie zatrzymany. Tylne nogi wsunęły mu się pod brzuch i z hukiem zwalił się na bok. Jego nogi wykonały gwałtowny, dziwny ruch. Łeb, ciągle uwięziony w nowym mocnym chomącie, utrzymywany był w dziwnej pozycji nad ziemią przez naprężony łańcuch, a nienaturalny kąt nachylenia łba byt wystarczająco wymowny. Koń złamał kark. W istociespodziewałem się tego trochę, jako najlepszego sposobu, by opanować jego szaleństwo.

Wszyscy zebrali się przed boksem Mickeya. Humber rzuciwszy okiem na martwego konia, odwrócił się i przyjrzał się sześciu obdartym stajennym. Przymrużone oczy i pełen szorstkości wyraz twarzy powstrzymywały wszystkich od zadawania mu jakichkolwiek pytań. Zapanowało krótkie milczenie

– Stańcie w szeregu – powiedział nagle.

Stajenni mieli zaskoczone miny, ale wykonali polecenie.

– Wywróćcie kieszenie – rozkazał Humber.

Stajenni posłuchali, zaciekawieni. Cass przeszedł wzdłuż szeregu, oglądając zawartość kieszeni i sprawdzając dokładnie, czy na pewno nic więcej w nich nie ma. Kiedy zbliżył się do mnie, pokazałem mu brudną chustkę do nosa, scyzoryk, kilka monet i wywróciłem kieszenie. Wziął ode mnie chusteczkę, potrząsnął nią i zwrócił mi. Gwizdek w kieszeni mojego pasa był niemal w zasięgu jego ręki.

Poczułem na sobie badawczy wzrok Humbera, który stał oddalony o jakieś dwa kroki, ale kiedy tak starałem się nadać mojej twarzy wyraz rozluźnienia i zaciekawienia, stwierdziłem ze zdumieniem, że ani nie oblewałem się potem, ani nie odczuwałem napięcia mięśni, żeby to osiągnąć. W dziwny sposób bliskość niebezpieczeństwa sprawiła, że pozostałem obojętny i myślałem jasno. Nie bardzo to rozumiałem, ale w jakiś sposób to właśnie mi pomogło.

– Tylne kieszenie? – spytał Cass.

– Nic tam nie ma – odpowiedziałem obojętnie, obracając się, aby mu pokazać.

– W porządku. Teraz ty, Kenneth.

Wywróciłem z powrotem moje kieszenie i włożyłem do nich wyjęte przedmioty. Nie drżały mi ręce. Niezwykłe, pomyślałem.

Humber obserwował całą scenę, czekając aż kieszenie Kennetha zostaną opróżnione, wtedy skinął Cassowi głową i wskazał puste boksy. Cass przeszukał boksy koni, które właśnie skończyliśmy trenować. Dotarł szybko do ostatniego, pokręcił głową i wrócił. Humber wskazał w milczeniu na garaż, w którym stał bentley. Cass zniknął, powrócił i znów spokojnie pokręcił głową. Humber w milczeniu poczłapał do kantoru, opierając się na swojej ciężkiej lasce.

Nie mógł słyszeć gwizdka, nie mógł też podejrzewać, że którykolwiek z nas użył go tylko po to, by sprawdzić, jak na to zareaguje Mickey, ponieważ gdyby to podejrzewał, kazałby nam rozebrać się do naga i przeszukałby staranniej. Ciągle jeszcze przypuszczał, że śmierć konia była wynikiem przypadku, i miałem nadzieję, że nie znalazłszy gwizdka w naszych kieszeniach ani w żadnym boksie, dojdzie do wniosku, że ataku Mickeya nie spowodował żaden z grupy nędznych stajennych. Jeżeli tylko Adams przyzna mu rację, byłem ocalony.

Tego popołudnia na mnie wypadało mycie samochodu. Gwizdek Humbera był na miejscu, porządnie ulokowany za paskiem skórzanym między korkociągiem i parą szczypiec do lodu. Przyjrzałem mu się tylko i zostawiłem na miejscu.

Adams przyjechał następnego dnia.

Mickeya zabrał rzeźnik sprzedający mięso dla psów, który zresztą bardzo narzekał na chudość konia, ja tymczasem bez przeszkód zaniosłem nowe chomąto do koszyka z zapasami, pozostawiając stare zwisające jak zwykle na końcu łańcucha. Nawet Cass nie zauważył podmiany.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 65
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)