Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]
Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]

Электронная книга - «Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]». Краткое содержание книги:

Żebracy nie mają wyboru to dalszy ciąg Hiszpańskich żebraków. Nancy Kress powraca do stworzonego przez siebie świata — do Stanów Zjednoczonych odmienionych przez powszechne stosowanie modyfikacji genetycznych. Genomodyfikowani utrzymują zwykłych ludzi w zamian za przyzwolenie na swoje rządy.

W zaciszu stworzonej przez siebie wyspy opracowują własny porządek świata, od czasu do czasu zadziwiając ludzkość wynalazkami. Ameryka, przytłoczona ciężarem wielomilionowej populacji bezczynnych trutni, wstrząsana nieodpowiedzialnymi eksperymentami genetyków i nanotechników, pogrąża się w chaosie i chyli ku upadkowi.
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 92
Перейти на страницу:

— Billy, to, co zrobiliśmy wczoraj w nocy…

Nie patrzyła na mnie. A ja nie mogłem jej pomóc, nawet gdybym chciał. Miałem zupełnie ściśnięte gardło. No i wcale nie chciałem.

— Billy, przepraszam. Zachowałam się jak idiotka. Bo to już tak długo… Wcale nie chciałam, żebyś… Nie mogę… Czy nie moglibyśmy wrócić do tego, co było? Być przyjaciółmi? Takimi jakby partnerami, ale nie…

Podniosła na mnie swoje czekoladowe oczy.

Czułem, jak wypełnia mnie światło, mógłbym się chyba teraz unieść nad podłogę. Wcale nie chciała mnie odesłać! Mogę zostać z nią i z Lizzie. Wszystko będzie jak przedtem.

— Jasne, Annie. Rozumiem. Nigdy już nie będziemy o tym mówić.

Wypuściła z siebie długie westchnienie — tak długie, jakby powstrzymywała je od wczorajszej nocy. Może i tak było.

— Dzięki, Billy. Prawdziwy z ciebie przyjaciel.

Wróciliśmy do Lizzie, która słuchała pilnie, jak doktor Turner gada coś do niej w swojej wołowskiej mowie. Następny kłopot.

— …to nie tak, Lizzie. Komputer oparty jest na zasadzie binarnej, co znaczy po prostu „dwa”… Maleńkie przełączniki, za małe, żeby je było widać, włączają się i wyłączają. W ten sposób powstaje kod.

— To tak jak z podstawą dwa w matematyce — rzuciła z zapałem Lizzie, ale pod tym zapałem była tak strasznie zmęczona, że z trudem utrzymywała podniesione powieki.

— Teraz musi się przespać — rzuciła ostro Annie. — Czy badanie skończone, pani doktor?

— Tak — odpowiedziała Turner, podnosząc się. Wyglądała na nieco zadziwioną; nie mam pojęcia dlaczego. — Ale wrócę tu jeszcze po południu.

— Medjednostka nie przychodzi do nikogo dwa razy na dzień.

— Nie — odpowiedziała doktor Turner, dalej czymś zadziwiona. Patrzyła na Lizzie, która już zdążyła zasnąć. — To niezwykłe dziecko.

— Do widzenia, pani doktor.

Doktor Turner stała cicho, w środku cała spięta, jakby zbierała się w sobie do jakiejś ważnej decyzji.

— Billy, słuchaj, co ci powiem. Zbierajcie w mieszkaniu wszystką żywność z pasa, jaką tylko zdołacie. A jeśli otworzą skład, zbierajcie tu koce, kombinezony i — no — papier toaletowy, mydło i co tam wam jeszcze wyda się ważne. I wiadra na wodę — dużo wiader. Zróbcie, jak mówię.

A mówiła tak, jakby nikt poza nią na to nie wpadł. Jakbym ja nie pomyślał o tym wcześniej.

— Jak jedni ludzie zaczną wszystko zbierać, to może zabraknąć dla innych — powiedziała Annie.

— Wiem. — Doktor Turner patrzyła na nią ponuro.

— To nie w porządku.

— Wiele innych rzeczy też nie jest w porządku.

— A pani mówi, żebyśmy się do tego dołożyli?

Doktor Turner nie odpowiedziała. A ja miałem zupełnie niesamowite poczucie, że ona nie zna odpowiedzi. Wół, co nie ma gotowej odpowiedzi!

Ostatni raz rzuciła okiem na Lizzie i wyszła.

— Nie chcę jej tu więcej widzieć! Niech zostawi Lizzie w spokoju!

Sam mogłem jej powiedzieć, że tak nie będzie. Widziałem to w zmęczonych oczach Lizzie, kiedy wołowska lekarka opowiadała jej o kodach komputerowych. Tego właśnie Lizzie szukała przez całe swoje życie. Tego szukała w szkolnych programach, które wyśmiała doktor Turner, i w bibliotece miejskiej, kiedy jeszcze East Oleanta miało swoją bibliotekę. Po to rozbierała zepsuty obierak do jabłek w kuchni kafeterii kongreswoman Janet Carol Land. Właśnie tego. Kogoś, kto opowiedziałby jej o wszystkim, o czym chciał wiedzieć ten mały, bystry, atawistyczny umysł. A Annie nie będzie w stanie jej powstrzymać. Annie jeszcze tego nie wie, ale ja tak. Lizzie miała już prawie dwanaście lat, a tak naprawdę nikt nie był w stanie jej niczego zabronić, odkąd skończyła osiem.

