Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Odźwierny

Электронная книга - «Odźwierny». Краткое содержание книги:

Pierwsza część cyklu fantasy Tułacze (Skitalcy). Odźwierny jest debiutem powieściowym Mariny i Sergieja Diaczenków i zarazem pierwszym tomem cyklu Tułacze, opowiadającego o ludziach błąkających się na pograniczu dwóch światów, realnego i nadprzyrodzonego. Wielki czarnoksiężnik traci wszystko: magiczną moc i miłość swego życia. Wystawiony zostaje na pokusy złowrogiej, diabolicznej potęgi, która pragnie przedostać się do ludzkiego świata. Za cenę odzyskania czarodziejskich zdolności miałby się stać tytułowym Odźwiernym, który otworzy wrota wymiarów i sprowadzi na świat niewyobrażalne zło. Czy wybierze drogę zemsty na tych, którzy go odrzucili i potępili? A może znajdzie w sobie dość sił, by oprzeć się demonicznej pokusie?…
Powieść została szybko zauważona i wyróżniona nagrodą Euroconu dla najlepszych europejskich fantastów roku
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 61
Перейти на страницу:

– Straże! – zawołał znowu. – Mój trzos! Dopiero co go miałem! Łapać złodzieja!

Pobladła buzia śmiertelnie wystraszonej Tilli, kiedy oficer w czerwonym mundurze zbliżył się wraz z oddziałem, surowo rozglądając się po otaczających miejsce zajścia ludziach. W tłumie zrobiło się zamieszanie.

– Łapać złodzieja! – zakrzyczał znowu mężczyzna w kaftanie.

– Nie ruszać się z miejsca! – ryknął oficer.

Żołnierze dalej uważnie przeszukiwali gawiedź oczyma. Porządni obywatele także obracali głowami, szukając złodzieja, który z pewnością nie mógł daleko uciec.

Tilli stała obok Raula blada, z żałośnie błyszczącymi oczami. Kurczowo wczepiła się palcami w rękaw jego kurty.

– Co z tobą? – zdziwił się Marran.

Tilli potrząsnęła głową w milczeniu. Miejski patrol właśnie do nich podszedł. W pobliżu obszukiwano jakiegoś podejrzanego wyrostka pod nadzorem okradzionego.

– Złodziej! Łapać złodzieja! – usłyszał Raul za plecami podniesiony, dziewczęcy głosik.

Kiedy się odwrócił, dziewczyny obok nie było.

Tilli, pomyślał z niezadowoleniem. Tego jeszcze brakowało! Dokąd ta idiotka polazła? Szukał jej oczami w tłumie ludzi.

W tym momencie ktoś szepnął coś na ucho pochylonemu oficerowi, który wyprostowawszy się, runął poprzez tłum z okrzykiem:

– Z drogi! Z drogi!

Raul stanął na palcach i zobaczył w końcu dziewczynę. Ona także go zobaczyła i z radością wskazała.

– To on, panie oficerze!

– Z drogi! – krzyknął raz jeszcze dowódca na plączących się pod nogami gapiów, dopadł Marrana i chwycił go mocno za ramię. Żołnierze otoczyli ich ciasnym kręgiem.

– O co chodzi? – zapytał Raul, starając się zachować spokój.

Zamiast odpowiedzieć oficer spojrzał pytająco na Tilli. Tamta kiwnęła gorliwie głową.

– To on! Proszę go obszukać, panie oficerze, trzosik ma wciąż przy sobie!

Raul zachwiał się, jak uderzony w twarz. Nie wierzył własnym uszom.

– Zwariowałaś? – wyjąkał zdrętwiałymi nagle wargami.

W tej chwili wykręcono mu ręce do tyłu i sprawne ręce obmacały boki, aż w końcu z głębokiej kieszeni pastuszej kurtki wydobyty został ciężki, skórzany mieszek.

– A cóż to takiego?

Raul spoglądał bezmyślnie na sakiewkę, której widok przesłaniała coraz gęstsza mgła. Nogi się pod nim ugięły… Tilli? Dlaczego? To jakieś szaleństwo…

– Pytam ciebie, czyj to mieszek? – indagował gromko dowódca.

Raul uniósł głowę i spojrzał na nich. Stwierdził przy okazji, że strażnicy mają dziwnie przystrzyżone brwi.

Zabrali go ze sobą. Mieszczanin w długim kaftanie niezmiernie ucieszył się, odzyskawszy swój pękaty trzos. Gdzieś na pograniczu świadomości Raul słyszał trajkotanie Tilli: „Widziałam, jak zwinął mieszek i schował do kieszeni. Od dziecka miałam dobry wzrok, rozumiecie?”. Jakiś dzieciak pytał rodzica: „Tatku, to jest złodziej? Co mu zrobią?”. Ojciec odparł z powagą: „Utną rękę i uszy. Żeby raz na zawsze mu się odechciało”.

– Chwileczkę – powiedział oficer i sięgnął za pazuchę Raula.

Marran szarpnął się do tyłu, chwycili go więc mocniej za ramiona, a dowódca wydobył na światło dzienne niewielkie, brudne zawiniątko.

– To moje! – krzyknął Raul.

Dowódca wyszczerzył zęby.

