Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]
Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]

Электронная книга - «Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść będąca prequelem do całego cyklu „Droga przez Układ Słoneczny”. Ambicją młodego inżyniera, Dana Randolpha, jest zapewnienie uzależnionej odbliskowschodniej ropy Ameryce alternatywnego źródła energii. Eksploatacjazbudowanego przez Dana satelity energetycznego będzie jednak opłacalnatylko pod warunkiem wykorzystywania taniego środka transportu na orbitę, aprototyp wahadłowca ulega katastrofie podczas lotu próbnego. Wiele poszlakwskazuje, że ktoś dokonał sabotażu. Kto stoi za tą zbrodnią? Międzynarodowekoncerny naftowe czy arabscy fundamentaliści? Firma Dana, AstroCorporation, stoi na skraju przepaści. Skąd może nadejść ratunek? Czy od Saito Yamagaty, którego koncern również inwestuje w energię ze Słońca? Amerykańskich koncernów naftowych, które zastawiają się nad inwestowaniem winne źródła energii?
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 103
Перейти на страницу:

Roberto podszedł do fotela i opadł na niego, jak kot przysiadający ostrożnie na legowisku, gotowy wyskoczyć z niego w ułamku sekundy. Al-Baszyr zajął fotel naprzeciwko.

— Mówią, że chcą wsadzić drugi wahadłowiec na rakietę — rzekł Roberto, prawie szeptem.

Al-Baszyr skrzywił się.

— Chcą lecieć drugim wahadłowcem?

— Mówią, że chcą tylko wszystko sprawdzić. Nie będą startować.

Al-Baszyr poczuł, jak kiełkuje w nim podejrzenie.

— Muszą dostać zgodę od władz na próbny lot — rzekł, bardziej do siebie niż Roberto. — To mało prawdopodobne.

— Jest coś jeszcze.

— Tak?

— Sekretarka Randolpha zaczyna węszyć. Zadaje takie same pytania jak Tenny.

— Ta czarna? Taka ładna?

— Taaa.

Al-Baszyr dotknął brody.

— Nie podoba mi się to. Roberto milczał.

— Miej na nią oko. Chcę wiedzieć, o co jej chodzi.

— Pojadę na Matagordę…

— Nie — warknął al-Baszyr. — Mamy informatora w firmie, tak?

Roberto pokiwał głową.

— I to niejednego. Od nich się dowiedziałem.

— Więc korzystaj z informatorów. Nie powinni cię tam zobaczyć, chyba że będzie to absolutnie konieczne.

— Musimy coś z nią zrobić — rzekł Roberto.

— Może — odparł al-Baszyr. — Może.

Roberto uśmiechnął się, a al-Baszyr pomyślał, że pewnie będzie musiał pociągnąć za jakieś sznurki we władzach, żeby Randolph na pewno dostał zgodę na lot próbny wahadłowca.

WASZYNGTON, DYSTRYKT KOLUMBIA

Mimo upału M Street w Georgetown była zatłoczona miejscowymi i turystami, spoconymi, o twarzach czerwonych od popołudniowego słońca. W rozpiętej pod szyją koszuli i jasnych spodniach, Dan przedzierał się przez tłum w stronę francuskiej restauracji, gdzie Jane zgodziła się z nim spotkać.

Ale nie dla obiadu. Była zbyt nieufna. Namówienie jej na spotkanie zajęło Danowi dwa dni, a kiedy w końcu wyjaśnił, że potrzebuje pomocy, ale nie może powiedzieć przez telefon, o co chodzi, z niechęcią zgodziła się spotkać z nim przy drinku. Dan wygrzebał więc karty kredytowe Orville’a Wilbura, poleciał na lotnisko imienia Ronalda Reagana i zajął skromny pokój w hotelu The Four Seasons.

Znalazł bistro Francais i z ochotą wkroczył z upalnej, zatłoczonej ulicy do chłodnej, zacienionej restauracji. Jane oczywiście jeszcze nie było. Dan poskarżył się w duchu, że choć admirał Nelson twierdził, że sukces zawdzięcza przychodzeniu wszędzie kwadrans za wcześnie, to jednak zbyt dużo czasu zajmuje czekanie na innych.

Bar był prawie pusty i Dan nie miał problemu ze znalezieniem boksu z dala od drzwi, gdy tylko wyjaśnił hostessie o skwaszonej twarzy, że na kogoś czeka i podał jej pięciodolarowy banknot. Zamówił pernoda z wodą, usadowił się i czekał na Jane.

Pół godziny później, kiedy jego drink zamienił się w zielonkawe resztki roztopionych kostek lodu, a Dan z niechęcią gapił się na przerażające wieści o spadkach giełdowych, jakie docierały z wiszącego nad barem telewizora, Jane wreszcie się pojawiła. Towarzyszył jej otyły facet w pomiętym szarym garniturze. Po tłustych policzkach i kilku podbródkach spływały mu strumyczki potu. Jane wyglądała pięknie i świeżo, w bladej spódnicy koloru lawendy i bluzce barwy złamanej bieli, jakby panująca na zewnątrz pogoda nie miała na nią żadnego wpływu.