Annie tego nie powiedziałem. Jeszcze nie czas. Patrzyła teraz na śpiącą Lizzie, a w oczach miała tak wielką miłość do niej, że nie mogłem nic powiedzieć, bo byłem zbyt pochłonięty patrzeniem na nie obie.

* * *

Jeszcze tego samego popołudnia złapałem Jacka Sawickiego i poprosiłem o hasło do komputera. Podał mi je bez zadawania niepotrzebnych pytań. Znamy się nie od dziś, a poza tym on ma teraz pełne ręce roboty. Z Albany faktycznie przyleciała techniczna, żeby naprawić medjednostkę. A w kafeterii tego wieczoru miały być wielkie tańce na całą dzielnicę. Żeby urządzić tę zabawę, połączyły się aż trzy bloki komunalne. Miał być konkurs wolnego tańca, jakieś zakłady i konkurs piękności w stroju topless. Wybierała się tam większość młodzieży z całego miasta, co znaczyło, że trzeba sprawdzić wszystkie roboty porządkowe. Zwłaszcza że grawkolej znów działała i słówko o naszej zabawie mogło dotrzeć do okolicznych miast.

Poszedłem do hotelu. Doktor Turner nie było w pobliżu. Może poszła na kolejny spacer po lesie — szukać Edenu. Ale go nie znajdzie. Sam szukałem i nic nie znalazłem w okolicy, gdzie ścięło z nóg Douga Kane’a przy wściekłym szopie. Nie znalazłem żadnego miejsca, z którego mogłaby wyjść tamta dziewczyna z dużą głową.

— Tryb sieci informacyjnych — powiedziałem do holoterminalu. — Hasło: Thomas Alva Edison.

Jack nie chciał, żeby całe miasto wiedziało, że terminal w hotelu chodzi też w sieci informacyjnej, bo każdy, co nie ma ochoty oglądać tego, co wszyscy, zaraz by tu przyleciał.

— Jest tryb sieci informacyjnych — odpowiedział radośnie holoterminal. Zawsze był taki radosny. — Który kanał włączyć?

— Jakiś wołowski.

— Który kanał włączyć?

Próbowałem różnych numerów, aż znalazłem sieć informacyjną Wołów. Potem siedziałem i patrzyłem, przez bitą godzinę, próbując pamiętać te wszystkie słowa, które wytłumaczyła mi doktor Turner. Wiązania molekularne. Dysymilatory. Stop. Duragem. Tylko że w wiadomościach wcale nie używali tych słów — oprócz jednego: „duragem”. Zamiast nich słyszałem „przypuszczalne epicentrum” i „równanie tempa reprodukowalności” i „równania Stoddarda na krzywą załamań pola”, i „próby przejścia na sterowanie ręczne zawodzą w stopniu wykluczającym incydentalność”. Ale i tak patrzyłem. Po godzinie wstałem i powiedziałem:

— Tryb zwykły, informacyjny.

Poszedłem do domu i wziąłem chipy żywnościowe Annie i Lizzie. Kiedy nikogo nie było przy pasie, nabrałem wszystkiego, co udało mi się dostać na te chipy, włożyłem do czystego wiadra z pokrywą i zaniosłem do domu. Lizzie ciągle jeszcze spała, przytulona do swojej lalki. Poszedłem do składu, który otworzyli właśnie z nową dostawą, i wziąłem jeszcze dwa wiadra, trzy koce i trzy zestawy ciuchów na wszystkie nasze chipy. I jeszcze nowy zamek do drzwi, kilka doniczek i walizkę. Techniczny popatrzył na mnie dziwnie, ale nic nie powiedział. Napełniłem wszystkie wiadra czystą wodą, za każdym razem jedno, i zawlokłem je po schodach do mieszkania Annie. Bolał mnie grzbiet i zdyszałem się — jak to stary dureń.

Ale to jeszcze nie koniec. Odpocząłem z dziesięć minut, a potem pożyczyłem miotłę Annie. Zabrałem ją do hotelu. Ludzie nieśli do kafeterii plastikowe chorągwie, żeby przyozdobić salę na tańce. Śmiali się i żartowali, dziewczęta błyskały nagimi piersiami. Szykują się na dzisiejszy konkurs. Do hotelu wprowadziło się kilku obcych z chipami ze stanu Nowy Jork. Gawędzili o dzisiejszej zabawie. Doktor Turner dalej nie było.

Wziąłem miotłę Annie i wymiotłem zeschłe liście z hotelowego holu, zostawione przez zepsutą robosprzątaczkę, której już nikt nie naprawi, bo psuło się przecież tyle ważniejszych rzeczy — wszystkie liście, które zwiędły w zeszłym roku, zanim zaczęły się te awarie i zanim do East Oleanty trafiły wściekłe szopy.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 92
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)