– Co ty powiesz…

Szmatka upadła na ziemię i ukazały się oczom wszystkich złoty grzbiet oraz szmaragdowe ślepia. Gapie westchnęli ze zdumienia.

– Patrzcie! Złoto!

Tilli głośno i siarczyście zaklęła. Dowódca patrolu uśmiechnął się złowieszczo.

– Widzę, że już wcześniej się nieźle napracowałeś… Odprowadźcie go! – rozkazał podkomendnym.

Powlekli go przez tłum, który szemrał groźnie: złodziej, złodziej…

Rozstępujący się ludzie wytykali go palcami, ktoś cisnął kamieniem. Firmament okolony spiczastymi dachami wirował nad jego głową coraz szybciej i z każdym krokiem mężczyzna coraz bardziej zapominał, czym jest łan trawy, smak wina i ostry zapach zakurzonych ksiąg.

Kareta pozostała w zajeździe, my zaś ruszyliśmy w powrotną drogę konno. Lart spieszył się, pędziliśmy więc bez wytchnienia od świtu do zmierzchu. Mijane miasta i wsie zlewały się w jedną kolorową smugę, szybko znikając za plecami.

Pewnego dnia przyszło nam nocować pod gołym niebem. Rozpaliliśmy ognisko przy brzegu bagnistego jeziorka. Zbiornik ten tworzyły liczne, wątłe źródełka, z trudem przebijające się przez gęste kępy szuwarów.

Niebo spoglądało na nas tysiącem oczu błyszczących zdziwieniem, a w zaroślach pieniło się bujnie nocne życie. Drzemałem owinięty opończą, Lart zaś siedział przy ognisku i co pewien czas wypisywał w powietrzu płomienne symbole trzymaną w dłoni różdżką. Tajemnicze wzory wisiały chwilę w powietrzu, jarzyły się i gasły.

– Nie udało się – przemawiał mag do ognia. – Bezpłodne poszukiwania, daremne trudy…

W tej chwili kolejny ognisty symbol zawisł trochę dłużej niż poprzednie, potem rozsypał się w fajerwerk kolorowych iskier. Westchnąłem ciężko i zamknąłem oczy, ale nie mogłem zasnąć. Pod powiekami jawiła się rdza zżerająca złoto, a plamy płomieni zdawały się łuną pożaru. „Ogniu, oświeć me oczy… „.

Kręcąc się niespokojnie, w końcu wstałem. Nad ranem zrobiło się chłodno, a od błotnej topieli nadciągała mgła woniejącym zgnilizną tumanem. Poczułem silne pragnienie, pozostawiłem zatem mego pana, który akurat przysnął i udałem się na poszukiwania czystego źródełka.

Odnalazłem je po cichutkim, lecz dobrze słyszalnym w zarannej ciszy szmerze. Ostrożnie zszedłem na błotnisty brzeg i trochę na oślep podstawiłem złożone ręce, a potem spierzchnięte wargi.

Ucichły nocne hałasy w zaroślach. Miałem przed sobą zwierciadło czystej wody, nie zarośniętej przez szuwary. Odbijały się w nim niepewnie gasnące już gwiazdy. Wsparłem się dłońmi o mokrą trawę i pochylony ujrzałem swoje odbicie, ciemny zarys sylwetki. Już prawie świtało.

Z czubka mego nosa spadła kropla wody i zrobiła kręgi na wodzie. Kiedy powierzchnia znowu się wygładziła, zobaczyłem cień człowieka, stojącego za mymi plecami.

– Mój panie? – zapytałem szeptem.

Cień zakołysał się i w tej samej chwili pojąłem, że to ktoś inny. Suchy szelest szuwarów wydał mi się przerażający.

Powoli się wyprostowałem i obejrzałem do tyłu. Nie zobaczyłem nikogo!

W wodzie plusnęła jakaś spora rybka. Nie miałem odwagi spoglądać znowu w tamtą stronę.

Dałem susa w bok jak spłoszony zając i podbiegłem do gasnącego ogniska, przy którym spał na siedząco niczego nie podejrzewający Legiar.

– Panie, panie!

Nie spał już. Siedział pochylony i spoglądał spode łba na człowieka, który stał po drugiej stronie paleniska i grzał dłonie, wyciągając je nad resztką żaru.

Niebo poszarzało.

– Długo kazałeś na siebie czekać, Orwinie – stwierdził chłodno Lart.

– Są rzeczy, które przeszkadzają żyć nawet magom – odparł ochryple przybysz.

Był to nasz stary znajomy Orwin: wychudzony, z jeszcze bardziej zapadniętymi i mocniej płonącymi oczami, ponury i wyniszczony. Gdzieś zniknęła szalona energia, z jaką pojawił się w naszym domu trzy miesiące temu!

– Damirze – rzucił mój pan przez plecy – podsyć szybko ogień!

Namokłe od rosy polana źle się paliły, lecz mag ani myślał mi pomagać.

Rozdmuchując gryzący dym, ujrzałem w dłoniach Orwina znany mi już medalion na łańcuchu.

– Jak widzisz, Legiarze, rdza prawie całkiem go zżarła.

Lart pochylił się nad medalionem, lecz nie dotknął go. Potem przeszedł się parę razy wokół ogniska, wysoko unosząc nogi, wreszcie gwałtownie zatrzymał.

– Znalazłeś go? Tego, o którym mówiłem?

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 61
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)