Dan wysunął się z boksu, żeby ją przywitać. Jane uśmiechnęła się uprzejnieicdwzajemniłausciskdłoni,nicwięcej,poczym przedstawiła Denny’ego 0’Briena. Przyprowadziła przyzwoitkę, pomyślał Dan. Przynajmniej nie przyszła ze Scanwellem. Danowi było żal 0’Briena, który posapując, z trudem wcisnął się do boksu obok Jane. Kiedy już wszyscy usiedli, Dan miał wrażenie, że w boksie jest równie ciasno i nieprzyjemnie jak na zatłoczonej ulicy na zewnątrz.

Kelnerka podeszła i Jane zamówiła wódkę z Marti O’Brien poprosił o butelkę gazowanej wody mineralnej.

— Jeszcze jeden pernod dla pana? — spytała kelnerka. Dan skinął głową.

— Denny to mój naj ważniej szy doradca polityczny — wyjaśn Jane, gdy czekali na drinki. — To on prowadzi moją kampanię.

Dan skinął głową i przez chwilę rozmawiali niezobow zująco o pogodzie, giełdzie, o wszystkim, tylko nie o tym, Dan wolałby, by Jane przyszła sama.

Wreszcie, kiedy na stole pojawiły się drinki, Jane rzekła:

— Przez telefon brzmiałeś bardzo tajemniczo. Dan spojrzał na 0’Briena.

— Nie chciałem mówić o tym komukolwiek poza tobą.

— Denny’emu możesz zaufać. O’Brien uśmiechnął się uprzejmie.

— Jestem uosobieniem dyskrecji.

— W Waszyngtonie? — zdumienie Dana było tylko a ściowo udawane.

Jane ucięła te przekomarzania.

— O co chodzi, Dan? Po co chciałeś się ze mną widzieć Bo cię kocham, chciał odpowiedzieć Dan. Bo rzuciłby się na hordę fanatycznych terrorystów, żeby cię tylko zd być.

Odparł jednak:

— Potrzebuję pomocy. Szukam kontaktu z kimś wyso postawionym w rządzie wenezuelskim.

Brwi O’Briena powędrowały w górę, ale Jane tylko ‹ lekko uśmiechnęła.

— Zamierzasz wyjechać z kraju, Dan?

— Wiesz, że nic podobnego.

— Więc o co chodzi?

Nie był gotowy, żeby powiedzieć jej prawdę.

— Prędzej czy później — zaczął — będzie nam potrzeb zapasowe lądowisko dla wahadłowca, żeby mógł wylądow w sytuacji awaryjnej.

— „Wy” to Astro Corporation? — upewnił się O’Brien.

— Tak jest.

— I chcecie mieć awaryjne lądowisko w Wenezueli?

— Rozmawiamy też w sprawie innych lokalizacji. Hiszpania, Ameryka Południowa, Australia. Ale Wenezuela jest najbliżej.

O’Brien spojrzał na Jane, po czym rzekł:

— Kiedy planowany jest najbliższy lot wahadłowca?

— Prędzej czy później jakiś będzie — odparł Dan z kamienną twarzą.

— Więc po co ten pośpiech?

Dan przywołał na twarz tajemniczy uśmieszek.

— Nie mam nic lepszego do roboty, dopóki przeklęte FML nie zatwierdzi mi planu lotu.

Jane wiedziała, że to tylko wymówka.

— Mogę rozpytać we władzach państwowych o właściwych ludzi w Wenezueli.

— To by mi bardzo pomogło — rzekł Dan. — A dałoby się w tym tygodniu?

— Dlaczego w tym tygodniu? — spytał podejrzliwie 0’Brien.

Dan zawahał się, po czym rzekł:

— Dobrze, w takim razie wyłożę karty na stół.

Jane uśmiechnęła się, jakby spodziewała się wielkiego kłamstwa.

— Prosimy — mruknęła.

— Wiesz, próbuję zdobyć jakieś pieniądze. Tricontinental i Yamagata próbują wykupić Astro. O tym też wiesz. Próbuje ich powstrzymać, albo przynajmniej namówić na pożyczkę, nie na sprzedaż udziałów.

— Ale co to ma do rzeczy… — zaczął O’Brien.

— W im większym stopniu będę miał przyklepaną taką transakcję — mówił Dan, mając nadzieję, że to brzmi wiarygodnie — tym lepsza będzie moja pozycja w rozmowach z Garrisonem i Yamagata. Jeśli wykażę, że mam awaryjne lądowiska dla wahadłowca, może będę w stanie dostać dużą pożyczkę z amerykańskich banków i utrzymać Astro we własnych rękach.

— Kiedy wahadłowiec będzie gotowy do lotu? — spytała Jane.

Dan o mało nie powiedział, że już jest gotowy, ale złapał się za język.

— Jeśli tylko FML skończy dochodzenie i wystawi wahadłowcowi certyfikat bezpieczeństwa.

— To jeszcze wiele miesięcy — mruknął O’Brien. — Może to potrwać jeszcze rok albo dłużej.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 103
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)