Dylematy Dextera [Dexter in the Dark - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #3
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-241-3309-7
- Переводчик: Tomasz Wilusz
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Dylematy Dextera [Dexter in the Dark - pl]». Краткое содержание книги:
Samo nazwisko właściciela to za mało — właściwie tyle, co nic, bo samochód prawdopodobnie został ukradziony. Jednak gorzej było założyć tak z góry i nic nie robić niż sprawdzić to i zostać z niczym, więc znów zasiadłem do komputera.
Najpierw standardowe informacje: rejestracja samochodu, przy której widniał adres przy Old Cutler Road na dość ekskluzywnym osiedlu. Potem kartoteka policyjna: mandaty, nakazy, alimenty. Nic. Z tego by wynikało, że pan Starzak to wzorowy obywatel, który nigdy nie miał kontaktu z długim ramieniem sprawiedliwości.
No dobrze; samo nazwisko „Dariusz Starzak”. Dariusz to dość rzadkie imię, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. Sprawdziłem akta urzędu imigracyjnego. I, o dziwo, od razu coś znalazłem.
Pierwsza sprawa, to doktor Starzak, nie tylko „pan”. Obronił doktorat z filozofii religii na uniwersytecie w Heidelbergu i jeszcze przed kilku laty wykładał na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedy poszperałem trochę głębiej, dowiedziałem się, że został zwolniony w związku z jakimś nieokreślonym skandalem. Akurat z polskiego nie jestem mocny, choć potrafię powiedzieć „kiełbasa”, kiedy zamawiam lunch w delikatesach. Jednak jeśli tłumaczenie nie było zupełnie do chrzanu, Starzak wyleciał za członkostwo w nielegalnym stowarzyszeniu.
W dokumencie nie znalazłem nic o tym, dlaczego europejski uczony, który stracił pracę z tak niejasnego powodu, miałby chcieć mnie śledzić, a potem wjechać samochodem do kanału. Poważne przeoczenie. Mimo to wydrukowałem zdjęcie Starzaka z akt urzędu imigracyjnego. Obejrzałem je zmrużonymi oczami, próbując wyobrazić sobie tę twarz na poły zasłoniętą wielkimi okularami przeciwsłonecznymi, które widziałem w lusterku wstecznym avalona. To mógł być on. Mógł to też być Elvis. I z tego, co wiedziałem, Elvis miał równie dobry powód, żeby mnie śledzić jak Starzak.
Poszperałem trochę głębiej. Specowi od medycyny sądowej, nawet najbardziej czarującemu i sprytnemu, niełatwo bez oficjalnego uzasadnienia uzyskać dostęp do akt Interpolu. Jednak po kilku minutach gry w moją własną internetową wersję zbijaka dostałem się do centralnej kartoteki i zaczęło się robić ciekawie.
Doktor Dariusz Starzak figurował na specjalnych listach osób niepożądanych w czterech krajach — w Stanach nie, co tłumaczyło, dlaczego tu przebywał. Choć brakowało niezbitych dowodów, istniały podejrzenia, że wiedział o handlu sierotami wojennymi z Bośni więcej, niż przyznawał. Dokument dodawał mimochodem, że, oczywiście, ustalenie miejsca pobytu takich dzieci jest niemożliwe. W urzędowym policyjnym żargonie znaczyło to tyle, iż ktoś podejrzewał, że Starzak je zabijał.
Lektura tych akt powinna przyprawić mnie o silny dreszcz zimnej radości, napełnić ostrym blaskiem spodziewanej rozkoszy, ale nie usłyszałem nic, nawet najbardziej stłumionego echa najmniejszej iskierki. Tylko nieśmiały powrót ludzkiego gniewu, tego samego, którym zapałałem rano na widok śledzącego mnie Starzaka. Nie było to wystarczającym substytutem mrocznej, dzikiej pewności Pasażera, do której przywykłem, ale lepsze to niż nic.
Starzak krzywdził dzieci, a teraz on — albo ktoś korzystający z jego samochodu — próbował zrobić krzywdę mnie. Dobrze zatem. Do tej pory byłem jak piłeczka pingpongowa odbijana przez innych i godziłem się z tym, biernie i bez słowa skargi, od czasu odejścia Mrocznego Pasażera wessany w próżnię przygnębiającej uległości. Wreszcie jednak trafiło mi się coś, co rozumiałem, i — a to jeszcze lepsze — z czym mogłem coś zrobić.
Z akt Interpolu wiedziałem, że Starzak jest złym człowiekiem, dokładnie takim, jakiego normalnie szukałbym na potrzeby swojego hobby. Ktoś śledził mnie jego samochodem, a uciekając, posunął się do tego, żeby wjechać nim do kanału. Możliwe, że wóz ktoś ukradł, a Starzak był całkowicie niewinny. Ja jednak tak nie sądziłem i raport Interpolu potwierdzał, że mam słuszność. Ale tak dla pewności sprawdziłem doniesienia o skradzionych samochodach. Nie znalazłem nic o Starzaku ani o jego aucie.
