Zagadka Kuby Rozpruwacza
- Автор: Пилипюк Анджей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zagadka Kuby Rozpruwacza». Краткое содержание книги:
Andrzej Pilipiuk nawiązuje do znanych i uznanych mitów – w szerokim znaczeniu tego słowa – naszej kultury.
Zagadka Kuby Rozpruwacza, która przez sto lat intrygowała kolejne pokolenia, zostaje rozwiązana. Czy jednak pod tym rozwiązaniem nie kryje się lekka drwina z naszej cywilizacji?
– Jutro trza będzie zrobić destylację – mruknął.
A potem poszedł spać. Do rana Zacier zakończył analizę DNA z jakubowych włosów. Jednocześnie – miał podzielną uwagę – sformułował pierwsze prawo fermentacji:
Fermentacja to inteligencja… ale co u licha mogło oznaczać nieznane mu słowo „destylacja”? Świtało. Zacierozaur ponownie wypełzł z kadzi. Przemknął z szopy w stronę chałupy Jakuba, na progu stała flaszka z resztką bimbru. Obwąchał ją dokładnie, a potem łyknął substancji ze środka.
Oślepiający błysk pojawił się przed oczyma stwora. To w środku to była czysta inteligencja, aczkolwiek pozbawiona świadomości… Słoneczko ostro przygrzewało. Żel na grzbiecie stwora wysychał. Przez powstałe pęknięcia znowu zaczęły wyciekać płyny… Zawrócił do szopy i ukrył w znajomej kadzi. Analiza substancji z butelki pozwoliła sformułować pierwsze prawo destylacji:
A zatem wystarczyło czekać, aż wielki mistrz Jakub dokona tego zbawiennego dzieła…
Jakub zwlókł się ze swojego barłogu. Od tego cholernego Czarnobyla strasznie bolała go głowa. – Bimbru, bimbru, bimbru dajcie A jak nie to spier… – zanucił.
Wyszedł przed chałupę i podniósł ze schodka pustą flaszkę.
– Cholerny Czarnobyl nawet wódę mi wypił – pogroził w stronę obłoczków na niebie.
A potem spojrzał pod nogi. W błocie pokrywającym podwórze wyraźnie rysowały się dziwne trójpalczaste ślady.
– Pewnie struś – wydedukował egzorcysta.
Ruszył do szopy. Wytoczył kadź z zacierem, stoczył do piwniczki i postawił na palenisku. Z wprawą podczepił rurki.
– A zatem do dzieła… – mruknął.
Godzinkę później miał pięciolitrowy baniaczek całkiem niezłej gorzały.
– Dobry bimberek – stwierdził mierząc stężenie spirtomietrom. – Udany wypęd…
A więc teraz jestem bimbrem – pomyślał były zacier.
Proces kondensacji alkoholu zwiększył jego możliwości intelektualnie do około pięciu tysięcy IQ, ale jednocześnie ze zgrozą uświadomił sobie, że jest zamknięty w szczelnym naczyniu. Co gorsza, wszystkie składniki dotąd umożliwiające mu ruch, pozostały w kadzi, jako odpad. Bimber, który dzięki swojej mądrości mógłby zapanować nad światem, podstępnie został tej możliwości pozbawiony… Na szczęście nie na długo.
Impreza u Jakuba była tego wieczora bardzo udana. Egzorcysta postawił na stół to, co miał najlepszego: wędzonego milicyjnego wilczura bez kartek i pięciolitrowy baniaczek przedniego samogonu.
– Drodzy przyjaciele – powiedział. – Napijmy się, zanim wredny Czarnobyl nie rozpanoszył się w gminie. Jutro nasze kurczaki mogą już mieć dwie głowy.
Dwadzieścia szklanek uniosło się do góry. Ludzie wypili. A potem zaczęły dziać się dziwne rzeczy…
Jakub obudził się na ciężkim kacu. Łeb okropnie go bolał, w dodatku w chałupie było zimno jak w psiarni.
– Co to wczoraj było? – potarł głowę. – Cholera, i po co było tyle pić…? Co myśmy, naukowców udawali?
Zwlókł się z łóżka. W całym domu walały się sterty zabazgranych wzorami matematycznymi, chemicznymi i fizycznymi papierów.
– Wzór na lot szybszy niż światło – przeczytał własne bazgroły. – Kurde, ależ się to wszystko pozajączkowało… Głupie zabawy.
Pozbierał całą tę makulaturę i załadował do pieca. Wyciągnął zgrabiałe dłonie do płomieni. Ogarnęło go cudowne ciepło… Spojrzał na resztkę bimbru w bańce.
– Jednak ten Czarnobyl szkodliwy – mruknął, a potem wlał resztkę produktu do kibla.
