Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Odźwierny

Электронная книга - «Odźwierny». Краткое содержание книги:

Pierwsza część cyklu fantasy Tułacze (Skitalcy). Odźwierny jest debiutem powieściowym Mariny i Sergieja Diaczenków i zarazem pierwszym tomem cyklu Tułacze, opowiadającego o ludziach błąkających się na pograniczu dwóch światów, realnego i nadprzyrodzonego. Wielki czarnoksiężnik traci wszystko: magiczną moc i miłość swego życia. Wystawiony zostaje na pokusy złowrogiej, diabolicznej potęgi, która pragnie przedostać się do ludzkiego świata. Za cenę odzyskania czarodziejskich zdolności miałby się stać tytułowym Odźwiernym, który otworzy wrota wymiarów i sprowadzi na świat niewyobrażalne zło. Czy wybierze drogę zemsty na tych, którzy go odrzucili i potępili? A może znajdzie w sobie dość sił, by oprzeć się demonicznej pokusie?…
Powieść została szybko zauważona i wyróżniona nagrodą Euroconu dla najlepszych europejskich fantastów roku
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 61
Перейти на страницу:

– Aaaa! – zawyła znowu kobieta i jeden z osiłków zatkał jej usta dłonią.

Raul wycofał się cicho, podreptał parę kroków, pomacał swój obity kiedyś bok, sklął sam siebie, przygryzł dłoń i zawrócił na miejsce incydentu.

Siłacze zwyciężali. Bose nogi zostały przygwożdżone kolanem, usta skutecznie zatkane, tak więc spomiędzy zgniecionych traw dochodziło jedynie nieartykułowane rzężenie.

– Co się tu dzieje? – zapytał Marran głosem gospodarza, który przyłapał parobków na gorącym uczynku.

Najwidoczniej siłacze słyszeli już wcześniej pytania zadawane takim tonem, porzucili bowiem swą ofiarę i odwrócili się jak na komendę. Widok intruza zdziwił ich, lecz wcale nie wystraszył. Ich ofiara, umorusana dziewczyna, próbowała odczołgać się i uciec, wykorzystując chwilowe zamieszanie. Pewnie by się to jej udało, gdyby jeden z chłopaków nie złapał jej za długie, czarne włosy, potargane w trakcie walki.

– Co tu się dzieje? – powtórzył Raul podniesionym głosem i odwróciwszy się, wezwał wyimaginowanych towarzyszy podróży: – Łobosz! Wobła! Chodźcie tu!

Miał nadzieję, że tęgie chłopy stropią się chociaż na moment i wypuszczą ofiarę. Niestety, tak się nie stało. Jeden z osiłków wczepił mocniej swój potężny kułak w loki ofiary, drugi zaś wstał z ziemi i podciągając gacie, wyjrzał na drogę, która oczywiście okazała się pusta. Wyrostek splunął pogardliwie i wycedził szyderczo przez zęby:

– Ej, ty! Zmiataj stąd, pókiś cały. Ona nie dla ciebie! Też mi obrońca!

I powrócił do poprzedniego zajęcia. Dziewczyna szarpała się i płakała.

Raul podniósł z pobocza drogi ciężki, ostro graniasty kamień i podskoczywszy ku gwałcicielom, wbił go z rozmachem w pierwszy z brzegu byczy kark. Tamten zaryczał, a zanim drugi zorientował się, co się dzieje, dostał kolanem w szczękę.

Potem sytuacja się mocno skomplikowała.

Kamień wyleciał mu z ręki. Napastnicy skoczyli na niego z dwóch stron, on zaś cofał się i uskakiwał, kopiąc twardymi noskami świeżo zdobytych butów pękate łydki napastników. Tamci pojękiwali i przysiadali, chwytając się za nogi. Parę razy ciężkie kułaki spadły na jego twarz, a wówczas odlatywał na tyle daleko, że na swoje szczęście zawsze zdążył się podnieść, nim tamci zdążyli skopać leżącego.

Dziewczyna okazała się cennym sojusznikiem w tej walce. Tłukła chłopaków po plecach wziętym nie wiadomo skąd grubym kijem, rzucała się na nich z tyłu, pokrzykując wojowniczo i nadal wzywając pomocy. Wiejskie byczki ciężko dyszały, zadając na oślep ciosy, z których niejeden mógłby się okazać śmiertelny, gdyby tylko trafił do celu.

Za którymś razem Raul miał pecha: kolejny cios ogłuszył go na tyle, że nie zdążył się podnieść. Tamci zwalili się nań jednocześnie, przeszkadzając sobie nawzajem. Marran uznał już, że nadszedł jego koniec, gdy nagle jeden z osiłków padł na niego bezwładnie, jak worek ziemniaków. Nad nim stała dziewczyna z ciężkim kamieniem w dłoniach. Drugi uniósł głowę ze zdziwieniem i w tej samej chwili Raul zadał mu ostatkiem sił cios w podbródek. Jęknął, przygryzając język.

Dalej sytuacja się uprościła. Ten, który dostał kamieniem w potylicę tylko się miotał i pojękiwał, drugi zaś, przyciskając dłonie do okrwawionych warg, cofał się powoli i w końcu umknął boczkiem, co chwila oglądając się ze strachem.