No dobrze: miałem pewność, że to właśnie on, co potwierdzało jego winę. Wiedziałem, jak muszę zadziałać. Miałbym sobie nie poradzić tylko dlatego, że w duchu zostałem sam?
Przyjemny żar pewności powoli, zdecydowanie podsycił gniew do stanu wrzenia. Owszem, nie mogło się to równać z niewzruszoną jak wartość waluty opartej na złocie pewnością, którą zawsze dawał mi Pasażer, ale wiedziałem, że to coś więcej niż przeczucie. Byłem przekonany o swojej słuszności. Jeśli nie miałem tak niezbitego dowodu, jak zwykle, mówi się trudno. Starzak zaostrzył sytuację do tego stopnia, że wyzbyłem się wszelkich wątpliwości, a on wskoczył na pierwsze miejsce mojej listy. Znajdę go i zostaną po nim tylko złe wspomnienie i kropla zakrzepłej krwi w mojej palisandrowej skrzyneczce.
A skoro pierwszy raz w życiu jechałem na emocjach, pozwoliłem, by zatliła się we mnie mała, słaba iskierka nadziei. Kto wie, może kiedy zajmę się Starzakiem, kiedy zrobię to wszystko, czego nigdy jeszcze nie robiłem w pojedynkę, Mroczny Pasażer powróci. Nie miałem pojęcia, jak to działa, ale było to poniekąd logiczne, nie? Pasażer zawsze mi towarzyszył, dopingował — może więc pokazałby się, gdybym zaaranżował sytuację, jakiej potrzebował? Poza tym przecież miałem Starzaka na wyciągnięcie ręki i sam się prosił, żebym się nim zajął, czyż nie?
A jeśli Pasażer nie wróci, może już czas, żebym zaczął być sobą w pojedynkę? W końcu to ja zawsze odwalałem całą brudną robotę — może nawet pusty w środku dałbym radę nadal wypełniać swoje powołanie?
Odpowiedzią na każde z tych pytań było mrugające, wściekle czerwone „tak”. I przez chwilę odruchowo czekałem na dobrze znany syk rozkoszy z ciemnego zakamarka umysłu, ale oczywiście się nie doczekałem.
To nic. Poradzę sobie sam.
Ostatnio często pracowałem po nocach, więc kiedy po kolacji powiedziałem Ricie, że muszę wrócić do pracy, nie okazała najmniejszego zaskoczenia. Oczywiście, miałem jeszcze na głowie Cody'ego i Astor, którzy chcieli zabrać się ze mną i zrobić coś ciekawego albo chociaż zostać w domu i pobawić się w chowanego. Jednak po krótkich namowach i kilku niejasnych groźbach w końcu oderwałem ich od siebie i wyśliznąłem się w noc. Moją noc, ostatniego przyjaciela, który mi pozostał, z marnym półksiężycem migocącym na pochmurnym, nasiąkłym wilgocią niebie.
Starzak mieszkał na zamkniętym osiedlu, ale pracujący za minimalną stawkę strażnik w małej budce tak naprawdę lepiej nadaje się do tego, by podnieść wartość nieruchomości, niż żeby odstraszyć kogoś o doświadczeniu i głodzie Dextera. I choć oznaczało to, że musiałem zostawić samochód kawałek za stróżówką i odbyć krótki spacer, trochę ruchu dobrze mi zrobiło. Ostatnio za często pracowałem do późna i budziłem się w podłym nastroju, więc miło było wreszcie rozprostować nogi i mieć pożyteczny cel.
Powoli krążyłem po osiedlu, aż znalazłem adres Starzaka, a wtedy poszedłem dalej, jak sąsiad na wieczornej przechadzce dla zdrowia. W pokoju od frontu paliło się światło, przed domem stał jeden samochód na florydzkich numerach; u dołu tablicy rejestracyjnej widniał napis „Manatee County”. Manatee County liczy zaledwie trzysta tysięcy mieszkańców, a po drogach jeździ co najmniej drugie tyle aut, rzekomo stamtąd pochodzących. To taki fortel wypożyczalni samochodów, mający ukryć fakt, że wóz jest wynajęty i tym samym jego kierowca to turysta i uprawniony cel dla każdego drapieżcy złaknionego łatwej zwierzyny.
Poczułem, że rozpala się we mnie mały płomyk podniecenia. Starzak był w domu, a skoro miał wypożyczony wóz, stawało się bardziej prawdopodobne, że sam wjechał swoim samochodem do kanału. Przeszedłem obok domu, wypatrując jakiejkolwiek oznaki, że zostałem zauważony. Nic. Tylko słaby dźwięk grającego gdzieś niedaleko telewizora.