Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Sezon burz
Sezon burz - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sezon burz

Электронная книга - «Sezon burz». Краткое содержание книги:

Oto nowy Sapkowski i nowy Wiedźmin. Mistrz polskiej fantastyki znowu zaskakuje. «Sezon burz» nie opowiada bowiem o młodzieńczych latach białowłosego zabójcy potworów ani o jego losach po śmierci/nieśmierci kończącej ostatni tom sagi.
«Nigdy nie mów nigdy!» W powieści pojawiają się osoby doskonale czytelnikom znane, jak wierny druh Geralta — bard i poeta Jaskier — oraz jego ukochana, zwodnicza czarodziejka Yennefer, ale na scenę wkraczają też dosłownie i w przenośni postaci z zupełnie innych bajek. Ludzie, nieludzie i magiczną sztuką wyhodowane bestie. Opowieść zaczyna się wedle reguł gatunku: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wiedźmin stacza morderczą walkę z drapieżnikiem, który żyje tylko po to, żeby zabijać, wdaje się w bójkę z rosłymi, niezbyt sympatycznymi strażniczkami miejskimi, staje przed sądem, traci swe słynne miecze i przeżywa burzliwy romans z rudowłosą pięknością, zwaną Koral. A w tle toczą się królewskie i czarodziejskie intrygi. Pobrzmiewają pioruny i szaleją burze. I tak przez 404 strony porywającej lektury.
«Wiedźmin. Sezon Burz» to w wiedźmińskiej historii rzecz osobna, nie prapoczątek i nie kontynuacja. Jak pisze Autor: «Opowieść trwa. Historia nie kończy się nigdy…»
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 79
Перейти на страницу:

— Z chęcią. - Geralt ponownie się uśmiechnął. - Z dobrym kompanem w podróży mniej się ckni, każdy filozof to poświadczy. O ile kierunek dla nas obu po myśli. Mnie trzeba do Novigradu. Muszę tam dotrzeć przed piętnastym lipca. Koniecznie przed piętnastym.

Musiał być w Novigradzie najdalej piętnastego lipca. Zaznaczył to, gdy czarodzieje go wynajmowali, kupując dwa tygodnie jego czasu. Żaden problem, Pinety i Tzara spojrzeli na niego z wyższością. Żaden problem, wiedźminie. Będziesz w Novigradzie, zanim się obejrzysz. Teleportujemy cię wprost na ulicę Główną

— Przed piętnastym, ha — poczochrał brodę krasnolud. - Dziś jest dziewiąty. Zbyt wiele czasu nie zostało, bo to szmat drogi. Ale byłby sposób, byś dotarł tam w terminie.

Wstał, ściągnął z kołka i wdział na głowę szpiczasty kapelusz z szerokim rondem. Zarzucił na ramię sakwę.

— Objaśnię ci rzecz w drodze. Ruszamy razem na szlak, Geralcie z Rivii. Bo kierunek odpowiada mi jak najbardziej.

* * *

Maszerowali raźnie, może nawet za raźnie. Addario Bach okazał się typowym krasnoludem. Krasnoludy, choć w razie potrzeby czy dla wygody potrafiły posłużyć się każdym wehikułem i każdym zwierzęciem wierzchowym, pociągowym czy jucznym, zdecydowanie przedkładały pieszy marsz, były zawołanymi piechurami. Krasnolud potrafił w ciągu dnia pokonać pieszo dystans trzydziestu mil, tyle co człowiek na koniu, i to niosąc bagaż, którego przeciętny człowiek nawet by nie udźwignął. Za krasnoludem bez bagażu człowiek w marszu nadążyć nie był w stanie. Wiedźmin też nie. Geralt o tym zapomniał i po jakimś czasie zmuszony był jednak prosić Addaria, by nieco zwolnił.

Maszerowali leśnymi duktami, a niekiedy bezdrożami. Addario drogę znał, w terenie orientował się świetnie. W Cidaris, wyjaśnił, zamieszkuje jego rodzina, na tyle liczna, by co i rusz trafiały się tam jakieś okolicznościowe rodzinne imprezy, już to wesela, już to chrzciny, już to pogrzeby i stypy. Zgodnie z krasnoludzkim obyczajem niestawiennictwo na imprezie rodzinnej usprawiedliwiało wyłącznie notarialnie poświadczone świadectwo zgonu, żywi członkowie rodziny od imprez wykręcać się nie mogli. Trasę do Cidaris i z powrotem miał więc Addario opanowaną do perfekcji.

— Celem naszym — objaśnił, maszerując — jest osada Wiaterna, leżąca nad rozlewiskiem Pontaru. W Wiaternej jest przystań, barki i łodzie często tam cumują. Przy odrobinie szczęścia wnet trafi się nam jakaś okazja, na coś się zaokrętujemy. Ja muszę do Tretogoru, więc wysiądę w Żurawiej Kępie, ty popłyniesz dalej i będziesz w Novigradzie za jakieś trzy, cztery dni. Wierz mi, to najszybszy sposób.

— Wierzę. Zwolnij, Addario, proszę. Ledwo nadążam. Czy ty uprawiasz jakiś związany z chodzeniem zawód? Jesteś domokrążcą?

— Jestem górnikiem. W kopalni miedzi.

— No pewnie. Każdy krasnolud jest górnikiem. I pracuje w kopalni w Mahakamie. Stoi z kilofem na przodku i wydobywa.

— Ulegasz stereotypom. Za chwilę powiesz, że każdy krasnolud plugawie się wyraża. A po kilku głębszych rzuca się na ludzi z toporem.

— Nie powiem tego.

