Czas i dzwon pogrzebał dzień,
Czarna chmura skrywa słońce w cień…
Oni nadal go ignorowali. Tom szczególnie się tym nie przejmował. Lepsze to niż zostać zbitym na kwaśne jabłko. Oni widzieli, że jest nieszkodliwy, najprawdopodobniej nawet pomogliby mu wcześniej czy później, byle tylko się go pozbyć. Tak właśnie postępowała większość ludzi, nawet najdziksi, krwiożerczy bandyci. Nawet oni nie chcieli skrzywdzić biednego szaleńca. Wcześniej czy później — pomyślał — dadzą mi kęs chleba i ze dwa łyki piwa, a ja podziękuję im i pójdę dalej na zachód w stronę San Francisco, Mendocino albo innego miasta w tych stronach. Minęło jednak następne pięć minut, a oni wciąż nie chcieli go zauważyć. Wyglądało, jakby bawili się z nim w jakąś grę.
Wtedy właśnie zerwał się ostry, gorący wiatr ze wschodu. Zauważyli to.
— Nadciąga bryza złej nowiny — mruknął niski, rudy mężczyzna o grubych rysach. Pozostali przytaknęli klnąc głośno.
— Tego nam, do cholery, potrzeba. Wiatru z ciężkim ładunkiem — powiedział rudy i rozglądając się wściekle dookoła, wtulił głowę w ramiona, jak gdyby miało to uchronić go przed radioaktywnym pyłem niesionym być może przez wiatr.
— Włącz silnik, Charley — rzekł człowiek o niebieskich oczach i szorstkiej, dziobatej twarzy — zdmuchnijmy to świństwo tam, skąd przyszło, do Nevady, co?
— No pewnie — odpowiedział inny, niski Latynos o ponurej twarzy. — Tak trzeba zrobić, jasne! Chryste, zawróć ten wiatr.
Tom zadrżał. Wiatr był nieprzyjemny, jak każdy ze wschodu. Wydawał się jednak być czysty. Tom zwykle wiedział, kiedy promieniotwórczy pył żegluje z wiatrem wiejącym ze skażonych miejsc. Powodował on w jego czaszce ból między lewym uchem a łukiem brwiowym. Teraz nic takiego nie czuł.
Czuł natomiast coś innego, co zaczęło wydawać mu się znajome. Był to dźwięk gdzieś głęboko w mózgu, ryczący dźwięk, który oznajmiał, że właśnie zaczyna się jedna z jego wizji. Po chwili kaskady zielonego światła zaczęły zalewać mu umysł.
Nie zdziwił się, że dzieje się to tu i teraz, o tej godzinie, wśród tych ludzi. Nieraz już na niego tak działał wschodni wiatr, podobnie zresztą jak szczególny rodzaj światła pod wieczór, oziębienie albo czyste powietrze po burzy. Często też zdarzało mu się to wśród obcych, zwłaszcza gdy nie byli przyjaźnie nastawieni. Wizje nie potrzebowały dużo czasu. Jego umysł wciąż znajdował się u progu którejś z nich. Kotłowały się w nim gotowe do przejęcia kontroli w odpowiednim momencie. Dziwaczne obrazy i struktury przez cały czas wirowały mu w głowie. Już od dawna z nimi nie walczył. Z początku próbował, bo wydawało mu się, że świadczą o postępującej chorobie psychicznej. Teraz jednak nie obchodziło go, czy jest wariatem, czy nie, a poza tym wiedział, że próby walki skończą się w najlepszym razie bólem głowy. Gdyby zaś zaczął walczyć zbyt zaciekle, najpewniej zostałby powalony na ziemię, a wizji i tak w żadnym przypadku nie udałoby się mu powstrzymać. Było to niemożliwe: z takich zmagań jeszcze nigdy nie wyszedł zwycięsko, kończyły się zwykle niezbyt przyjemnie. Poza tym te wizje były najlepszą rzeczą, jaka go w życiu spotykała. Właściwie zdążył je już nawet pokochać.
Właśnie jedna nadchodziła. Tak, tak, z pewnością! Znowu Zielony Świat! Tom uśmiechnął się, rozluźnił i poddał się zjawom.
— Witaj Zielony Świecie! Przyszedłeś zabrać mnie do domu?
Złocistozielone światło słońca lśniło na gładkich pojedynczych wzgórzach. Słyszał szum i łoskot odległego turkusowego morza. Ciężkie powietrze było gęste jak aksamit i słodkie jak wino. Błyszczące, krystaliczne kształty, jeszcze niewyraźne, ale szybko nabierające ostrości, zaczęły przesuwać się po ekranie jego duszy. Wysokie, kruche postacie uformowane, jak mogło się wydawać, z opalizującego, wielobarwnego szkła. Poruszały się z zadziwiającą gracją. Ich ciała były długie i smukłe, ze lśniącymi jak zwierciadła kończynami zakończonymi ostro na kształt włóczni. Pełne mądrości brylantowe oczy umieszczone były w rzędach po trzy na każdym boku spiczastych głów w kształcie czworokąta. Tom widział te istoty już przedtem, wiedział, kim były: książętami, księżnymi, hrabiankami tej przepięknej krainy. Poprzez wizje wciąż jednak dostrzegał siedmiu czy ośmiu typów przy ciężarówce. Musiał powiedzieć im, co widzi. Zawsze tak robił, gdy wizje nachodziły go w obecności innych ludzi.