Rozgorączkowana walką dziewczyna uśmiechnęła się szeroko do ocierającego się z krwi Raula.

– Trzeba było od razu walić w łeb. Mogli cię zabić…

Jej okrągłe, śliwkowe oczy spoglądały na niego z zachwytem i subtelną ironią.

Miała na imię Tilli i skończyła szesnaście lat. Według jej opowieści, mieszkała z ojcem, macochą i młodszym bratem, ale tak jej dojadło rodzinne życie, że całe lato spędzała na włóczędze. Włóczyła się odkąd nauczyła się chodzić. Latem zawsze łatwiej gdzieś przenocować i coś złowić, lecz nadciągały jesienne chłody, a nie miała najmniejszej ochoty wracać do rodziny, tym bardziej, że ojciec z pewnością sprałby swoją marnotrawną córkę za niewłaściwe prowadzenie się.

Siedzieli przy ognisku. Dziewczyna, otulona w kurtkę Raula, opowiadała mu w zaufaniu, jak skraść bez hałasu kurę, jak złowić rybę na oścień, a potem upiec w gorącym popiele, o tym, że zarabiała czasem niańcząc dzieci, a także, jak jej brat schwytał w lesie tchórza i nauczył go przeskakiwać przez koło, jak jej macocha urodziła martwe bliźnięta, a we wnętrznościach złowionej ryby znaleźli raz miedziaka.

Gestykulowała dłońmi, pokazując, jakim wesołkiem jest jej ojciec, kiedy się upije, a jaki jest surowy na trzeźwo. Jej gwałtownych ruchów nie mogła powstrzymać nawet pasterska kurta, w której tonęła po sam koniuszek nosa. Śliwkowe oczy rozjarzone były płomieniami ogniska. Raul odbijał się w nich jako niepokonany i śmiały heros. Dziewczyna trzepotała gęstymi rzęsami, chichotała wdzięcznie pozornie bez powodu i zerkała na młodzieńca powłóczyście, choć także nieco kpiąco.

Zjedli upieczone w ognisku ziemniaki, przegryzając kukurydzianymi, pokrytymi popiołem plackami. Tilli, która do tej pory gadała bez przerwy, przycichła na chwilę i pochyliła się ku niemu poufale.

– Ru… – Takie przezwisko nadała mu od razu, gdy się przedstawił. – A ciebie pewnie rzuciła ukochana i dlatego jesteś taki dziwny i wędrujesz samotnie? Prawda?

Raul uśmiechnął się. Jej twarzyczka wydawała się w tej chwili tak poważna i pełna współczucia. Zmieszała się, widząc jego grymas i wytłumaczyła go sobie po swojemu.

– A może nie, takiego chłopaka, jak ty, nie odtrąciłaby nawet najgorsza suka… Więc co jest z tobą?

Raul pogładził ją po włosach. Speszyła się jeszcze mocniej.

– Dobrze, wiem, głupia jestem…

Zrobiło mu się jej żal. Chwycił szczupłe ramiona i przyciągnął ją do siebie. Zamarła, bojąc się ruszyć. Gdzieś w oddali zahukała sowa. Poza jasnym, ciepłym kręgiem, w którym siedzieli, kipiało nocne leśne życie.

– Ru… – zapytała cicho, dotykając jego ucha czubkiem noska. – Widziałeś kiedyś prawdziwego czarodzieja?

Wzdrygnął się odruchowo. Wyczuła to, przytulona do niego.

– Nie bój się – wymamrotała uspokajająco – tutaj w okolicy ich nie ma. Strasznie się ich boję, ale jestem ciekawa. Widziałam jednego z nich tego lata. Młody chłopak, ale jaki ważny! Cały w aksamitach i srebrze, w piórach i koronkach, a jechał poszóstną karetą! Miał służącego, wielkiego jak tyka… Nigdy bym nie poszła na służbę do czarownika, za żadne skarby! Zajechali przed gospodę, oberżysta wyskoczył w ukłonach… Ludzie zbiegli się patrzeć, mało płotu nie obalili! Mag zamknął się w izbie i wcale nie wychodził. Sługa mówił, że czarował…

– Wiesz co, Tilli – powiedział Marran, ziewając – chodźmy już spać.

Sen miał płytki i chaotyczny. Z wodnej głębiny wypłynęła przebita ościeniem ryba, która zamieniła się w złotą jaszczurkę, patrzącą na niego z wyrzutem szmaragdowymi ślepkami… Wydawała się rozczarowana, lecz nie była to już jaszczurka, lecz Tilli o długich rzęsach i wilgotnych oczach… Uczyła go skakać przez bardzo wąskie koło, które omal go nie zadusiło…

Przewrócił się na drugi bok i ujrzał morze. Wzdłuż długiego, płaskiego brzegu człowiek brodzi po kolana w wodach przyboju. Fale jednak, pieszcząc przybrzeżny piasek, nie tykają jego wysokich butów, omijając je i nie zostawiając śladów piany na miękkich cholewach. Od strony plaży zbliżają się do niego szczupły mężczyzna w towarzystwie dorastającego młodzika.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 61
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)