— Moja kopalnia nie jest w Mahakamie, ale w Miedziance, pod Tretogorem. Nie stoję tam i nie wydobywam, lecz gram na waltorni w górniczej orkiestrze dętej.

— Ciekawe.

— Ciekawe — zaśmiał się krasnolud — jest akurat co innego. Zabawna koincydencja. Jeden z popisowych kawałków naszej orkiestry nazywa się «Marsz wiedźminów». Leci to tak: Tara-rara, bum, bum, umta-umta, rym-cym-cym, paparara-tara-rara, ta-ra-rara, bum-bum-bum…

— Skąd, u diabła, wzięliście ten tytuł? Widzieliście kiedykolwiek maszerujących wiedźminów? Gdzie? Kiedy?

— Po prawdzie — Addario Bach stropił się nieco — to jest to lekko tylko przearanżowana «Parada siłaczy». Ale wszystkie górnicze orkiestry dęte grają jakieś «Parady siłaczy», «Wejścia atletów» albo «Marsze starych towarzyszy». Chcieliśmy być oryginalni. Ta-ra-rara, bum, bum!

— Zwolnij, bo ducha wyzionę!

* * *

Wśród lasów było zupełnie bezludnie. Inaczej na śródleśnych łąkach i haliznach, na które często trafiali. Tu wrzała praca. Koszono siano, grabiono je i składano w kopice i stogi. Krasnolud pozdrawiał kosiarzy wesołymi okrzykami, ci zaś rewanżowali się. Albo nie.

— To mi przypomina — wskazał na trudzących się Addario — inny z marszów naszej orkiestry. Nosi tytuł «Sianokosy». Często przez nas grany, osobliwie porą letnią. Śpiewany zarówno. Mamy poetę na kopalni, ów rymy złożył zgrabne, można więc nawet a capella. O, tak to leci:

Chłopy trawy koszą Baby siano noszą W niebo popatrzają Deszczu się bojają
Na górce stoimy Przed deszczem chronimy Chujami machamy Chmury rozganiamy!

— I da capo! Dobrze się do tego maszeruje, co nie?

— Zwolnij, Addario!

— Nie da się zwolnić! To marszowa piosenka! Marszowa rytmika i metrum!

* * *

Na wzniesieniu bielały resztki muru, widoczne były też ruiny budynku i charakterystycznej wieży.

Właśnie po tej wieży Geralt rozpoznał świątynię — nie pamiętał, jakiego bóstwa, ale słyszał o niej to i owo. Dawnymi czasy zamieszkiwali tu kapłani. Wieść niosła, że gdy ich pazerności, hulaszczej rozpusty i wyuzdania nie dało się już wytrzymać, okoliczni mieszkańcy wypędzili kapłanów i zagnali ich w gęste lasy, gdzie, jak szły słuchy, zajęli się nawracaniem leśnych skrzatów. Z marnymi podobno rezultatami.

— Stary Erem — orzekł Addario. - Trzymamy się marszruty i czas mamy dobry. Na wieczór staniemy w Borowej Klauzie.

* * *

Strumyk, wzdłuż którego wędrowali, w górze szumiący na głazach i szypotach, w dole rozlewał się szeroko, tworząc spory zalew. Przyczyniała się do tego drewniano-ziemna zapora, przegradzająca nurt. Przy zaporze trwały jakieś prace, uwijała się tam grupa ludzi.

— Jesteśmy w Borowej Klauzie — rzekł Addario. - Konstrukcja, którą widzisz tam, w dole, to jest właśnie klauza. Służy do spławiania drewna z wyrębu. Rzeczka, jak baczysz, sama z siebie spławna nie jest, jest zbyt płytka. Wodę piętrzy się więc, gromadzi drewno, a potem klauzę się otwiera. Powstaje duża fala, umożliwiająca spław. Sposobem tym transportuje się surowiec do produkcji węgla drzewnego. Węgiel drzewny…

— Jest niezbędny do wytopu żelaza — dokończył Geralt. - A hutnictwo to najważniejsza i najbardziej rozwojowa gałąź przemysłu. Wiem. Całkiem niedawno wyklarował mi to jeden czarodziej. Obeznany z węglem i hutnictwem.

— Nie dziwota, że obeznany — parsknął krasnolud. - Kapituła czarodziejów ma większość udziałów w spółkach ośrodka przemysłowego pod Gors Velen, a kilka hut i fryszerek należy do niej całkowicie. Czarodzieje ciągną z hutnictwa bogate profity. Z innych gałęzi też. Może i zasłużenie, w końcu to większością oni opracowali technologie. Mogliby jednak skończyć z hipokryzją przyznać, że magia to nie dobroczynność, nie służąca społeczeństwu filantropia, ale przemysł obliczony na zysk. Ale po co ja to mówię, sam to wiesz. Chodź, tam jest karczemka, odpoczniemy. A i pewnie przyjdzie też zanocować, bo zmierzcha.

* * *

Karczemka na swą nazwę nie zasługiwała zupełnie, ale też i dziwić się nie było można. Obsługiwała drwali i flisaków z klauzy, którym wszystko jedno było, gdzie piją byle było co pić. Szopa z dziurawą strzechą wsparte na żerdziach zadaszenie, kilka stołów i ław z niedbale oheblowanych desek, kamienne palenisko — większych luksusów lokalna społeczność nie potrzebowała i nie oczekiwała, liczyły się stojące za przepierzeniem beczki, z których karczmarz toczył piwo, a okazyjnie kiełbasa, którą karczmarka, jeśli miała chęć i nastrój, gotowa była za opłatą opiec nad żarem.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)