Tom O'Bedlam [pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Krajowa Agencja Wydawnicza
- ISBN: 83-03-03665-3
- Переводчик: Andrzej Porzuczek
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Tom O'Bedlam [pl]». Краткое содержание книги:
Jego kolejna książka opowiada o chylącej się ku upadkowi cywilizacji Ziemi początku XXII wieku. Przemoc i gwałt stały się codziennością. Rozkwitają fanatyczne sekty, świat został pozbawiony nadziei. I wtedy pojawia się tytułowy bohater — zdolny do nawiązania telepatycznego kontaktu z obcymi cywilizacjami.
Czy jego dar jest wybawieniem dla ludzkości, czy też narzędziem jej ostatecznej zagłady?
— W porządku — odparła — lepiej już się schowaj.
— Tak — powiedział i powlókł się w krzaki. Stanął za drzewem, by móc przyglądać się całej sytuacji.
Pojawiła się ciężarówka. Był to w rzeczy samej poduszkowiec, prawdziwy antyk, chyba nawet przedwojenny model. Na burtach wymalowane miał wielkie, jaskrawe, żółto-czerwone błyskawice. Alleluja stała na środku drogi wymachując rękami. Samochód, rzecz jasna, zatrzymał się w niewielkiej od niej odległości. Zobaczył kilku mężczyzn na przednim siedzeniu. Pewnie wydaje im się, że czeka ich tej nocy niezła zabawa: oszałamiająca brunetka, opustoszała boczna droga. Jeśli jednak tylko zaczną coś próbować z Allie, czeka ich nieprzyjemna niespodzianka.
Słyszał, jak z nią rozmawiają. Ferguson zaczął powoli wychodzić ze swej kryjówki. Nie będziemy nawet prosić ich o podwiezienie. Po prostu powiem Allie, żeby wyrzuciła ich w krzaki i pojedziemy sami do Ukiah, a jutro ruszymy dalej na północ do Oregonu.
Gdy jednak spojrzał uważniej, dostrzegł cały tłum mężczyzn w tylnej części pojazdu; trzech, czterech, może nawet pięciu. Najprawdopodobniej drapacze, a kto wie, czy nie bandidos.
Cholera — pomyślał — nawet ona nie załatwi siedmiu facetów. Ja z tą nogą nie poradzę sobie nawet z jednym. Oczami wyobraźni ujrzał, jak zakończy się ich ucieczka z centrum. Oto on leżący w zaroślach z poderżniętym gardłem i Alleluja szarpiąca się i wierzgająca, gdy tamci ciągną ją gdzieś na bok na nocną zabawę.
Zaczęli wysiadać z ciężarówki. Czterech, pięciu, sześciu, siedmiu. Tak… nie, ośmiu. Podeszli do Allelui patrząc na nią z uznaniem. Jeden z nich, o wyglądzie złoczyńcy, ze zmierzwioną strzechą rudych włosów nad tłustą twarzą, gapił się na jej piersi, jak gdyby od trzech lat nie widział kobiety. Inny, o bladoniebieskich oczach i twarzy pokiereszowanej bliznami po pryszczach, oblizywał wargi. Ferguson chciał odwrócić się i uciec, ale było już za późno, już go zauważyli. Przy jego obecnym tempie złapaliby go w pół minuty.
— A ten tam to twój mąż? — zapytał jeden z drapaczy, krępy, ponury, z krótką, gęstą czarną brodą. Wskazał na Fergusona. Głupio tak umierać — pomyślał Ferguson. Modlił się w myślach, żeby Alleluja zaczęła działać, żeby złapała trzech czy czterech z nich i złamała im karki, tak jak tamto drzewko, zanim zdążą się zorientować, co się dzieje. Nie wyglądało jednak na to, że ma zamiar coś takiego zrobić. Była spokojna, wesoła i rozluźniona. Cóż to za dziwna kobieta. Przystanął na poboczu wsparty na szczudle zastanawiając się, co stanie się dalej.
Tymczasem jeszcze jeden z drapaczy, wysoki i kościsty, z łapami długimi jak u małpy i dzikim blaskiem w oczach, podszedł do niego i zaczął przypatrywać się mu w dziwny sposób, jakby czytał mapę. Po chwili spytał z powagą:
— Czy bardzo cierpisz? Nie chodzi mi o twoją nogę, ale o twoją duszę. Wydaje mi się, że twoja dusza cierpi. Pamiętaj, to tylko dom Boga i bramy niebios.
— Co do diabła — powiedział Ferguson głosem zdławionym strachem i zdumieniem.
— Nie zwracaj na niego uwagi — powiedział rudy. — To tylko świr. Ten wariat Tom.
— Wariat, co? — powiedział Ferguson rozglądając się dookoła z nadzieją, że może jednak wyjdą cali z tego wszystkiego. Najważniejsze, żeby zachować spokój, jak najwięcej mówić, tak żeby wydać im się do czegoś przydatnym. — Jeśli to prawdziwy przypadek psychiczny, to dobrze trafiliście, chłopcy. Odstawcie go do centrum, tam, po drugiej stronie lasu. Będzie się tam czuł jak w domu razem z innymi świrami. Nakarmią go, wykąpią, będą się z nim dobrze obchodzić. Tak właśnie tam postąpią z waszym szalonym przyjacielem Tomem.
Mężczyzna z czarną brodą zbliżył się do niego.
— Centrum? O jakim centrum mówisz?
ROZDZIAŁ PIĄTY