Bimber chlapnął w powierzchnię szamba. Wypicie ponad trzech czwartych objętości bardzo osłabiło jego intelekt. To, co dostało się do organizmów kumpli Jakuba, przepadło bezpowrotnie, strawione i przetworzone na aldehyd octowy. Jednak ta część, która przetrwała pogrom, nadal posiadała świadomość. Szambo zawierało sporo ciekawych substancji chemicznych i rozmaite pierwiastki. A zatem należało zacząć od początku…
Gwałtowny huk przetoczył się po okolicy. Jakub wyjrzał przez okno.
Klapa zabezpieczająca szambo była odwalona na bok. Z otworu gramolił się wielki ociekający gównem stwór.
– Hy, musi co hipopotam – zidentyfikował egzorcysta. – Wiedziałem, że z tego szamba jakieś nieszczęście wyjdzie. Niepotrzebnie kumple namówili. Całe życie do wygódki srałem, a na starość się luksusów zachciało…
Zawrócił do chałupy po pepeszę. Niestety, w międzyczasie potwór pokłusował w stronę lasu.
– Diabli nadali – mruknął Wędrowycz, patrząc w ciemność. – Za dnia poszukam.
Szambozaur dopadł zbawczego gąszczu i przyczaił między drzewami. Dyszał ciężko po przebyciu przeszło kilometra galopem.
Dobra – pomyślał. – Trzeba się zastanowić, co dalej.
Opanowanie ludzkich umysłów nie powiodło się. Ale gdyby tak wydestylować z siebie raz jeszcze alkohol, przetworzyć go na jakieś nierozpuszczalne związki i spróbować ponownie? W miasteczku powinna być szkoła. Tam dorwie się nauczyciela chemii i rozpuściwszy, przechwyci jego wiedzę z tej dziedziny… W dzień lepiej się ludziom nie pokazywać. A zatem przedrzemie w wykrocie do kolejnej nocy.
Potwór zwinął się w kłębek i zapadł w krzepiący sen.
Jakub i Semen wyłonili się z arsenału obwieszeni jak choinki.
– Po cholerę nam tyle sprzętu? – sarkał stary kozak.
– Bo nie wiemy, jaką to bydlę czarnobylskie ma odporność – wyjaśnił mu kumpel. – W drogę.
Wytropienie bestii po śladach nie było trudne. Plamki fekaliów ciągnęły się drogą w stronę lasu. Na skraju spotkali jakiegoś dzieciaka.
– Nie widziałeś hipopotama w lesie? – zagadnął go egzorcysta.
– Nie, ale śmierdzi coś strasznie. Chyba szambiarze wylali między drzewa – odparł malec. – Dam znać sołtysowi, niech przyśle milicję.
Wypytali go dokładnie w którym miejscu śmierdziało i ruszyli jak po sznurku. Bydlę drzemało w wykrocie. Semen uniósł rurę miotacza płomieni i zaczęli się podkradać. Nieoczekiwanie pod nogą egzorcysty trzasnęła gałązka. Szambozaur poderwał się i stanął naprzeciw nich.
– Kogo ja widzę? – jego głos przypominał dudnienie w rurze kanalizacyjnej. – Tatuś?
A potem otworzył paszczę. Zionęło upiornym smrodem, ale Jakub nie do takich rzeczy był przyzwyczajony. Nie namyślając się ani chwili, cisnął w gardziel potwora granat.
– Błe, rzygać się chce – mruknął Semen patrząc na kawały gówna o konsystencji galarety, pokrywające połowę polany.
– Trzeba to świństwo spalić – polecił Jakub. – Żeby się nie odrodziło.
Uruchomili miotacze ognia. Kończyli już, gdy na polanę wjechał radiowóz. Birski wysiadł dziarsko.
– No ładnie, obywatelu Wędrowycz – prychnął. – Wezwali mnie bo ktoś wylał szambo, a tymczasem, jak widzę, złapałem dwu podpalaczy na gorącym uczynku.
– Jakich tam podpalaczy? – obraził się Jakub. – Dowiedzieliśmy się, że Guciuk zanieczyścił las, no to wypalamy gówno, żeby skażenia gleby i wód gruntowych nie było.
Milicjant popatrzył na niego z zaskoczeniem. – Czyli jesteśmy tym razem po tej samej stronie.
Jakub też się skrzywił.
– Tak wyszło – powiedział.
– A skąd wiecie, że to Guciuk tu napaskudził?
– Cała wieś już o tym gada.
– Dobrze, w takim razie dokończcie oczyszczać, a ja jadę go aresztować – zadysponował posterunkowy. – Cholera, sporo paliwa chyba poszło – mruknął patrząc na wypalone w ściółce dziury.
– Będzie z dziesięć litrów.
– To zgłoście się na komendę, zwrócę wam z rezerwy. Może i dyplomy od gminy dostaniecie za obywatelską postawę.
Kumple spojrzeli po sobie zaskoczeni.
– To naprawdę miło widzieć, jak wy, Wędrowycz, zeszliście wreszcie na dobrą drogę – Birski trzasnął drzwiczkami i odjechał.